02.08.2019

Wolność jako produkt. Niefestiwal Miasto i Sztuka „Moja wolność”

Jakub Knera
Koncert / performance Siksy
Wolność jako produkt. Niefestiwal Miasto i Sztuka „Moja wolność”
Koncert / performance Siksy
Czy Niefestiwal wprowadza do działań artystycznych w przestrzeni miejskiej coś nowego? Ma ku temu predyspozycje, ale pierwsza edycja pokazuje, że może się to udać tylko dzięki przemyślanej i długotrwałej pracy.

Impreza pojawiła się znienacka – zaczęto ją anonsować trzy miesiące temu. Zaplanowane w jej ramach działania artystyczne, koncerty, spotkania i performance spiął temat nadrzędny: wolność. Główne miejsce akcji – Dolne Miasto – gościło wiele przedsięwzięć artystycznych: Streetwaves, Narracje, Znikający Klub, festiwal FETA, koncerty i imprezy w okolicach Królewskiej Fabryki Karabinów. Organizacja kolejnego festiwalu w tej dzielnicy wydaje się ryzykowna, ale organizatorzy starali się dystansować się od festiwalowej formuły już w wymiarze promocyjnym wydarzenia: „robimy sztukę w mieście. Niefestiwal!” – głosiło hasło zapowiadające. Rozłożony na 10 dni program dawał szansę, by bardziej zagłębić się w dzielnicę, a towarzyszące mu hasło wolnościowe idealnie wpisywało się w obchody 30-lecia wolnych wyborów w Polsce. Słowo to, po utartej i niekoniecznie wywołującej pozytywne skojarzenia „solidarności” często przewija się przez politykę kulturalną Gdańska (promującego się hashtagiem #wolnosckultury). Wizyta w tej dzielnicy, na takim festiwalu zmuszała do refleksji: co ta wolność i to wydarzenie daje dzielnicy, jej mieszkańcom? A chwilę później: co mówi tym, którzy przyjadą lub przyjdą je zobaczyć? Wreszcie: co nowego wnosi do sposobów prezentowania sztuki w przestrzeni miejskiej?

Niecentrum

Dolne Miasto to specyficzna dzielnica i warto o tym przypomnieć. Niby w centrum, a jednak nie do końca; rewitalizowana, a często przez przyjezdnych z innych części Gdańska postrzegana jako egzotyczna. Krajobrazowo-architektoniczny konglomerat: są bastiony i łąki, kanały wodne (kiedyś było ich więcej, zostały zasypane), zakłady przemysłowe (fabryka karabinów i tytoniu), secesyjne kamienice i pierwowzory domów społecznych, które teraz mają kontynuację w świeżo powstałych TBSach. Ale odkąd pod koniec lat pięćdziesiątych w śródmieściu Gdańska wybudowano Podwale Przedmiejskie – trasę wylotową do Warszawy – niczym projekty Roberta Mosesa w Nowym Jorku razem z kanałem Motławy odcięła ona Dolne Miasto od centrum. Teoretycznie od Zielonej Bramy na Łąkową, główną arterię dzielnicy, idzie się 10 minut, ale na mentalnej mapie mieszkańców to zupełnie inne miasta. Trwa to już od mniej więcejczterdziestu lat.

Nie(d)ocenione peryferia: Gdańsk Jakub Knera o stanie sceny trójmiejskiej CZYTAJ!

Na szczęście ostatnia dekada to czas napływu nowej społeczności, remontów, otwierania się nowych miejsc i inicjatyw kulturalnych. Bardzo aktywni są mieszkańcy, pielęgnujący historię tej dzielnicy, zwani Opowiadaczami Historii; mieszka tam też wielu artystów i właśnie o drugi budynek rozbudowuje się siedziba największej trójmiejskiej firmy, LPP (nie wiem ilu mieszkańcom dzielnicy dała pracę). Odbywa się tu też kontrowersyjna rewitalizacja dawnej zajezdni tramwajowej (głównie mieszkania i usługi) i powstają przypominające dawne spichlerze apartamenty, w którym dominują wynajmy krótkoterminowe.

Od ponad dwudziestu lat funkcjonuje tu Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia (przy wejściu możemy zapoznać się ze wszystkimi statystykami tej instytucji z ostatnich dwóch dekad) – dla przyjezdnych to wystawy, dla lokalsów projekty edukacyjne. Jedne z nich prowadzi Mikołaj Jurkowski: opowiada dzieciom o sztuce, otwiera na przestrzeń. A przy tym wygląda jak z bajki: z długą rudą brodą niczym krasnolud. Dzieciaki chcą go słuchać, a po kilku latach przyprowadzają młodszych kolegów. To jest sukces. W ten kontekst w tym roku po raz pierwszy wszedł Niefestiwal.

