14.08.2020

Kiedy performans miesza się z życiem. 10. Konteksty w Sokołowsku

Katarzyna Oczkowska
Odczyt Sebastiana Cichockiego Odzyskać propagandę dla planety Ziemia, fot. Kazimierz Ździebło
Kiedy performans miesza się z życiem. 10. Konteksty w Sokołowsku
Odczyt Sebastiana Cichockiego Odzyskać propagandę dla planety Ziemia, fot. Kazimierz Ździebło
Nowa propozycja Kontekstów w dużej mierze realizuje programową efemeryczność, a nie statyczność i powtarzalność, z którymi mógł dotychczas kojarzyć się festiwal. W choreografiach terenowych odnajdziemy to, co ironiczne i całkiem serio, merytoryczne i eksperymentalne, wspólnotowe i indywidualne, związane z tradycja i poszukiwaniem.

Tegoroczny, a więc jubileuszowy, 10. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Efemerycznej Konteksty w Sokołowsku okazał się być jak obecna Polska − podzielony na pół. Inaczej jednak niż w przypadku podziałów politycznych, podział Kontekstów sygnalizuje ambicję odświeżenia formuły festiwalu. Innowacją tegorocznej edycji były sekcje kuratorskie, akcentujące pokoleniową konfrontację. Pierwsza z sekcji, kuratorowana niezmiennie przez Małgorzatę Sady, brała na warsztat pojęcie samotności, podbite jeszcze doświadczeniem pandemii. Samotność została tu potraktowana jako nienaturalna, ale i ostateczna kondycja ludzka; emigracja wewnętrzna rozumiana jako konieczność lub wybór czy wreszcie podejmowanie próby wytwarzania remedium na wyobcowanie, czemu miałaby służyć właśnie sztuka efemeryczna. Druga sekcja, określona jako choreografie terenowe, to propozycja Marty Czyż we współpracy z Julią Wielgus i Joanną Zielińską. Ich koncepcja, na pewno mniej abstrakcyjna i górnolotna niż propozycja Sady, momentami w dość przekorny sposób dialogowała wręcz z sekcją samotności.

Spacerując po Sokołowsku nieustannie czułam się jakbym była na planie filmowym i nie tylko ja miałam podobne odczucia, bo w pewnym momencie ktoś rzucił, że może jesteśmy w jakiejś nowej wersji Big Brothera. Chyba nieszczególnie by mi to przeszkadzało.

Działania zaproszonych artystów i artystek zostały określone przez kuratorki jako choreografie terenowe – odnoszące się do historii i teraźniejszości Sokołowska jako uzdrowiska, miejsca azylu czy obszaru poszukiwań. Ich celem było wytworzenie „tymczasowej architektury”, rozumianej nie jako obiekt, a doświadczenie. „Artyści będąc ze sobą wspólnie dokonują terapii grupowej porównywalnej do lampek z koniakiem na najwyższym tarasie sanatorium” − przeczytamy w opisie. Dodam, że sekcja choreografii terenowych w dużej mierze składała się z młodego pokolenia twórczyń oraz twórców, stąd ów motyw terapii dotyczyć mógł nie tylko ich i nas samych, ale także formuły festiwalu.

Kolejnym Kontekstowym podziałem był obszar realności i wirtualności: wydarzenia dziejące się na miejscu w Sokołowsku codziennie były również udostępniane online wraz z szerokim przeglądem prac wideo – między innymi Davida Hockneya, Izabeli Gustowskiej czy Olgi Tokarczuk (problem samotności w sieci poruszała w swojej sekcji Sady). Co więcej, podczas festiwalu można było doświadczyć sytuacji delikatnego pomieszania realności, bo to, co każdy mógł zobaczyć na ekranie komputera, było dostępne także w sokołowskim Kinie Zdrowie. Uroczym skądinąd, z ogromnym plakatem Czerwonego Krzysztofa Kieślowskiego, który mieszkał w Sokołowsku w latach 50. i z powodu braku pieniędzy oglądał filmy przez wentylator w dachu budynku. W tym wszystkim podzielona na pół byłam również ja, bo Sokołowsko odwiedziłam w roli krytyczki, natomiast część osób pytała czy będę tu robić jakiś performans, gdyż w odsłonie performerskiej występowałam jednak ostatnimi czasy częściej. I chyba odwołując się do tego faktu, redaktorka Plinta przed przyjazdem na festiwal poprosiła mnie o powstrzymanie się przed kontrowersjami. Nie do końca wiedziałam jak to rozumieć, ale zapewniłam, że w roli krytyczki kontrowersje nie są moją domeną. Choć oczywiście zawsze można się pogubić w tych płynnych podziałach pomiędzy spektaklem a spektaklem życia codziennego. Zwłaszcza podczas Kontekstów.

