Dominy, górniczki i cyrkowe misie. Performans w 2025 roku
Jak się ma sztuka performans w kraju, w którym na tapecie najczęściej jest malarstwo, wszystkie konkursy artystyczne są o malarstwie, rynek dyktuje malarskie trendy i coraz więcej osób przerzuca się na malarstwo, żeby wreszcie coś zarobić? Jeszcze żyje, choć zazwyczaj funkcjonuje na marginesie większych iwentów i programów instytucji. Czasem na moment jest o nim głośno – jak dzięki wiralowej rejestracji performansu Kacpra Janowskiego, który przez dwanaście godzin siedział przy stole i próbował przeciąć go na pół, używając do tego noża do chleba (Ponaduczelniany Przegląd Performansu w Instytucie Grotowskiego we Wrocławiu). Jednak gdzie indziej dominowała głucha cisza. W Warszawie, po tym, jak programy performatywne Zamku Ujazdowskiego i Zachęty umarły, performans pokazuje głównie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Często jest to jednak performans zredukowany do wymiaru atrakcyjnego ozdobnika: pląsania pięknych ciał, które świetnie wyglądają na Instagramie. Czy Pawilon Tańca będzie game changerem i ważnym miejscem także dla artystek i artystów z pola sztuk wizualnych? To się okaże. Na razie pozostaję sceptyczna, bo to w końcu najpierw Pawilon Tańca, a dopiero później „innych sztuk performatywnych”. Pod znakiem zapytania stoi natomiast przyszłość polskiej performerskiej mekki, czyli Galerii Labirynt w Lublinie, czekającej na nową osobę dyrektorską. W Sokołowsku, czyli niegdysiejszym perfomerskim sanatorium, także zachodzą zmiany – nowa kuratorka Kontekstów Marta Czyż ogłosiła, że nie jest to już impreza na temat performansu. Szkoda.
Dominacja środowiska choreograficznego na scenie wywołuje niezadowolenie starszej i średniej generacji performerskiej, mierzącej się jeśli nie z utratą władzy sądzenia, to przynajmniej kapitału fajności. Chyba w tym świetle można widzieć narzekanie Wojciecha Bąkowskiego na „queerowe jasełka” w galeriach. WSB pił do performansu Alexego Baczyńskiego-Jenkinsa w Fundacji Galerii Foksal, ale jego stwierdzenie dobrze chwyta aktualną kondycję performansu w Polsce (choć już nie sztuki jako takiej). Performans w 2025 roku był bowiem przede wszystkim queerowy. Ta zmiana to także efekt zbliżenia performansu i tańca, z jego głębokim zrozumieniem ciała, jego tożsamości i społecznego funkcjonowania. Wiąże się to również ze zmianą pokoleniową. Młodsza generacja odrobiła już lekcję nie tylko z choreografowania siebie, ale także różnorodnych scenicznych formatów – burleski, drag show, cyrku, a nawet teatru lalkowego i tańca na lodzie. Czy performans, jako mniej lub bardziej autonomiczna dziedzina, przetrwa ekspansję choreo, czy też roztopi się w nim pod dachem Pawilonu Tańca? Zobaczymy. Na razie ma się nieźle, choć żeby to dostrzec, trzeba się trochę wysilić, bo funkcjonuje w instytucjonalnym i geograficznym rozproszeniu. Powiedzmy, że jego oglądanie przypomina zbieranie pokemonów, tylko zamiast aplikacji potrzebujcie biletów PKP. Najciekawsze znaleziska – poniżej. Na pewno nie złapałam wszystkich.
Zuza Golińska
O Zuzie Golińskiej myślę z reguły w kontekście jej dizajnerskich instalacji, służących nierzadko jako wystrój lub aranżacja wystawy. Jednak jej performans krople, cienie i kamienie przypomniał mi, że artystka lubi także romansować z formami performatywnymi. Jak to u Golińskiej, motywem przewodnim działania była architektura, i to nie byle jaka, bo Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Efektowna klatka schodowa muzeum, po której już niejeden performer chętnie pląsał, tym razem stała się sceną dla solo Anny Steller, przebranej w suknię przypominającą kłębek glonów (dzieło mamy artystki, Gosi Golińskiej) i performującej gesty zmęczenia i żałoby. Być może była to jakaś forma refleksji nad przestrzeniami MSN-u, ale przede wszystkim działanie efektowne wizualnie i zdecydowanie insta-friendly.