Kontenery

Najbardziej w oczy rzucały się kontenery – została w nich umieszczona połowa projektów. Nie kojarzą się zbyt dobrze – wskazują na zmianę, budowę, może jakąś kontrolę albo stan „w działaniu”. Z drugiej strony wiążą się z wieloma akcjami kulturalno-artystycznymi, no i są łatwe w transporcie i zaaranżowaniu. W oczy najbardziej rzucała się Biografia kolektywu Open Group na rogu Chłodnej i Łąkowej. Najciekawsza przez pryzmat opowieści o dzielnicy: można było w niej spisać swoją historię, która później została odczytana na głos i zapisana na długiej wstędze, tworzącej ogromną papierową instalację. To nie pierwsza odsłona tego projektu i w środku było widać efekty wcześniejszych działań: historię ukraińskiego więźnia, mężczyzny, który opowiedział o sobie przez pryzmat ulotek i wizytówek albo innego, którego biografia to szczegółowy spis samochodów, którymi jeździł. Kolejne „życia” znajdują się w szarych teczkach, niczym akta w kartotekach. Ciekaw jestem ilu mieszkańców dzielnicy opowiedziało tu swoje życia. Chętnie bym je przeczytał.

Najbardziej w oczy rzucały się kontenery – została w nich umieszczona połowa projektów. Nie kojarzą się zbyt dobrze – wskazują na zmianę, budowę, może jakąś kontrolę albo stan „w działaniu”. Z drugiej strony wiążą się z wieloma akcjami kulturalno-artystycznymi, no i są łatwe w transporcie i zaaranżowaniu.

Kolejny kontener to Gdania– zbiorowa praca, mikroprojekt Ady Zielińskiej, Pawła Włodarskiego, Justyny Górowskiej i Marcina Janusza. Składała się ona z dwóch prac wizualnych. Pierwsza to obraz Janusza w baśniowej postaci ukazujący ludzi z kwiatami (inspirowanych fotografią Marca Bulca) oczekujących na przełom negocjacji Solidarności w latach 80. Druga – zdjęcie Zielińskiej, przedstawiające kibiców Lechii w złotym tramwaju promującym Sąd Ostateczny Hansa Memlinga na tle dźwigów stoczniowych. Towarzyszył im performans Justyny Górowskiej, która występowała w stroju stworzonym przez Włodarskiego, inspirowanym polskimi opozycjonistkami z lat 80. Performansu niestety nie widziałem – bez niego praca wygląda jakby twórcy chcieli opisać Gdańsk w pigułce, poprzez symbole, te utarte i te powszechne, codzienne. Tworzą własną, ale nie do końca czytelną personifikację miasta – kto wie, może na fali bieżącej sytuacji społecznej i wzrastającego znaczenia samorządów, Gdania mogłaby być silniejszym punktem tożsamości niż Polonia, Respublica albo Patria. Tyle że praca była mało czytelna, zbyt złożona i hermetyczna: symboli zbyt wiele, a puenta jakby niewystarczająca. A może ciekawiej byłoby zastanowić się jaka byłaby personifikacja Dolnego Miasta?

O wolności i jej ograniczeniach opowiadała Fotobudka Mariusza Warasa. W umieszczonym naprzeciw apartamentowców boksie siedziała tajemnicza postać – strażnik, który przygląda się nagraniom z kamer z różnych części dzielnicy. Waras z jednej strony pokazał, że zainstalowane wszędziekamerycoraz bardziej pozbawiają nas prywatności, a strażnicy obserwują nasz każdy ruch – mamy więc coraz mniej wolności dla siebie. Z drugiej strony kamery ukazują różne przestrzenie Dolnego Miasta – może warto przyjrzeć im się dokładniej? Ale z zewnątrz kontener wygląda jak element budowy, obok którego ludzie przechodzili obojętnie.

WetMeWild*. 2020 roku nie ma. Rozmowa z Justyną Górowską Justyna Górowska opowiada Ani Batko o projekcie WetMeWild, w którym wciela się w Brzeginkę CZYTAJ!

Wolności przyglądała się też Agata Królak, która na podwórku Łaźni, w obiekcie tym razem tylko przypominającym kontener (ma ten sam kształty i wymiary, ale jest z drewna) stworzyła przestrzeń imitującą pokój dziecięcy – taki, który milusińscy mogą zaaranżować sami, bez ingerencji dorosłych. To raczej tylko miejsce warsztatowe, a szkoda – może lepiej byłoby stworzyć w otwartej przestrzeni coś – obiekt, instalację, miejsce – nastawione na stałą interakcję zarówno dzieci jak i dorosłych? I jednocześnie coś takiego, co zostawiłoby po sobie ślad i wpisało się w krajobraz dzielnicy. Cały czas marzy mi się projekt na miarę Dotleniacza Joanny Rajkowskiej, a Dolne Miasto wydaje się idealne na taką realizację. To się jednak Niefestiwalowi nie udało: miał wychodzić poza przestrzenie galeryjne, ale nie wszedł w dialog z przestrzenią, tylko zazwyczaj zamykał się na nią w kontenerach. Te wyglądały na wyalienowane i obce, nie wpisywały się w krajobraz miejsca. I nie zachęcały do odwiedzin.