Sanatorium i laboratorium. 4. Festiwal Sztuki Efemerycznej Konteksty w Sokołowsku Magdalena Ujma komentuje czwartą edycję Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Efemerycznej Konteksty w Sokołowsku CZYTAJ!

Zresztą swoistym spektaklem jest samo Sokołowsko. Niegdysiejsze uzdrowisko ze względu na swoje położenie, wszechobecną i zachwycającą naturę, charakterystyczną architekturę i specyficzny nastrój odizolowania kojarzy się z rodzajem scenografii, która ożywa kilka razy w roku ze względu na organizowane tu przez Fundację Sztuki Współczesnej In Situ wydarzenia. W ten sposób Sokołowsko w całej swojej nieco odrealnionej estetyce zyskało artystyczny sznyt, stając się miejscem festiwali, rezydencji, spotkań, wystaw i działań. Spacerując po Sokołowsku nieustannie czułam się jakbym była na planie filmowym i nie tylko ja miałam podobne odczucia, bo w pewnym momencie ktoś rzucił, że może jesteśmy w jakiejś nowej wersji Big Brothera. Chyba nieszczególnie by mi to przeszkadzało.

Rozbrajającą legitne podejście do materii Biskupskiej była przygotowana w ramach sekcji choreografii terenowych wystawa Moje medium prowadź mnie Jana Wolskiego i Konrada Żukowskiego w BWA Sokołowsko. Już w samym tekście towarzyszącym wystawie pobrzmiewa kpiarski ton i zdystansowanie artystów w odniesieniu do własnej twórczości, jak i sztuki w ogóle.

Wróćmy jednak do Kontekstów i dwóch wystaw, które stały się dobrą wizualizacją programowego podziału festiwalu. Pierwszą z nich była wystawa Od materii do materii Bożenny Biskupskiej, współzałożycielki Fundacji In Situ. Tytułowa materia to zarówno materia malarska, rzeźbiarska i filmowa, której formalne aspekty artystka bada, wykorzystując do tego szeroki gest i zróżnicowane tworzywo, jak i materia spalonego budynku XIX-wiecznego Sanatorium Brehmera, a obecnie Międzynarodowego Laboratorium Kultury. W budynku, do którego wchodziło się na własną odpowiedzialność, podpisując w tym celu stosowny dokument, materia Biskupskiej tworzyła hybrydyczne relacje ze zniszczona przestrzenią, stając się niejako jej przedłużeniem. I to właśnie wybór przestrzeni i gest kuratorski zrobiły tutaj robotę, bo i niewyschnięty jeszcze olejny tak zwany mural, i szereg rzeźb z drutu w nowej części budynku, pozbawione tej relacyjności byłyby jakby nie na miejscu. Zresztą podobne wrażenie miałam w odniesieniu do instalacji Alicji i Mariusza Jodko, znajdującej się na dachu Sanatorium. Ich Dom w czasie to osadzenie pracy szkockiej artystki Marion Coutts, pokazywanej w latach 90. w Galerii Entropia w nowym kontekście. W efekcie niewielki obiekt przypominający formę domu został ustawiony na lustrze, w którym odbijało się niebo. Praca została określona, trochę na wyrost, jako instalacja on-line ze względu na streaming, odbywający się poprzez stronę internetową Kontekstów, dzięki czemu można było przyglądać się lustrzanemu odbiciu zmian rozpościerającego się nad Sokołowskiem nieba. Zabieg bardzo prosty (może aż za) jeśli chodzi o rzeczywistość wirtualną, która nieustannie ewoluuje, zyskując nowe narzędzia i nowe estetyki, ale być może w prostocie siła i oprócz błękitnego nieba nic nam dzisiaj nie potrzeba. W każdym razie Dom w czasie na pewno dobrze ilustrował pojęcie samotności (w sieci) zaproponowanej przez Małgorzatę Sady.

