05.11.2013

„Tutaj moglibyśmy zjeść znaczek i zostać zamknięci na noc”

„Tutaj moglibyśmy zjeść znaczek i zostać zamknięci na noc”

W obliczu pochodzących z lat osiemdziesiątych dokumentów „stanu mentalnego wywołanego przedawkowaniem rzeczywistości w stanie przewlekle utrzymującego się kryzysu”, jak pisał o nich kurator, Michał Woliński, dostałam zawrotu głowy. Wystawę można oglądać na co najmniej trzy sposoby: śledzić ikonograficzne połączenia utkane przez kuratora, rzucać okiem na każdą ze ścian i wyłuskiwać swoje tipy albo kręcić się do upadłego w kółko, co w sumie jest połączeniem dwóch zaproponowanych wersji. Falowanie murowane.

Ewa Ciepielewska, bez tytułu, 1984, akwarela, 50 x 70 cm. Dzięki uprzejmości Piktogram/BLA

Ewa Ciepielewska, bez tytułu, 1984, akwarela, 50 x 70 cm. Dzięki uprzejmości Piktogram/BLA

W Piktogramie zebrano prace o doskonałej plastyce, choć bardzo różnorodnej. Łączy je wspólne podłoże – papier. Na nim zaś ekspresyjne malarstwo, szybkie szkice, interwencje ołówkiem w fotografie. Znakomita większość to mało rozpoznany dotychczas materiał, „przejaw działalności całkowicie marginalnej” – by podsumować wybór cytatem z opisu pracy Zbigniewa Libery Wariat (1984/2006). Składające się na nią sfotografowane notatki, niezauważane i nieusuwane przez służby porządkowe, są świadectwem takiej samej – rewolucyjnej i anarchistycznej – energii, jak tworzone w ramach kolektywnych sesji (malarstwa na papierze) realizacje Luxusu czy Gruppy. Tu wybrano raczej prace indywidualne, muzealizującą oprawą wypreparowane z pierwotnych kontekstów. Tylko Liberze towarzyszy opis – autorski, będący elementem pracy. Reszta podana jest widzowi wrażeniowo.

Ewa Ciepielewska, bez tytułu, 1984, akwarela, 101 x 72.5 cm. Dzięki uprzejmości Piktogram/BLA

Ewa Ciepielewska, bez tytułu, 1984, akwarela, 101 x 72.5 cm. Dzięki uprzejmości Piktogram/BLA

Moim absolutnym odkryciem warszawskiej wystawy jest Ewa Ciepielewska i jej akwarele na kolorowym lub białym papierze (1984). Wyrazisty kontur oraz kompozycja przywodzi mi na myśl Zofię Stryjeńską. U niej jednak skierowany w stronę łona sierp dziewczyny, przed którą klęczy chłopak, zdaje się całą swą ikonografią i rumianymi obliczami wspierać zahamowania i pozostawać w kanonie konwenansów, podczas gdy z prac Ciepielewskiej bije – czasem agresywna, ale twórcza i nieskrępowana – energia libidalna. Wyobraźnia artystki kreuje zoomorficzne, totemiczne postaci ukazane w duetach budowanych na zasadzie podobieństw (rytmiczne żyrafo-zebry w dżungli, która siadła jednej z nich na skórze) lub przeciwieństw. Ciepielewska sprawnie operuje konturem, czasem rezygnując z niego, by kreska oddawała fakturę i właściwości materii, z których budowane są sylwetki. I tak ptak-jednorożec miejscami budowany jest gładką plamą przechodzącą w linię ostrą niczym liść akantu oraz lekkimi, kładzionymi pojedynczo smugami oddającymi miękkość okrywającego go futro-pierza. Poszczególne partie ciał są jednocześnie płaskie i przestrzenne. Do tego wyrazista kolorystyka nasyconych barw, o nieoczywistych, odważnych, a także modnych współcześnie zestawieniach, jak kobalt plus siena palona.

Ewa Ciepielewska, bez tytułu, 1984, akwarela, 90.6 x 70.2 cm. Dzięki uprzejmości Piktogram/BLA

Ewa Ciepielewska, bez tytułu, 1984, akwarela, 90.6 x 70.2 cm. Dzięki uprzejmości Piktogram/BLA