Alicja Paszkiel
Wrześniowy festiwal otwarć w Warszawie sprzyjał performerskiej obczajce. Szczególnie dobrą okazją do tego typu poszukiwań był program performatywny Fringe, podczas którego zobaczyłam Wykład z dupą w misce Alicji Paszkiel. Artystka podzieliła się podczas niego opowieścią o dręczącej ją przypadłości – przewlekłym zapaleniu pęcherza moczowego – uzupełniając wykład cytatami z lekarskich diagnoz i fragmentami z I love Dick, a to wszystko w tytułowej pozycji (ciepła woda w misce koiła chory pęcherz). I choć po performansie usłyszałam na jego temat kilka ironicznych uwag (performerka z tyłkiem w misce – #śmieszne), można go także potraktować jako całkiem sensowny komentarz na temat bezsilności wobec zbiurokratyzowanej medycyny i ciała, które buntuje się przeciwko samemu sobie. Czekam na ciąg dalszy.
W Warszawie, po tym, jak programy performatywne Zamku Ujazdowskiego i Zachęty umarły, performans pokazuje głównie Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Często jest to jednak performans zredukowany do wymiaru atrakcyjnego ozdobnika: pląsania pięknych ciał, które świetnie wyglądają na Instagramie.
Nadia Markiewicz
Performerska wyobraźnia Nadii Markiewicz ciąży ku formom teatralnym – wyraźnie interesuje ją kategoria kostiumu, poprzez który opowiada o własnej niepełnosprawności. Czasem artystka wciela się w kapitana Haka, innym razem jest półskrzydlatą baletnicą, a w tym roku pojawiała się w kostiumie wachlarza z kart do gry, zza którego wystawały tylko nogi i głowa performerki. Artystka mogła się odsłaniać lub zakrywać, a prowadzona przez nią gra z widzem była opowieścią o jej doświadczeniu znoszenia opresyjnych spojrzeń. Występy Markiewicz są proste, ale pełne uroku i scenicznej aury. Warte uwagi są także jej działania w projekcie Freak Show, w którym razem z innymi niepełnosprawnymi osobami artystycznymi (Agatą Wąsik, Babcią, Danielem Kotowskim i Filipem Pawlakiem) przygotowuje występy nawiązujące do tradycji dawnych pokazów dziwolągów i gabinetów osobliwości.
Niko Płaczek
Performerka puszczalska made in Śląsk. Płaczek znana jest ze swoich występów na queerowych imprezach, takich jak Dragana Bar czy Ciężki Brokat, ale jest to także absolwentka Łódzkiej Szkoły Filmowej i autorka filmu Niebinarki, prezentowanego m.in. w CSW Kronika w Bytomu na głośnej wystawie Get Over It. W tym roku miałam okazję zobaczyć Płaczek przy okazji wystawy Córka górnika przy Jasnej 10, gdzie tytułowe córki górników problematyzowały własne pochodzenie w kontekście queerowej tożsamości. Płaczek zaprezentowała tam jedno z bardziej spektakularnych działań, witając gości w queerowo-futurystcznej wersji munduru górniczego: okrągłe czako zastąpiła tu czapka z daszkiem i piórami, czarny garnitur – biała koszulka i bokserki, a skórzane buciki – skaczące szczudła z ostrzami przypominającymi kilofy. Zbroja godna Stelarca, którą nie tylko da się czytać przez górniczą wizualność, ale wydaje się także odpowiedzią na dylemat artystki, która rok temu przy okazji rozmowy w „Szumie” deklarowała: „Moje doświadczenie bycia w miejscu publicznym często sprowadza się do wyboru: albo bezpieczeństwo, albo bycie sobą”. W takim outficie wybierać już nie musi.
Karol Radziszewski
Karol Radziszewski kończy rok z chlubnym mianem antypolskiego prowokatora, który bezcześci wizerunek świętego marszałka, domalowując mu penisa. Jak dla mnie każdy nasz narodowy bohater mógłby być właśnie tak przedstawiony – zupełnie nie rozumiem, dlaczego mamy naszym mężczyznom odmawiać seksualności. Więcej, jeśli jest coś, za co Radziszewskiego szczególnie cenię, to właśnie umiejętność przemycenia wywrotowego ducha Erosa w konserwatywne narracje i zdyscyplinowane przestrzenie. W czerwcu Radziszewski znów zwołał swój gang Fag Fightersów, tym razem żeby zainfekowali Wystawę niestałą w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie swoją zmysłową, cielesną obecnością. Niektórzy uważają, że te erotyczne pląsy były żenadą, ale jak dla mnie – nie było lepszego performansu w tym roku.
