15.10.2021

Multimedialne protezy wykluczonych ciał. „Niebo nad Krakowem. LGBT mówi” Krzysztofa Wodiczki

Weronika Plińska
Krzysztof Wodiczko, „Niebo nad Krakowem. Lgbt mówi. Dronowy pokaz na Rynku Głównym”, 24–26 września 2021, MOCAK, fot. Filip Gąsiorowski
Multimedialne protezy wykluczonych ciał. „Niebo nad Krakowem. LGBT mówi” Krzysztofa Wodiczki
Krzysztof Wodiczko, „Niebo nad Krakowem. Lgbt mówi. Dronowy pokaz na Rynku Głównym”, 24–26 września 2021, MOCAK, fot. Filip Gąsiorowski
Przyglądając się realizacjom Krzysztofa Wodiczki, który przez wiele lat pracował z osobami w kryzysie bezdomności i z uchodźcami, można stwierdzić, że – faktycznie – ten, kto „żyje na krawędzi tego, co uznawalne”, w obecnych czasach właściwie nie ma możliwości pojawienia się w przestrzeni publicznej bez wsparcia ze strony technologii.

Krzysztof Wodiczko w rozmowie z Adamem Ostolskim opublikowanej kilka lat temu w książce Socjoestetyka zauważył, że „dzisiejsze multimedialne protezy […] nie tylko umożliwiają zrobienie czegoś, ale też stwarzają nową sytuację performatywną, w której odgrywamy i rozwijamy nasze umiejętności”[1]. Jego pokaz dronowy, zatytułowany Niebo nad Krakowem. LGBT mówi, przygotowany wraz z krakowskim MOCAK-iem, pokazano w dniach 24-26 września na Rynku Głównym w Krakowie. Projekt powstawał przez ponad półtora roku. Artysta współpracował z zespołem kuratorów (Roman Krzysztofik i Maria Anna Potocka) oraz z koordynatorem ds. współpracy ze społecznością, Krzysztofem Marchlakiem. W ramach przygotowań, za pośrednictwem internetowej platformy Zoom, Wodiczko uczestniczył w rozmowach z osobami nieheteronormatywnymi pochodzącymi z Małopolski – jeszcze do niedawna funkcjonującej jako „strefa wolna od LGBT”[2]. Spośród rozmówców ostatecznie wyłoniono dziesięciu uczestników i uczestniczek projektu, którzy użyczyli dronom swoich głosów. Nagrania trwały cztery dni, z powodu pandemii ostatecznie zrealizowano je w październiku 2020 i w lutym 2021 roku. W opublikowanych w katalogu wystawy instrukcjach przekazanych przez artystę czytamy: „Mówisz o swoim życiu i swojej sytuacji życiowej, zawodowej, społecznej, kulturowej – jako osoba nieheteronormatywna. […] Co cię w tym kontekście najbardziej zabolało lub skrzywdziło? (…) Co i jak MUSI zostać zmienione, byś mógł, mogła żyć tak jak inni ludzie? […] Powiedz coś WPROST do polityków, urzędników, instytucji. […] Co w tym kontekście najbardziej cię cieszy, podnosi na duchu i daje powód do satysfakcji i dumy?”. Wodiczko podkreślał, że „chodzi zarówno o wydarzenia, jak i to, co wobec nich czułeś lub czułaś i CZUJESZ”[3]. Za pomocą specjalnego, umocowanego na głowie urządzenia z kamerą GoPro nagrano także oczy uczestników. W efekcie drony Krzysztofa Wodiczki przez trzy wieczory unosiły się nad krakowskim Rynkiem, przemawiając głosami miejscowych osób nieheteronormatywnych i krzyżując z widzami ich spojrzenia.

Dla Wodiczki użycie „protezy kulturowej” wykracza jednak poza wąsko rozumiany cel pragmatyczny, bo, jak twierdzi w odniesieniu do własnej praktyki artystycznej, technologia ma szansę „[…] odkryć w ludziach niespodziewane pokłady retoryki”.