Zoomorfizm jest też motywem przewodnim u Ryszarda Grzyba i Leszka Knaflewskiego. Grzyb reprezentowany jest wielkoformatowymi temperami na papierze. Za niektórymi z nich kryją się osobiste historie, jak ta nieudanego podrywu w Szlifierzu nocnych diamentów (1984/85). Są także rysunki ołówkiem o niewielkich, jak te Knaflewskiego, formatach. Choć prace tych dwóch artystów zostały ze sobą przemieszane, trudno je pomylić. U Grzyba twardsza kreska i zupełnie inna sylwetka postaci – toporniejszych, jakby ciosanych z drewna – jak w rzeźbach Grzegorza Klamana, Eugeniusza Szczudło czy Georga Baselitza. Przeważają przysadziste formy o napiętej skórze i wyrazistych, nabrzmiałych mięśniach, pełnych skumulowanej energii. Tak postrzegam choćby figurę Pegaza (1986), który w swej masie zdaje się bardziej konikiem huculskim czy kucykiem pony na sterydach. Prace Grzyba, będąc komentarzem politycznym, wnoszą do wystawy pewien rodzaj żartu rezonujący także w dowcipie innych artystów. Są one grube czy dosadne, jak w linorycie Piotra Gusty Mała miki i jej wielki los (1983), innym razem lekkie i zakamuflowane, jak znaczek (pocztowy) z wywalonym językiem w jednej z prac Pawła Jarodzkiego (bez tytułu, 1982). Czasem mnie to razi, czasem śmieszy.

Koło Klipsa: Leszek Knaflewski, bez tytułu, 1987

Koło Klipsa: Leszek Knaflewski, bez tytułu, 1987, kredka na papierze, 29 x 41 cm. Dzięki uprzejmości Piktogram/BLA

W rysunkach Knaflewskiego (1986-87) dużo więcej niż u Grzyba powietrza, odmaterializowania, lekkości na granicy lewitacji, pulsowania niczym fala elektromagnetyczna, a nawet promieniowania, jak w rysunku z bezpłciowym, ale jednak męskim ciałem wpisanym w holistyczną aurę z ichtiologicznym nawiązaniem. Będzie to rodzaj jakiejś kosmogonii czy opowieść o jedności bytu, jeśli przypomnimy sobie, że przecież w wieku płodowym zanikają nam skrzela. Gdzie indziej zwraca uwagę hybrydyczność transformującej się postaci przepasanej księżycem. Z licznych twarzy o fizjonomii cyklopów przebija pewna mięsistość rysów, bliska estetyce autoportretów Picassa. W pracach węglem uwodzi mnie delikatny modelunek. Bije z nich jakiś spokój, odmienny od otępienia czy osłupienia pomieszanego z odrobiną patosu (wnosi go delikatne lawowanie czerwienią) w tuszu na papierze Jarodzkiego (bez tytułu, 1986). Konturowo, cienką kreską prowadzone postaci, wyalienowane z geometrycznej przestrzeni ulicy, stały się tu pustymi znakami, jak te zdjęte linią z trupów na ulicach. Nie ma tu już energii szablonów Jarodzkiego, agresji punkowego buntu, jest jakaś pustka i bezsens. Apokaliptyczny nastrój, tym razem w wersji fantasy, to także nieznane szerzej interwencje ołówkiem w zdjęcia z prasy autorstwa Artura Gołackiego (1984).

_BGF1318_PIKTOGRAM_PSYCHOPAPIER_fot_B_GORKA

„Psychopapier” – widok wystawy

Wystawę, kipiącą od mikro odniesień, kończy mocna praca Jerzego Truszkowskiego. Absurdalny i paradoksalny gest zaklęty w fotografii, czyli skok artysty w nicość (Praca przeciwko absurdowi, 1983/4), to powtórzenie decyzji Yves’a Kleina czy Zbigniewa Warpechowskiego w radykalnej, bo bez asekuracji wersji (obok znalazł się rysunek Knaflewskiego z widzianą jakby od spodu, rozpłaszczoną postacią jako rodzaj pendant do fotografii). Świetne zakończenie, szczególnie w kontekście jednej z wypowiedzi Jerzego Ludwińskiego. Diagnozując różnicę pomiędzy sztuką lat osiemdziesiątych nazywaną przez niego undergroundem, a wcześniejszą awangardą, mówił, że to młodsze pokolenie było bliżej środka ziemi. Dopowiedzmy, że u Verne’a zmierza się tam przez fantastyczne światy i jest tam bardzo gorąco. Jak w Piktogramie.

Tytuł recenzji to cytat z wypowiedzi Ewy Ciepielewskiej przytaczającej Bożenę Grzyb-Jarodzką. Za: Luxus. Make love not war, kat. wyst. BWA w Krakowie, Kraków 1994.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

AutorEwa Tatar
ArtystaRyszard Grzyb, Leszek Knaflewski, Zbigniew Libera, Luxus, Jerzy Truszkowski
TytułPsychopapier
MiejscePiktogram/BLA
Czas trwania27.09.2013 - 30.11.2013
KuratorMichał Woliński
FotografieBartosz Górka
Strona internetowawww.piktogram.org
Indeks

Zobacz też