Bożenna Biskupska, „Od materii do materii”, widok wystawy, fot. Kazimierz Ździebło

Natomiast zupełnie rozbrajającą legitne podejście do materii Biskupskiej była przygotowana w ramach sekcji choreografii terenowych wystawa Moje medium prowadź mnie Jana Wolskiego i Konrada Żukowskiego w BWA Sokołowsko, czyli galerii na końcu świata, jak ją określił jej założyciel Michał Suchora. Już w samym tekście towarzyszącym wystawie pobrzmiewa kpiarski ton i zdystansowanie artystów w odniesieniu do własnej twórczości, jak i sztuki w ogóle: „Moje medium / Źródło wskazujące / poprzez grube warstwy farby uzdrawiające (…) / moje medium / Piękne tafle plexi / przepuszczające słodkie światło / Osłoń mnie, ochroń mnie / Wieżo ze styloduru / Wstawiaj się za nami / Moje medium / prowadź mnie”.

Doświadczenie samotności w odniesieniu tego, co nie tyle globalne, ile lokalne i jednostkowe poruszały także reprezentantki Open Group. Podczas performansu Niektórzy z tych ludzi członkinie kolektywu opowiadały o swoim doświadczeniu życia w Ukrainie i bycia Ukrainką w Polsce.

Co więcej, wezwanie do „mojego medium” można byłoby potraktować jako współczesną, przepuszczoną przez mocny filtr postironii wersję Confiteora Stanisława Przybyszewskiego, czyli kultowego manifestu młodopolskiej sztuki, w którym sztuka uznawana jest za nową formę religii, a artysta jest jej kapłanem. I w jednym, i w drugim przypadku tłem jest krakowski światek artystyczny, ale motywacje są różne. Bo celem Wolskiego i Żukowskiego, zdaje się, było pokazanie, że król jest nagi, ale pomimo wszystko całkiem mu ten dress-code odpowiada, bo ostatecznie „fake it till you make it” (jedna z moich życiowych dewiz). I w ten sposób na Moje medium prowadź mnie można było odnaleźć nie tylko obrazy obydwu twórców, ale właśnie zestaw osobliwości wymienionych w przywołanym wezwaniu: pomalowaną taflę plexi udającą witraż w oknie, wieżę, albo raczej przekrzywioną kolumnę ze styloduru udającą podtrzymywanie sufitu, kolorowe kieliszki z butelek udające, że mogą zawierać wino czy nóżki stolika z pianki montażowej udające, że utrzymają ciężar tego, co położy się na przekrzywionym i nie nadającym się w sumie do niczego blacie. Ponadto podczas wernisażu można było wziąć udział w stawianiu tarota, jednak pytania miały dotyczyć tylko wystawy. W tarocie nie brałam udziału, ale głośno zastanawiałam się jakie właściwie pytanie można zadać w związku z wystawą. Może na przykład − jakie ma ona relacje z samą sobą? Ktoś skomentował, że pewnie burzliwe i pomyślałam, że to tak jak ja, więc od razu stała mi się bliższa.

Jan Wolski, Konrad Żukowski, „Moje medium prowadź mnie”, widok wystawy, BWA Sokołowsko, fot. Zuzanna Piontke
Jan Wolski, Konrad Żukowski, „Moje medium prowadź mnie”, widok wystawy, BWA Sokołowsko, fot. Zuzanna Piontke
Jan Wolski, Konrad Żukowski, „Moje medium prowadź mnie”, widok wystawy, BWA Sokołowsko, fot. Zuzanna Piontke