Dron, urządzenie, którego charakter jednoznacznie odsyła do technologii o przeznaczeniu militarnym, zgodnie z intencją artysty pełni rolę „elektroniczno-cielesnej maski”[4], przywdzianej w celu zapewnienia uczestnikom bezpieczeństwa i anonimowości – z której jednak, co istotne, sami zrezygnowali, podpisując opublikowane w katalogu wypowiedzi własnymi nazwiskami. Co ważne, dron, czyli bezzałogowy samolot, w kontekście militarnym początkowo pełnił rolę sztucznego celu do ćwiczeń, potem zaawansowanej technologii szpiegowskiej, umożliwiającej infiltrację obszaru przeciwnika – dzięki możliwości wykonania zdjęć i przekazania informacji – a obecnie pełni także funkcję bojową. Tego rodzaju urządzenie można więc postrzegać jako zaawansowaną protezę oczu i uszu. Dla Wodiczki użycie „protezy kulturowej” wykracza jednak poza wąsko rozumiany cel pragmatyczny, bo, jak twierdzi w odniesieniu do własnej praktyki artystycznej, technologia ma szansę „[…] odkryć w ludziach niespodziewane pokłady retoryki […]. A jeśli mikrofon jest dostępny wcześniej i jest częścią procesu rozwijania naszej wyobraźni, mamy czas do namysłu, mówiący idzie jeszcze krok dalej”[5]. W ciekawy sposób koresponduje to z myślą filozofki Judith Butler, która twierdzi, że ciało jest nie tyle bytem, co żywym zespołem relacji; nie sposób go oddzielić od infrastrukturalnych i środowiskowych warunków życia i aktywności […]. Działanie na rzecz odbudowy wsparcia pod jego nieobecność to paradoks zbiorowego działania performatywnego w warunkach prekarności”[6].

Socjoestetyka. Rozmowa z Krzysztofem Wodiczką Fragment wywiadu-rzeki przeprowadzonego z artystą przez Adama Ostolskiego CZYTAJ!

Razem stworzymy piękną przyszłość

W okresie pandemii historyczna przestrzeń krakowskiego Rynku Głównego, „zawieszona” w swym dotychczasowym funkcjonowaniu, została nieoczekiwanie usiana witrynami nieczynnych bądź zlikwidowanych sklepów i lokali, odsłaniając w ten sposób nierówności o charakterze ekonomicznym. Było to o tyle znaczące, że w ukształtowanych historycznie, reprezentacyjnych przestrzeniach publicznych, nierówności tego rodzaju na ogół skrywane są pod warstwą pozornej dbałości o zachowanie „ładu estetycznego” i „uporządkowania”. W czasie, gdy Wodiczko wraz z zespołem MOCAK-u pracował nad projektem Niebo nad Krakowem. LGBT mówi, Rynek stał się także scenerią wędrujących, ulicznych protestów, m.in. tych zorganizowanych przez Ogólnopolski Strajk Kobiet. Elementy drobnej, miejskiej infrastruktury, takie jak słupki, rynny czy skrzynki gazowe, niejednokrotnie wspierały (!) więc walkę o uznanie podmiotowości – także osób nieheteronormatywnych. Na przykład prowadząca na Rynek, licznie uczęszczana ulica Floriańska stała się przestrzenią wyłaniania się artywistycznych, queerowych vlepek protestacyjnych, w swej formie dojmująco kruchych i podatnych na zranienie, ale operujących mocnymi, niepozbawionymi dowcipu hasłami (Razem stworzymy piękną przyszłość; Queery z kobietami; Na dole róże, chmurki na niebie, niech od aborcji rząd się odjebie). Naklejki, zaprojektowane oddolnie i wykonane przez nieformalnie działające, efemeryczne kolektywy, takie jak ten skupiony wokół @queer_alice i Owlsa, podlegają procesowi bezustannego „ścierania” przez służby oczyszczania miasta i tych, którzy rozpoznają je jako „wrogie” – a jednak wciąż powracają nieomal w te same miejsca.