Ada Zielińska, Marcin Janusz, Paweł Włodarski, „Gdania”, wystawa
Open Group, „Biografia”, wystawa
Justyna Górowska, „Chwała bohaterkom!”, performance
Justyna Górowska, „Chwała bohaterkom!”, performance

Kwiaty

W przestrzeni dzielnicy lepiej osadziły się Kwiaty Mirelli von Chrupek – sporych rozmiarów instalacja artystyczna, która znalazła się pomiędzy ścianami budynków przy Królewskiej Fabryce Karabinów. Można było zakwitnąć tak jak one – cytuję – „kiedy uda nam się zrozumieć nasze najskrytsze lęki i nadzieje, wtedy, mimo ograniczeń narzuconych nam przez świat, nawet w naprawdę trudnych warunkach”. Na pewno instalacja von Chrupek odkrywała nieznane zakamarki tej części miasta (chociaż szkoda, że z nimi nie dialogowała). Trzeba było jej trochę poszukać, a i przy okazji zwiedzić dzielnicę. Zamiast więc uwalniać siebie, może warto uwolnić się od stereotypów na temat miejsca i poznać je na nowo?

Podczas festiwalowej dyskusji padł zarzut, że młodsze pokolenie nie robi rewolucyjnych wrzut czy wlepek. A mi nasuwa się pytanie: czy powinno? Bo starsze pokolenie tego oczekuje? A może priorytety i przestrzenie wyrazu są inne?

Flora powróciła też w projekcie Kwiaty polskie Luki Rayskiego, który nawiązywał do wiersza Juliana Tuwima pod tym samym tytułem i – znów – rocznicy wolnych wyborów. Projekt pomysłowy, choć mało widoczny – artysta stworzył papier do pakowania kwiatów. Pani kwiaciarka zawijała w niego zakupione rośliny, które można komuś podarować (także po zakończeniu Niefestiwalu). Najbardziej wytrwali na opakowaniu może doszukają się wydrukowanego wiersza. Kiedy przejeżdżałem obok kwiaciarni, jedna mieszkanka czytała opis projektu – niestety sklep był zamknięty. Czy wróci dzień później?

Kwiaty można było też znaleźć w ogrodzie społecznym, jednym z punktów festiwalowych, gdzie odbywały się warsztaty i koncerty. To miejsce dla mnie najbardziej fascynujące: na uboczu, po diametralnej metamorfozie (wcześniej było tu gruzowisko). Obowiązuje tu zakaz picia alkoholu i palenia papierosów ze względu na znajdujące się tuż obok centrum aktywizacji społecznej i leczenia z nałogów. Najciekawsze przypadkowe odkrycie dzięki działaniom Niefestiwalu – chociaż nie było efektem działań kuratorskich.

Warsztaty Kwiaty polskie – warsztaty florystyczne (towarzyszące akcji Luki Rayskiego)

Użytkowość i memy

Ogród jest przestrzenią jak najbardziej użytkową. O użytkowości mówili też uczestnicy debaty Z wolnością w tle – uliczne re-definicje, zorganizowanej w ramach Niefestiwalu. Prowadząca Aleksandra Litorowicz przepytywała podczas niej trójmiejskich streetartowców – Iwonę Zając, Piotra Szwabe i Jacka Wielebskiego – z historii ich działań, funkcjonowania na ulicy, wynikających z tego ograniczeń i kontrowersji. Cała trójka – chociaż ich prace zdobią lub zdobiły różne części miasta – w zasadzie wycofała się z twórczości ulicznej, zabierającej głos w przestrzeni miasta. Stocznia Zając zniknęła, kiedy zlikwidowano mur, na którym się znajdywała, Szwabe przez kilkanaście lat organizował Monumental Art, ostatnio prowadził warsztaty, których uczestnicy malowani portrety znanych gdańszczanek. Wielebski współorganizuje Traffic Design, który jeśli ingeruje w przestrzeń, to poprzez jej upiększenie. Oddolnie tworzy m.in. Rurales, malowidła na ścianach wiejskich budynków. Wszyscy jednak porzucili już krzyczące, streetartowe prace; raczej działają na rzecz ulepszania przestrzeni. Podczas dyskusji Szwabe zarzekał się, że młodsze pokolenie nie robi rewolucyjnych wrzut czy wlepek, a mi nasuwa się pytanie: czy powinno? Bo starsze pokolenie tego oczekuje? A może priorytety i przestrzenie wyrazu są inne? Myślałem o tym, oglądając prace Bolesława Chromrego i Magdaleny Sawickiej w dawnym wagonie tramwaju na końcu Łąkowej i w budynku Łaźni. Prześmiewcze, czasem ironiczno-gorzkie, kiedy indziej trochę głupkowate. Kiczowate figurki i komentarze do popkultury albo i społeczeństwa miały stworzyć odrealniony świat – tyle, że on bardziej pasuje do zmemowanego internetu, gdzie zresztą Chromry króluje i ma rzesze fanów. Za oknem dawnego wagonu wyglądały mdło. A salę z kiczowatymi figurkami, za którymi – pomimo sporych rozmiarów opisu – niewiele się kryje, o wiele lepiej zagospodarowałaby mieszkanka Dolnego Miasta, Kora Kowalska (pisze o niej Olga Drenda w książce Wyroby), kolekcjonerka i inicjatorka projektu od rzeczy skład. Ma mnóstwo przedmiotów i dupereli, ale przemawiająca z nich opowieść i głęboka historia (także dzielnicy) sięga dekad i wieków wstecz. Także w temacie wolności. No i jest czymś więcej niż czerstwym żartem.