Bliskie było mi również działanie queerowo-feministycznego kolektywu Kem, który podczas Kontekstów reprezentowany był przez Anię Miczko, Lisę Suh, Gracjana Smolińskiego i Olę Rusinek. Kółko czytelnicze queerowych ekologii zaproponowane przez Kem dla sekcji choreografii terenowych było zdarzeniem na pograniczu spotkania, wspólnego czytania, dyskusji, praktyki edukacyjno-artystycznej i, jak się okazało, również konfliktu. Bowiem podczas wspólnego czytania i dyskutowania tekstów poświęconych białemu przywilejowi oraz strukturalnemu rasizmowi, widzianych z perspektywy lokalnej i międzynarodowej (Françoise Vergès, Ijeoma Oluo, bell hooks), doszło do konfrontacyjnego wystąpienia jednej z przedstawicielek lokalnej społeczności, która nie tylko podważała sensowność wyboru tekstów, ale i kwestionowała opisane w nich doświadczenia. Początkowy lekki szok i niedowierzanie jeśli chodzi o żywy i naoczny przykład reprodukowania białego przywileju, o którym czytaliśmy przed momentem w tekstach, stał się przyczynkiem do prób wypracowywania jakiegoś konsensusu, prób dialogu z tym, co nie tylko teoretyczne, ale jak najbardziej praktyczne. Dla mnie był to modelowy przykład mechanizmów demokracji agonistycznej, dlatego trochę żałowałam, że następnego dnia Kółko czytelnicze z otwartej przestrzeni w plenerze zostało przeniesione do budynku Kina. Choć wybór ten częściowo podyktowały również warunki pogodowe. Eksperymentalna wartość tej sytuacji, dobrze wpisująca się chyba w założenia sekcji choreografii terenowych Kontekstów, miała swoje przedłużenie w kuluarach, gdyż jedna z reprezentantek Kemu została poddana próbie wyedukowania przez osobę piszącą festiwalową recenzję dla jakiegoś innego tytułu. No cóż, czasem tradycyjne akademickie praktyki niektórym wjeżdżają za mocno.

Kółko czytelnicze queerowych ekologii Kem, fot. Yulia Krivich

Mocny wjazd, ale w zupełnie innym znaczeniu miał wykład Sebastiana Cichockiego Odzyskać propagandę dla planety Ziemia (również sekcja choreografii terenowych), który był jednym z lepszych wykładów performatywnych jakich ostatnio doświadczyłam, zarówno ze względu na treść, jak i formę. Wyobraźmy sobie taką sytuację − Cichocki siedzący na omszałym kamieniu, tuż obok paproci na środku trawnika (skojarzenie z Myślicielem Rodina jest silniejsze ode mnie), mówiący spokojnym, dość monotonnym głosem na temat roli sztuki oraz artystów i artystek, eksperymentu, praktyk zaangażowania w generowanie zmiany wobec kryzysu klimatycznego i permanentnego deficytu nadziei. A to wszystko nie tyle przerywane, ile wchodzące w płynną relację z puszczanymi z głośników kompozycjami dźwiękowymi Jany Winderen, Chrisa Watsona i Anji Kanngieser, którzy zajmują się nagraniami oraz instalacjami audio środowiska naturalnego, również tego trudno dostępnego fizycznie i słuchowo, na przykład pękającej kry lodu. W moim odczuciu Cichocki doskonale wykorzystał specyfikę przestrzeni i nastrój miejsca – udało mu się wykreować jednocześnie doświadczenie samotności (wobec nieuchronnych zmian), jak i wspólnoty (wobec naszej roli w stosunku do tych zmian).

Konteksty poza Kontekstami Waldemar Tatarczuk komentuje organizację 7. edycji festiwalu Konteksty CZYTAJ!

Doświadczenie samotności w odniesieniu tego, co nie tyle globalne, ile lokalne i jednostkowe poruszały także reprezentantki Open Group. Podczas performansu Niektórzy z tych ludzi członkinie kolektywu opowiadały o swoim doświadczeniu życia w Ukrainie i bycia Ukrainką w Polsce. To, że w żadnym miejscu w programie festiwalu nie zostały one wymienione z imienia i nazwiska odczytuję jako uniwersalizację jednostkowego, często bardzo trudnego doświadczenia na rzecz pozwolenia „grupie istnieć bez jej członków i założycieli” − jak można przeczytać w opisie. Tyle że nieco dalej w tym samym opisie mamy podane nazwiska trzech artystów, którzy obecnie tworzą główną strukturę grupy. Potraktuję to jako brak uważności.

Open Group, „Niektórzy z tych ludzi”, fot. Kazimierz Ździebło

Na drugim biegunie konfesyjnego i wymagającego sporo odwagi działania członkiń Open Group, a więc otworzenia się przed publicznością i nie performowania, a bycia, co zdaje się jest zadaniem najtrudniejszym, usytuował się performans Katji Libkind w ramach sekcji zaproponowanej przez Sady. W Bohaterze performansu, w którym nieco zastanawia mnie brak feminatywu, ukraińska artystka bierze na warsztat motyw performerskiej podwójności. To znaczy bycia bohaterem (bohaterką!) performansu, a więc rodzajem fikcyjnej, wykreowanej tożsamości stworzonej na potrzeby spektaklu. W celu zamanifestowania obecności tytułowego bohatera i siły jego performerskiego gestu, Libkind prowadząc swój monolog zdjęła spodnie, mówiąc, że oto jest dupa nie tyle artystki, ile bohatera(rki), zachęcając dodatkowo do jej uderzenia. Dobrze czy niedobrze, ale nikt tej, nazwijmy to, prowokacji nie uległ, choć jakby nie patrzeć dupa zbita.