Filipka Rutkowska
Filipki nie trzeba nikomu przedstawiać, to gwiazda, ikona stylu, mistrzyni pióra i właścicielka przepięknych, długich nóg, będących godną wizytówką warszawskiej Carrie Bradshaw. Występy Filipki często mi umykały, ale w tym roku wreszcie dopchałam się na jej performans wykonany przy okazji otwarcia Córki górnika. Artystka uraczyła publiczność opowieścią o własnym dorastaniu na Śląsku i relacjach z konserwatywnym ojcem, dość sceptycznie odnoszącym się do sztuki. Trudny temat Filipce udało się przedstawić swobodnie i żartobliwie, a siermiężny Śląsk stał się w tej opowieści podwaliną mitu o narodzinach utalentowanej artystki-samouka, która dzięki wrodzonej błyskotliwości osiąga to samo, co zachodni artyści po bardzo drogich studiach. Tłem tego heroicznego queerstory były jej własne, młodzieńcze kopie starych mistrzów, będące dowodami na rodzący się już wówczas geniusz. W który oczywiście nie wątpię – w końcu diament to nic innego jak węgiel, który spełnił swoje marzenia.
Natalia Sara Skorupa
Nie wiem, czy to nie kompromitujące mnie wyznanie, ale jeszcze w ubiegłym roku odkryłam, że mam dziwną słabość do perfomerskiej transgresji. Może to kwestia znudzenia wymuskanym tańcem w muzeach, a może po prostu melancholia dziadziejącej krytyczki, ale stare sztuczki performance artu, typu bieganie po mieście na golasa albo dziabanie się czymś ostrym po ciele, wydają mi się (czasem) zaskakująco ożywcze. Jeśli też macie dość performerskiej rutyny, polecam wybrać się na jakiś performans Natalii Sary Skorupy – absolwentki Akademii Sztuki w Szczecinie, filmowczyni, performerki, malarki, wokalistki black metalowej, a przede wszystkim – miłośniczki body artu, będącego dla niej metodą do generowania wyrazistych, politycznych deklaracji. W maju udało mi się obejrzeć jej performans Wstyd w galerii Lotna, w którym artystka podjęła temat trudnej relacji Polski z jej własną, komunistyczną przeszłością. Odziana w komunistyczny mundur, w stringach i butach dominy, na pośladku nacięła sobie żyletką symbol radzieckiej gwiazdy i zaczęła wymierzać sobie klapsy, pozwalając krwi rozbryzgiwać się na boki i spływać po nogach. Uważni obserwatorzy mogli dostrzec na jej palcu pierścień z godłem Polski – wymowny symbol polsko-radzieckiego love-hate relationship. Jak dla mnie był to komunikat mocny i wystarczający, niestety artystka postanowiła doprawić swoje działanie końcowym striptizem, częstując półnago publiczność (w tym skonsternowanych kolegów-kuratorów) papierosami. Było to niepotrzebne, czasy Stupid Woman mamy już za sobą.
Kuba Stępień
Stępień to performerka i malarka, która w mijającym roku była szczególnie widoczna na stołecznej scenie, wcielając się w ambasadorkę queerowej śląskości. W czerwcu w Komunie Warszawa artystka zaprezentowała performans Wnuczka górnika, podczas którego wcieliła się w postać Skarbnika, demona i władcy górniczych podziemi. Usadowiona przy stolikach publiczność mogła przyglądać się szeregowi działań performerki – wydawać by się mogło, że ryzykownych, ale także fajnych wizualnie, jak skradanie się Skarbnika za czarną kotarą czy wydeptywanie jego czarcich kopytek na podłodze przyprószonej mąką. Performans zakończył się lekko i wspaniale wyskokiem górniczego demonka przez okno, który tanecznym krokiem zeskakiwał z daszków budynku i zniknął za węgłem. Wrócił w październiku podczas wystawy Córka górnika, gdzie odegrał podwójną rolę: kuratorki i operatorki windy wiozącej gości na wystawę.