Magdalena Sawicka & Bolesław Chromry, „Maximum Waste”, wystawa
Magdalena Sawicka & Bolesław Chromry, „Maximum Waste”, wystawa
Magdalena Sawicka & Bolesław Chromry, „Maximum Waste”, wystawa
Magdalena Sawicka & Bolesław Chromry, „Maximum Waste”, wystawa

Opowieści

Tego elementu eksploracji dzielnicy, snucia opowieści na jej temat bardzo mi na Niefestiwalu brakowało. Brakowało też spójności – co kontener to inny kurator – i koherentnej wizji, ale też narracji o tytułowej wolności. Widać, że wydarzenie zostało przygotowane w pośpiechu, a przecież często tematy same leżą na ulicy: jak kolekcja Kory (która w końcu dosłownie zbiera rzeczy z ulicy) albo miejska użytkowość. Może więcej tytułowej wolności mieszkańcom przyniosłaby interwencja artystyczna w celu kształtowania przestrzeni publicznej? Także w momencie, kiedy kulturalno-rozrywkowy ciężar centrum przeniósł się na tereny postoczniowe.

I to właśnie tam pojawił się kontrapunkt, praca Filipa Ignatowicza. W klubie 100cznia w jednym z kontenerów artysta stworzył Fignacy Freedom Store – sklep z produktami komentującymi tytułowy wątek. Znalazły się w nim opakowania na banany – żeby nie gorszyły tych, którym nie spodobała się Sztuka Konsumpcyjna Natalii LL na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie, podręczny transparent, który można samemu złożyć niczym meble z IKEI, płatki śniadaniowe, które układały się w napis „Solidarność” albo „Freedom Cola”, odwołująca się w ironiczny sposób do lansowanego pięć lat temu napoju ogromnego koncertu, który z okazji 25. rocznicy wolnych wyborów był reklamowany jako „smak wolności”. Wszystkie produkty artysta ułożył na półkach ciasnego pop-up store; przytłaczały ilością, ale jednocześnie były sugestywne i wymowne. Zaprojektowane bardzo szczegółowo, przeładowane konotacjami, wielowymiarowo obrazowały temat w konsumpcyjnej otoczce. Ignatowicz podszedł do tematu przewrotnie, a jednocześnie przyciągnął uwagę, także nocnych imprezowiczów. Bo może wolność jest dzisiaj doskonałym produktem? Wystarczy ją przecież ładnie opakować i sprzedać.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaAlicja Biała, Bolesław Chromry & Magdalena Sawicka, Mirella Von Chrupek, Oskar Dawicki, Justyna Górowska, Filip Ignatowicz, Marcin Janusz, Agata Królak, Honorata Martin, Luka Rayski, Open Group, Ada Zielińska, Mariusz Waras, Paweł „PAULUS” Mazur I Dariusz „BRZÓSKA” Brzóskiewicz, Patryk Hardziej, Edgar Bąk, Ola Niepsuj, Katarzyna Bogucka, Dawid Ryski, Paweł Włodarski, Dj Wika, Próżnia, Gnojki, Kwiaty, Kalafior Derambo, Yowee I O`Beats, Siksa
WystawaNiefestiwal Miasto i Sztuka „Moja wolność”
MiejsceCentrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, Dolne Miasto
Czas trwania19-28.07.2019
KuratorKinga Jarocka, Anna Szynwelska, Michalina Domoń, Krzysztof Kucharczyk oraz Marcin Różyc
FotografieBogna Kociumbas
Strona internetowalaznia.pl
Indeks

Zobacz też