Do czego służy dobra zmiana? 7. edycja Kontekstów dzień po dniu Karolina Plinta relacjonuje 7. edycję Kontekstów CZYTAJ!

W performerskim repertuarze nie zabrakło również tak zwanej starej gwardii, reprezentowanej przez Ewę Zarzycką i jej pełne dystansu oraz autoironii wystąpienie O ratowaniu planety, część I w Kinie Zdrowie, do którego wstęp miały tylko wylosowane osoby, choć ostatecznie i tak mogli wejść chyba wszyscy zainteresowani i zainteresowane. Niezamierzonym preludium do performansu Zarzyckiej było hasło „Proszę założyć maski, tu są starsi ludzie!”. Natomiast maski zupełnie zbędne były podczas działania Dobrosławy Borkały Szczytowanie. Partytura oddechowa, polegające na, powiedzmy, krótkim kursie uspokajających technik oddechowych, które stosuje się na przykład w jodze albo medytacji. Tego rodzaju partyturę oddechową aplikowałam sobie codziennie rano praktykując jogę przed śniadaniem, dlatego ciężko było mi wejść w przeprowadzaną na szybko propozycję Borkały, która była dla mnie trochę nieudolną new age’owską kliszą nieco odstającą od reszty propozycji choreografii terenowych. Zrezygnowałam z udziału w momencie, kiedy instruktorka poleciła uczestnikom iść we własną stronę i poszukać swojego drzewa, cokolwiek to znaczy. Więc poszłam, ale po to, by wraz z moimi towarzyszami z Wrocławia zaspokoić pragnienie w uroczej różowej kawiarence w centrum miasteczka.

Ewa Zarzycka, „O ratowaniu planety, część I”, fot. Kazimierz Ździebło
Dobrawa Borkała, „Szczytowanie. Partytura oddechowa”, fot. Kazimierz Ździebło

Zmierzając powoli ku końcowi pora na dwie festiwalowe kolacje, na które w ramach nowej sekcji kuratorskiej zaprosiły Czyż, Wielgus i Zielińska. Pierwsza z nich zorganizowana na otwarcie festiwalu przez Galerię Komputer przyjęła formę gruzińskiej biesiady, a więc Supry. Supra polega na wspólnym byciu tu i teraz, jest pretekstem do zawiązania choćby chwilowej wspólnoty, a jej ważnym punktem jest wznoszenie toastu przez gospodarza, w tym przypadku Łukasza Radziszewskiego, współzałożyciela Galerii Komputer. Nie mniej ważni w ramach tego swoistego antyspektakularnego teatru − jak określona została Supra w opisie − są biesiadnicy i biesiadniczki, bo wszyscy maja tu do odegrania jakąś rolę. Zastanawia mnie jaką rolę miały do odegrania te osoby, które na początku Supry nie zmieściły się przy stole. Nic to, pamiętajmy, że każda rola jest dobra, byle grać ją z artyzmem i nie brać jej zbyt poważnie. Pomimo początkowych niedogodności, Supra okazała się sukcesem na tyle dużym, że następnego dnia wiele i wielu z nas nadal odczuwało jej efekty. Zdrowie gospodarza!

