30.11.2013

Zawsze chciałem być artystą, ale mogę tylko o nich pisać: Wojciech Bąkowski

Zawsze chciałem być artystą, ale mogę tylko o nich pisać: Wojciech Bąkowski
Wojciech Bąkowski (fot. Sz. Rogiński)

Wojciech Bąkowski (fot. Sz. Rogiński)

Spowity scenicznym dymem, łysy, w za dużych portkach, białych skarpetach i z wyciągniętą ręką, którą od przepłynięcia w faszystowskie pozdrowienie powstrzymuje tylko napięcie publiczności. Oto publiczny obraz Wojtka Bąkowskiego. Prywatnie nie chciał się spotkać, w mailach najpierw z wyćwiczoną, połyskliwą ironią odpowiadał, że taki portret byłby bez sensu (bo styl), potem, że to za trudne i może nie wyjść, w końcu że jego publiczne i prywatne życie nigdy nie będą tym samym. I stworzenie prywatnego wizerunku pozostawił mi – „świetnie pan sobie z tym radzi”.

Co też przecież jest ironią, bo tworzenie prywatnego wizerunku człowieka, który uczynił z siebie rodzaj Ziggy’iego Stardusta, jest karkołomne. Wszystko będzie Ziggym Stardustem, a nawet jeśli będę szukał czegoś, co nie jest, będę robił to na siłę – zawsze w odniesieniu do Ziggyego. Tak to już jest z autokreacją. Nie zostawia niczego dla siebie. Ale w materiałach dostępnych publicznie można znaleźć momenty, kiedy zza maski wyłania się osoba bardziej prywatna i rzuca ciekawe światło na swój artystyczny wizerunek. To kwestia głosu.

Otóż moim zdaniem Wojciech Bąkowski mówi w tej chwili  dwoma głosami, z których jeden nigdy się nie pojawił publicznie, a drugi jest wyspecjalizowaną i sztuczną manierą, stworzoną na podstawy sztuki, przypominającą rodzaj licealnych czy nawet gimnazjalnych blogowych papatków à rebour. Nie odmawiam mu czaru, i umiejętności wciągania w psychologiczne krzyżówki samotnych wieczorów, obrazowania procesu jełczenia jakiegoś podrzędnego i nieistotnego *urzędnika*, który w tych ciśnieniach mistycyzuje przepływ czasu – ale jest to głos ucięty, mały, karłowaty.

Przypomina zarazem Dostojewskiego z Notatek z podziemia, jak i Białoszewskiego z jego szumami, zlepami i przytulną wsobnością kodeinowych ciągów. I to właśnie jego Bąkowski obrał za swojego patrona, jak często opowiada. Wyznaje, że poeta go stworzył, a w ogóle poezja to największa ze sztuk. I tu pojawia się zapowiedź drugiego głosu Bąkowskiego.

Niemal w każdym wywiadzie (nie wiem, czy to charakterystyka prasy, że zawsze pisze to samo, czy dobrego artysty, że wkłada jej do głowy to, co powinna zapamiętać)  – poznański performer wspomina jakby dla przeciwwagi o drugim autorze.To Proust i olśnienie Bąkowskiego z lektury Swanna, że istnieje możliwość wypowiedzenia dużo bardziej ulotnych stanów duszy niż zmetaforyzowane komunały biedaków.

I tu zaczyna się drugi język Bąkowskiego, o który się upominam. Bo wbrew celowości publicznego image (Niwea, filmy mówione), gdzie Bąkowski pojawia się jako pokraczny stwór, rodzaj kubistycznego kolażu, gdzie cała atmosfera wraca do malarstwa Georga Grosza czy Auto da fé Cannetiego, z ich katastroficznymi przeczuciami, jest jeszcze drugi język Bąkowskiego. Ten od Prousta. Pełen wdzięku, delikatności, drobnych ironii, długich, wypowiadanych z pełnym oddechem zdań. Tyle, że ten zarezerwowany jest do wywiadów, gdzie artysta pojawia się jako osoba prywatna. Raz u Ciszewskiego w „miastach w komie”, raz w reportażu dla Dwutygodnika o znamiennej nazwie Flâneur kulturalny.

To proste historyjki ujawniające skalę jego języka i możliwości wyrażania uczuć. Na przykład wspomnienie o etacie nauczyciela w średniej szkole, przedzielone jakimś miękkim, znamionującym subtelność (ale czy nie za wiele mi się wydaje?) gestem, raz ostrożnośćświadomy sarkazm, gdy mowa o niezależności w wywiadzie na Kongresie Kultury. Ton samodzielny, wnikliwy, z jednej strony ironiczny, z drugiej czuły na swoim punkcie i pełen rozróżnień wobec świata.Jestem przekonany, że za tym głosem może być więcej Wojciecha Bąkowskiego, niżby chciał pokazać.

To zresztą dziwne zadanie szukanie człowieka przez ekran komputeracoś jak próba wygrzebania ciała spod gruzów w zniszczonym trzęsieniem ziemi mieście. I w gruncie rzeczy odmawiam zrobienia takiej figury. „Bąkowski to taki a taki typ. Tak go widzę.”

Jednak, jeśli chodzi o język, jestem przekonany, że tak jest. Że jest ich dwóch. I jeden – choć publiczny, zabiera poniekąd tlen temu prywatnemu. Oczywiście jest to cena zwięzłości, wyróżnialności, naznaczenia, którego tak bardzo potrzebuje publiczny świat. Być może nawet przy pracy plastyka nie jest potrzebne więcej niż jednorodny, startujący z jednego małego miejsca ton. Może.

Ale Bąkowski posługuje się słowem. A ja chciałbym go namówić, aby korzystał z pełnej skali. Póki co jego praca przypomina mi moment w rozwoju Doroty Masłowskiej, która po wynalezieniu nowego języka dla literatury, wcale zresztą nie tak odległego od pomysłów Bąkowskiego, przy próbie znalezienia drugiego oddechu, wpadła w melancholijny, napowietrzny i w gruncie rzeczy oderwany od rzeczywistości ton. Cały czas z bardzo dobrymi i mądrymi wywiadami. To wszystko chwilowe, ale jestem bardzo ciekaw, jak będzie wyglądał jej i jego dalszy język. Sekunduję obydwojgu, a Bąkowskiego namawiam do korzystania z dorobku swojego drugiego patrona. To zresztą przypomniało mi jedną, może najważniejszą myśl.

Podobno Jean Santeuil (nie czytałem!), pierwsza i porzucona powieść autobiograficzna Prousta, napisana jest językiem żalu i niechęci do danego mu dzieciństwa, rodziców i pewnie rzeczywistości (a teraz zmyślam). Dopiero potem napisał, co napisał (czytałem, więcej niż jeden tom).

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

AutorWojciech Albiński
TytułZawsze chciałem być artystą, ale mogę tylko o nich pisać: Wojciech Bąkowski
FotografieSzymon Rogiński
Indeks

Zobacz też