Performatywność płci, o której pisała Judith Butler, jest nierozłącznie związana z prekarnością. Prekarność zaś, stanowiąca „różnicującą dystrybucję kruchości, to bowiem wytworzona politycznie kondycja, w której pewne grupy, pozbawione społecznych i gospodarczych sieci wsparcia, są szczególnie narażone na zranienie, przemoc i śmierć”.

Być może to właśnie dzięki intensywnej współpracy ze społecznością, projekt Krzysztofa Wodiczki z całą pewnością nie trafiał więc „w próżnię”, nie stanowił „wędrującego projektu”, czyli przeniesienia raz opracowanego, artystycznego scenariusza – pokazanego już wcześniej w Mediolanie i w Nowym Jorku – na nowe terytorium. Unoszące się nad Rynkiem drony postrzegam raczej jako jeszcze jeden, materialny element wspomagający proces wyłaniania się miejscowych, nieheteronormatywnych podmiotowości, tym razem w formie ludzko-pozaludzkiej hybrydy. „Multimedialna proteza” w projekcie Wodiczki niejako użycza cielesności podmiotom nieheteronormatywnym po to, aby ich własne ciała mogły pozostać nieprzypisane: „[…] o ile bowiem rozpoznanie i uznanie wydają się koniecznym warunkiem dobrego życia, o tyle mogą one również służyć celom obserwacji, nadzoru i normalizacji, od których konieczna będzie ucieczka po liniach queerowych – po to, aby móc żyć poza kategoriami”[7]. Obecność hybrydy Wodiczko tłumaczył także potrzebą materializacji rzekomo groźnej „ideologii LGBT” – jako konstrukt, stworzony w celu mobilizacji politycznej, miała ona wzbudzać strach i to właśnie ze strachem artysta chciał skonfrontować swoich odbiorców. Performatywność płci, o której pisała Judith Butler, jest nierozłącznie związana z prekarnością. Prekarność zaś, stanowiąca „różnicującą dystrybucję kruchości, to bowiem wytworzona politycznie kondycja, w której pewne grupy, pozbawione społecznych i gospodarczych sieci wsparcia, są szczególnie narażone na zranienie, przemoc i śmierć”[8]. W tym sensie stwarzanie konstruktów w rodzaju „ideologia LGBT” przez polityków i autorytety kościelne oznacza przesuwanie żyjącego ciała poza granice człowieczeństwa.

Krzysztof Wodiczko, „Niebo nad Krakowem. Lgbt mówi. Dronowy pokaz na Rynku Głównym”, 24–26 września 2021, MOCAK, fot. Filip Gąsiorowski

Nadziemna przestrzeń miasta jest wyjątkowym miejscem do pojawienia się publicznie[9]

Proces wyłaniania się, zgodnie z terminologią stosowaną przez Butler, nieuchronnie poprzedza pojawianie się, które dla filozofki, nawiązującej do rozpoznań Hannah Arendt, jest równoznaczne z działaniem o charakterze politycznym. Ciała polityczne zawsze się gromadzą, ciało polityczne nigdy nie jest samo, bo jak pisze Butler, „aby możliwe było działanie polityczne, muszę pojawiać się innym na różne sposoby, z których nie mogę zdawać sobie sprawy, a zatem moje ciało musi być ustanawiane przez punkty widzenia, których nie mogę przyjąć, a które z pewnością przyjmują mnie”[10]. Pokazy projektu Wodiczki, które przez trzy wieczory oglądałam na krakowskim Rynku, zgromadziły wokół siebie efemeryczne zbiorowości performujących ciał. Widzami kameralnych pokazów były osoby nieheteronormatywne i osoby im najbliższe, w tym również te uczestniczące w projekcie. Widziałam ich obejmujące się ciała, ich oczy, w których pojawiały się łzy. Słyszałam przekazywane za pośrednictwem drona słowa aktywistki Magdaleny Dropek: „Na początku jest strach, jest niepewność, że widzą, oceniają, że wiedzą. Gdy odzyskałam głos, wyszarpałam sobie ten głos sama i ten głos wrócił do mnie. »Ty tęczowa zarazo!«», »ty tęczowa kurwo«, »wypierdalaj lesbo, Polska nie jest dla ciebie, idź do Unii«, »nie ma dla takich jak ty, nie ma dla ciebie miejsca w Polsce«. Tu jest mój dom, jestem u siebie, zawsze będę u siebie, czy wam się to podoba, czy nie”.