Supra, Galeria Komputer, fot. Kazimierz Ździebło
Urszula Zajączkowska, „Zupa z patyków i liści”, fot. Kazimierz Ździebło

Drugą z kolacji, tym razem na zakończenie festiwalu i o zupełnie innym charakterze, ale w podobny sposób jak Supra zacierającą granicę pomiędzy sztuką a życiem była Zupa z patyków i liści Urszuli Zajączkowskiej. Przygotowywanie zupy z zebranych wcześniej sokołowskich roślin, ziół i chwastów, przybrało formę swoistego rytuału. Do prawie gotowego, buchającego parą wywaru Zajączkowska wkładała rośliny, również te trujące, opowiadając o ich właściwościach. Co więcej, wykorzystane składniki zostały potraktowane jako pewnego rodzaju ofiara roślinnego świata wobec świata ludzi − coś na zasadzie radykalnego weganizmu, który również nie jest rozwiązaniem problemu eksploatacji żywych organizmów. Nieco szamańska estetyka Zajączkowskiej w niektórych wzbudziła bojaźń i drżenie, w innych zwątpienie, niektórzy nawet zrezygnowali ze skosztowania zupy z obawy przed jej działaniem na zasadzie, na przykład, ayahuaski. Jednak większość osób chętnie ustawiła się do kolejki po wywar, a ja, również czekając na swoją porcję, zastanawiałam się z ekscytacją, czy skończy się jak w Climaxie Gaspara Noé. Wywar okazał się zupełnie bezpieczny, jednak dzięki nastrojowi stworzonemu przez Zajączkowską całe wydarzenie miało w sobie coś rewolucyjnego.

Idę prosto przed siebie w ciemny las Karoliny Breguły i Dariusza Fodczukamożna potraktować jako łącznik pomiędzy sekcją samotności, a więc tak zwanymi starymi Kontekstami, które w istocie niewiele miały wspólnego z zaproponowanym hasłem, a choreografiami terenowymi, czyli Kontekstami nowymi.

Tegoroczną edycję Kontekstów świetnie podsumowało wideo Karoliny Breguły i Dariusza Fodczuka Idę prosto przed siebie w ciemny las, które w istocie można było w nocy oglądać na telewizorze pomiędzy drzewami. Występujący w filmie Fodczuk opowiada o różnych rzeczach w zróżnicowanej przestrzeni, różnych artystach, którzy zajmują się różnymi działaniami, różnorodności różnych działań tych różnych artystów o różnorodnej naturze (i tak dalej), a następnie w sokołowskiej scenografii nawiązuje do artystycznych praktyk twórców i twórczyń, niejednokrotnie kultowych, którzy w poprzednich latach tworzyli program Kontekstów. A to wszystko z nocnymi zdjęciami i specyficznym zglitchowanym montażem. Wideo zaproponowane w sekcji samotności w przewrotny sposób traktuje tytułową efemeryczność Kontekstów oraz ich dotychczasową historię. Jest to rodzaj dwuznacznego hommage, który próbuje wyjść z impasu przeszłości nawiedzającej teraźniejszość. Idę prosto przed siebie w ciemny las można potraktować jako łącznik pomiędzy sekcją samotności, a więc tak zwanymi starymi Kontekstami, które w istocie niewiele miały wspólnego z zaproponowanym hasłem (chyba, że traktować tutaj samotność jako konieczność pożegnania na rzecz tego, co nadchodzi), a choreografiami terenowymi, czyli Kontekstami nowymi. I to właśnie ta nowa propozycja rzeczywiście w dużej mierze realizuje programową efemeryczność, a nie statyczność i powtarzalność, z którymi mógł dotychczas kojarzyć się festiwal. W choreografiach terenowych odnajdziemy to, co ironiczne i całkiem serio, merytoryczne i eksperymentalne, wspólnotowe i indywidualne, związane z tradycja i poszukiwaniem.

Karolina Breguła i Dariusz Fodczuk, „Idę prosto przed siebie w ciemny las”, kadr z wideo
Karolina Breguła i Dariusz Fodczuk, „Idę prosto przed siebie w ciemny las”, kadr z wideo

Na sam koniec przywołam zupełnie przypadkowe zdarzenie, które przekazywane później z ust do ust stało się swoistą festiwalową legendą, ale też metaforą dwubiegunowości czy podziału, już nawet nie samych Kontekstów, co w ogóle rzeczywistości, w jakiej przyszło nam funkcjonować. Otóż, podczas jednego z wieczornych koncertów, po nieudanych próbach uciszenia muzyki i towarzystwa, na scenę wszedł mieszkaniec Sokołowska, a następnie rozbił perkusję z okrzykiem, że tego już za wiele, bo jest późno, a on nie może spać. Jednak po jakimś czasie wrócił i już na spokojnie powiedział, że „wzięła go furia”, stąd jego zachowanie, za które chciałby przeprosić. W Sokołowsku performans miesza się życiem, ewidentnie.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też