09.08.2013

„Niespokojne odbicie” w Czytelni Sztuki w Gliwicach

Marta Lisok

3

Kiedy w 1939 roku angielski uczony Wiliam Henry Fox Talbot naświetlając w ciemni papier powleczony warstewką chlorku srebra, tworzy pierwszą fotografie, Wilhelm von Blandowski ma siedemnaście lat. Jest ostatnim z trzynaściorga dzieci Johanna Felixa oficera armii pruskiej, który planuje dla niego karierę wojskową. Nie wie jeszcze, że będzie walczył w Wiośnie Ludów, wyjedzie na studia do Berlina, potem do Australii, żeby badać jej dziką przyrodę, wynaleźć pompę parową, szukać złota, prowadzić Muzeum Historii Naturalnej w Melbourne, a po latach tułaczki wrócić do domu swojej matki w Gliwicach, żeby w 1864 roku założyć własne atelier fotograficzne.

Na jednym ze zdjęć widać jego wnętrze. Z wyczuciem zgoła postmodernistycznym Blandowski pokazuje warsztat swojej pracy. Odsłania podszewkę, w której lęgną się kolejni niepokojący oko, bohaterowie jego zdjęć. Pomiędzy aksamitnych kotar, kolumienek, krzeseł, drabin, obiektywów, calówek do mierzenia odległości, całej aparatury usztywniającej, chwytaków na głowę, które pozwalają pozować przez kilkanaście minut w bezruchu, widać namalowane na płótnie tło: jasną plamę nieba z zarysami wiotkich drzew. To tu Blandowski wciągał obiekty ostatnich lat swoich wizualnych badań, zanim nie trafił do szpitala dla nerwowo chorych w Bolesławcu. Na kilka lat jego niecierpliwa pasja klasyfikacji znalazła ujście w fotograficznym geście przyszpilania.

Postaci z jego zdjęć rekrutują się głównie z niższych warstw społecznych, ponieważ fotograf pracuje w stylu carte de visite, wykonując tanie, odbitki niewielkich rozmiarów na kartonikach. Zamyślone i pochmurne twarze portretowanych to znak rozpoznawczy jego zdjęć. Na ściągniętych, posępnych twarzach odbija się  czas długotrwałego pozowania przed obiektywem, a może przekonanie samego autora o tym, że przyszłość nie przyniesie nic dobrego. Ciała kominiarzy, szewców, murarzy, robotników, ubranych odświętnie dzieci, z minami na granicy płaczu, całych posępnych rodzin są nad wyraz napięte, oduczone od ruchu. Jakby portretowani założyli maski. Po wrogich, jakby na siłę otwartych oczach bohaterów jego zdjęć, wydaje się, że ciężko pracują pozując.

Mają w sobie sztywność, która przypomina stylem portrety trumienne. Wydają się beznamiętne, może nawet znudzone, pogrążone w otępieniu, na chwile odarte z historii. Być może udzielił im się ikonoklastyczny lęk przed oglądaniem siebie samego na papierze. Kiedy patrzyli w obiektyw objawiła im się nagle myśl, że między naciśnięciem spusty migawki podmiot staje się przedmiotem, w fotograficznym mikrodoświadczeniu śmierci.

Większość zdjęć wykonanych przez Blandowskiego jest niedoskonała technicznie. Na przykład rewelacyjna seria, w której fotograf realizuje zamówienie hodowcy stada krów rasy Szałsza. Próbuje ustawić je centralnie na tle białej planszy. Za wyczyszczonym zwierzęciem pojawiają się bohaterowie drugiego planu: zakłopotani, spuszczający wzrok chłopscy opiekunowie, którzy chcieliby zniknąć, ale zostają uchwyceni jak się zdaje, przez czysty przypadek. Zamazani, ucięci krawędzią kadru, widmowi.

Innym razem Blandowski stosuje proste triki dublowania tej samej postaci w ramach jednego kadru, figlarnie i nad wyraz nowocześnie przywołuje ich sobowtóry. Tak jak badając skamieniałości, jeziora wulkaniczne, skały, rośliny, tatuaże Aborygenów, w fotografii nie trzyma się wygodnych zasad. Działa porywczo, na oślep, z oszałamiającą energią.

Wojciech Nowicki, krytyk, autor recenzji kulinarnych, antropolog smaku, pisarz, jako kurator prezentujący w gliwickiej Czytelni Sztuki fotografie Wilhelma von Blandowskiego tworzy wystawę, w której rządzi tekst. W duchu nominowanej do nagrody Nike książki „Dno oka” w eseju „Wysnuwanie Blandowskiego” kreuje fotografa na awanturnika, postać-widmo zacierającą własne ślady. Postać Blandowskiego wydaje się nierzeczywista, złożona z kilku osobnych życiorysów, wyjęta niczym z taniej dziewiętnastowiecznej powieści. Odtwarzanie burzliwych losów von Blandowskiego buduje wokół pustki i nieobecności. Wskazuje na luki, niejasności, niedomówienia, strzępki informacji.

Bez tekstu Nowickiego zdjęcia z wystawy „Niespokojne odbicie” są jedynie zbiorem kilkunastu zakurzonych fotografii uzupełnionych o liczne reprodukcje w postaci przeskalowanych wydruków, rodem z prowincjonalnego muzeum etnograficznego. Wystawa jest w tym przypadku tylko ilustracją, przyczynkiem do snucia historii dla własnej przyjemności. Linkiem do minionego czasu, tak lubianego przez Nowickiego zapomnianego, wyblakłego. Dlatego wynikiem jego niemal detektywistycznego śledztwa, które świadomie traci logikę i spójność, rozpływając się w przeczuciach i fikcjach, jest tak zmysłowa opowieść.

Dzięki zastosowanemu przez niego kuratorskiemu zabiegowi ucieleśniania, choleryczny badacz Blandowski z krwi i kości staje odbiorcy przed oczami i rzuca cień na poszczególne prace. I to się sprawdza. Widać jego tytułowe niespokojne odbicie we wszystkich pracach.

Jak pisze Nowicki „wszystkiego mu było za mało”. Świat do skolekcjonowania, nazwania, sfotografowania i odkrycia ostatecznie okazał się przytłaczający dla Blandowskiego. Eksperymentalnie nastawiony przybywał na nowe miejsce, dokonywał tam odkryć i za każdym razem skłócony z otoczeniem, znikał. Wydaje się, że to właśnie postrzępiony i zanikający życiorys Blandowskiego nadaje kolejnym bohaterom jego zdjęć charakterystyczny ponury rys. Australijczycy, którzy zawdzięczają mu nazwy dwóch gatunków ryb, mówią o nim trafnie unknown adventurer. Zachował się jeden idealnie pasujący do tej historii autoportret w ujęciu profilowym. Fotograf ma na nim zmierzwione włosy i długą brodę,  surowo i z wyraźnym zniecierpliwieniem patrzy w bok. Ręce ma ciasno skrzyżowane na piersiach.

5

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaWilhelm von Blandowski
WystawaNiespokojne odbicie. Wilhelm von Blandowski, 1822–1878.
MiejsceCzytelnia Sztuki, Gliwice
Czas trwania17.05-31.07.2013
KuratorWojciech Nowicki
Indeks

Zobacz też