Emanuela Lewandowska, osoba członkowska zarządu krakowskiej Federacji Znaki Równości, organizacji, która udzieliła projektowi Wodiczki queetronatu, powiedziała: „Ta inicjatywa była nie tylko poruszająca, ale także ważna z perspektywy społeczności. Nie ma dyskursu dotyczącego osób LGBTQIAP+ bez udzielania nam platformy i dawania przestrzeni. Bez słyszalności naszych głosów. […] To były głosy pojedynczych osób, a jednak bycie częścią społeczności oznacza również wspólnotę doświadczeń i wspólnotowe zaznaczanie swojej obecności i odmienności w narzuconym porządku”. Jeden z uczestników projektu, artysta Michał Wojas, mówił: „Stresowałem się tym, jak ludzie to odbiorą, czy dobrze zaprezentuję problemy osoby transpłciowej w tym kraju? Choć nie lubię brać odpowiedzialności za swoją mniejszość i starać się być »uniwersalnym«, to cieszę się, że udało mi się przekazać osobistą myśl, z którą wiele osób może się utożsamić. Czułem się też w końcu wysłuchany, zauważony na parę chwil. Budujące było to, że oprócz osób, które przyszły na pokaz, dużo dołączyło w trakcie, byli tam z przypadku. Tacy widzowie byli najważniejsi”.

Krzysztof Wodiczko, „Niebo nad Krakowem. Lgbt mówi. Dronowy pokaz na Rynku Głównym”, 24–26 września 2021, MOCAK, fot. Filip Gąsiorowski

Wiesz, kogo słuchasz?!

Być może za sprawą użycia budzącej swego rodzaju respektu technologii o przeznaczeniu militarnym, w obrębie zgromadzenia pojawiły się także ciała ruchome, ale zatrzymane w pół drogi, zaskoczone obecnością dronów przemawiających ludzkim głosem, niejako pochwycone w pułapkę: „Ja myślałem, że to będzie pokaz dronów, a nie, kurwa, jakiś performans!”. Za sprawą interpelacji, niektórzy odpowiadali tak, jakby słowa emitowane przez urządzenia – niczym słowa stróżów nowego porządku – skierowane były właśnie do nich. Jak wtedy, gdy nad Rynkiem zabrzmiał głos: „Trafiłem do szpitala psychiatrycznego i dopiero po trzech dniach, podczas rozmowy z lekarzem, która trwała dość długo, on wyciągnął ze mnie tę informację: »Tak, jestem gejem«. W końcu to z siebie wydusiłem. I to była pierwsza osoba, która powiedziała mi, że ze mną wszystko jest OK”. Zdenerwowany, młody mężczyzna w dresie odpowiedział: „No, na pewno, kurwa! Przyjdź do mnie to ja ci powiem, że wszystko jest OK!”. Inne pary głosów: „Chciałbym wychowywać dzieci, bo zawsze byłem bardzo rodzinny, ale nie wyobrażam sobie tego w tym kraju” – „I dobrze!”; „Nie mogę przytulić swojego chłopaka na ulicy, nie mogę go trzymać za rękę” – „Taaa, przytulić chłopaka na ulicy!” (starsze małżeństwo). W innym momencie pokazu, gdy padły słowa Dropek: „Krzyczcie, że macie prawo krzyczeć, że macie prawo żądać, że macie prawo być sobą” ktoś odpowiedział: „Ja też mam prawa!”. A kiedy z głośnika popłynęły słowa Edwarda Pasewicza: „Całe to zło wynika z bardzo prostej rzeczy […]. Kościół katolicki, który jest ksenofobiczny, homofobiczny, antyludzki, antykobiecy” – zawtórowały dwie, młode kobiety: „Taka prawda!”. Pewien rozgniewany starszy mężczyzna kilkakrotnie powracał z „wrogiego terytorium”, w zapętleniu, jakby złapany w pułapkę, z której nie mógł się wydostać, nawołując: „Takie głupstwa! Opamiętajcie się! Tak młodzieżą manipulują!”.