Kacper Szalecki
Twórczość Szaleckiego ewidentnie nabrała rumieńców, od kiedy artysta eksperymentuje z kostiumami w typie furry, a tegoroczne występy pokazały, że najlepiej wypada solo. W czerwcu razem z Ewą Zarzycką wystąpił w performansie Sztuka to branża pełna radości, który kończył wystawę Andrei Fraser w Zachęcie. Działo się w nim dużo: Zarzycka przebierała się w kostium włochatej Wenus, Szalecki w kostium różowej pantery, para prowadziła ze sobą konwersację, witała się z publicznością, rzucała na ściany komentarze prasowe na temat wystawy Fraser, Szalecki figlarnie przejechał się na miniaturowej makiecie Zachęty, a grande finale polegało na nawiązaniu do Artist is Present Mariny Abramović – ale w sumie nie wiadomo było, o co chodzi, i czy ma to być jakaś krytyka instytucji, czy po prostu heheszki (ja stawiam, że to drugie, najbliższe poetyce Ewy Zarzyckiej). W porównaniu do ambitniej wystawy Fraser działanie Zarzyckiej i Szaleckiego wypadło blado, performans był przegadany i nieczytelny. Dużo lepiej wyglądało działanie Szaleckiego podczas festiwalu Narracje, wykonane na gdańskim lodowisku na placu Zebrań Ludowych – artysta na dwa dni wcielił się rolę cyrkowego misia, który albo zabawiał łyżwiarzy, albo uciekał od ich spojrzeń, szukając odpoczynku i swobody w improwizowanym ruchu. Prosty, czytelny koncept (nawiązanie do wykorzystywania zwierząt w parkach rozrywki, w tym niedźwiedzia z gdańskiego Criocolandu, który działał w tym miejscu w latach 90.) udało się tu połączyć z efektowną formą, dzięki czemu Szalecki na moment stał się królową Instagrama.
Emma Szumlas
Jeśli szukać dowodów na wpływ tańca na język performansu, dostarcza ich być może praktyka Emmy Szumlas. Szumlas jest po studiach licencjackich na Wydziale Sztuki Mediów Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, ale performuje tak, jakby urwała się z jakieś szkoły tańca w Amsterdamie lub Londynie – w jej pracach bardziej od narracji liczy się ruch i praca (posthumanistycznego) ciała. W tym roku artystka występowała w m.in. MSN-ie i podczas targów Nada Villa Warsaw, mi zaś udało się obejrzeć jej performans Egg. Devoid o Any Spectacle, zorganizowany w galerii TBA w październiku. Szumlas wystawiła się nim na obserwację – performowała w niewielkiej przestrzeni galerii, a publiczność mogła oglądać ją przez witrynę, co przywodziło trochę na myśl obserwację zwierzęcia lub wodnego demona, zamkniętego w białym terrarium. Performans zapowiadany był jako „ograniczający ruch do minimum”, ale minimalizm to chyba nie jest estetyka Szumlas, której ciało ekspresyjnie wyginało się w witrynie, a przekrwione oczy opętańczo łypały na widownię. Na koniec artystka odpaliła w galerii fajerwerki – ponoć bezpieczne, ale co by nie mówić – nieźle szołmeńskie.
Maya Woźniak i Danuta Turkiewicz
Woźniak i Turkiewicz to bardzo młody duet perfomerski, który na duszną krakowską scenę, opanowaną przez duchy Beresia i Kantora, wprowadza odrobinę lesbijskiej energii. Performansy dziewczyn są bardzo sensualne i jest w nich dużo zmysłowego ocierania się o siebie, o czym przekonałam się przy okazji wycieczki po Krakersie, gdzie trafiłam na wystawę Exuvium, prezentowaną w bardziej niż offowym miejscu w kamienicy przy Zwierzynieckiej 6. Exuvium to zwierzęca wylinka, symbol zmiany, do którego nawiązały także w swoim performansie Woźniak i Turkiewicz, same zdejmując z siebie cienką warstewkę „skórki” i zapraszając do tego rytuału publiczność. Było to trochę przeestetyzowane i konwencjonalne, ale kto wie, co z tych poczwarek jeszcze się wykluje.
Katarzyna Kozyra
Lala Katarzyny Kozyry budziła największe emocje w 2024 roku, kiedy zastąpiła artystkę na wystawie Łzy szczęścia w Zachęcie, ale mnie udało się załapać na jeszcze jeden występ mechanicznej Kasi – w styczniu na uniwersytecie SWPS wygłosiła ona wykład Początek i koniec. Wykład lali odbył się po dyskusji Kozyry z Andą Rottenberg i był poświęcony historii performansu, zakończonej diagnozą współczesnego stanu gatunku, który według lali idzie w stronę nowych technologii i wyzwolenia od fizycznego ciała osoby performującej. Jest to opinia przewidywalna, ale może chodziło po prostu o autoreklamę. Jeśli jednak boicie się, że w performansie ludzi faktycznie zastąpią boty, uspokajam – jesteśmy w Polsce, tu na technologię nikt nie ma pieniędzy. Stare dobre ciało raczej będzie jeszcze w użytku. Ciągle jest tańsze.
Karolina Plinta – krytyczka sztuki, redaktorka naczelna magazynu „Szum” (razem z Jakubem Banasiakiem). Członkini Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki AICA. Autorka licznych tekstów o sztuce, od 2020 roku prowadzi podcast „Godzina Szumu”. Laureatka Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy (za magazyn „Szum”, razem z Adamem Mazurem i Jakubem Banasiakiem).
Więcej