Sztuka, trauma i parezja (2011) Esej Krzysztofa Wodiczki z książki „Rozmowy i teksty krytyczne” wydanej przez Galerię Miejską Arsenał w Poznaniu CZYTAJ!

Przyglądając się realizacjom Krzysztofa Wodiczki, który przez wiele lat pracował z osobami w kryzysie bezdomności i z uchodźcami, można stwierdzić, że – faktycznie – ten, kto „żyje na krawędzi tego, co uznawalne”[11], w obecnych czasach właściwie nie ma możliwości pojawienia się w przestrzeni publicznej bez wsparcia ze strony technologii. W dramatyczny sposób przypomina o tym kryzys humanitarny na granicy polsko-białoruskiej: ogłoszenie stanu wyjątkowego w strefie przygranicznej oznaczało wszak właśnie zablokowanie użycia technologii: aparatów fotograficznych obsługiwanych przez dziennikarzy, zaopatrzonych w powerbanki smartfonów należących do uchodźców, medycznej aparatury ratującej życie, prawnych procedur ubiegania się o azyl. Technologie zostały zablokowane po to, by zapobiec, jak można by rzec za Judith Butler, „pojawianiu się ciała żyjącego” (ang. living body), które jest kruche i domaga się zaspokojenia potrzeb fizjologicznych takich jak potrzeba schronienia, nakarmienia i snu. Żyjące ciało, jak o tym pisała filozofka, nie przynależy bowiem wyłącznie do sfery prywatnej jako odrębnej od sfery publicznej, nie jest prepolityczne. Stawką podjęcia protestu może być wszak – tak jak w opisywanym przypadku – „prawo do posiadania praw, rozumiane nie jako prawo naturalne czy metafizyczna zasada, ale jako trwanie ciała przeciwstawiającego się siłom dążącym do jego osłabienia lub zniszczenia”[12]. Butler nie chodzi tutaj o witalizm. Jej argument przezwycięża jedną z ciążących myśleniu zachodniemu opozycji: opozycji prawa naturalnego bądź bożego i prawa rozumianego jako arbitralnie stanowione i stosowane narzędzie. Trwanie ciała, w świecie staje się dla niej źródłem zarówno zobowiązania, jak i prawa.

[1] Krzysztof Wodiczko, Adam Ostolski, Socjoestetyka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, s. 60.
[2] Krzysztof Marchlak, Jednostka jako reprezentacja zbiorowości, w: Krzysztof Wodiczko. Niebo nad Krakowem. LGBT mówi, red. M. Sobczyk, MOCAK, Kraków 2021, s. 26.
[3] Krzysztof Wodiczko, Instrukcje dla uczestników, w: tamże, s. 73-74.
[4] Krzysztof Wodiczko, Adam Ostolski, Socjoestetyka…, dz. cyt., s. 60.
[5] Tamże.
[6] Judith Butler, Zapiski o performatywnej teorii zgromadzenia, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, s. 116.
[7] Judith Butler, dz. cyt., s. 112.
[8] Tamże, s. 64.
[9] Krzysztof Wodiczko, ***, w: Krzysztof Wodiczko…, dz. cyt., s. 20.
[10] Judith Butler, dz. cyt., s. 124.
[11] Tamże, s. 105.
[12] Tamże, s. 136.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też