23.09.2016

Między. O wystawie Katariny Zdjelar w Muzeum Sztuki w Łodzi

Lidia Pańków
Katarina Zdjelar, My lifetime (Malaika), kadr z filmu, 2012
Między. O wystawie Katariny Zdjelar w Muzeum Sztuki w Łodzi
Katarina Zdjelar, My lifetime (Malaika), kadr z filmu, 2012
Który dźwięk niesie się najdonośniej? Chyba ten: wypowiadane łamanym rosyjskim frazy. To z emfazą, to z wahaniem. Raz śpiewne, raz dukane. „Ja, ty, my, wy, oni”. „Odin, dwa, tri, czetyrie”. „Mienia zawód Marianna”, „narod, ruskij narod, albańskij narod”. „Spokojnej noczi”.

W Muzeum Sztuki w Łodzi właśnie skończyła się wystawa serbskiej artystki Katariny Zdjelar. Głównym środkiem wyrazu jest tu mowa i dźwięk. Słowa, zdania, a potem kawałki banalnych wierszy rodem z propagandowych czytanek. Dla wszystkich, którzy załapali się jeszcze na obowiązkowy do początku lat 90. rosyjski, te fragmenty brzmią i absurdalnie, i znajomo. Nierówną, chropowatą strukturę tych obcojęzycznych kwestii, niosących się przez sale pałacu przy Więckowskiego, wyjaśni dopiero film. A Girl, the Sun, and an Airplane Airplane to obraz zmontowany z fragmentów wystąpień Albańczyków poproszonych, by w tirańskim studio nagrań przypomnieli sobie wyuczone w szkole rosyjskie frazy. Poszarpane monologi odbijają się od wyłożonych dźwiękoszczelnym materiałem ścian minimalistycznego wnętrza. Potem można do nich „dokleić” twarze – oto nieporadni ludzie w średnim wieku drążą własną pamięć. I w większości ponoszą porażkę. Widać wysiłek włożony w mentalną pracę, ale zdania donikąd nie prowadzą, a na twarzach maluje się rezygnacja puentowana zakłopotanym uśmiechem. Z kwestiami wypowiadanymi przez Albańczyków konkurują stłumione dźwięki elektrycznej gitary – coś jak senna ballada, która za chwilę umilknie. Pochodzą z powolnie płynącego filmu Untilted. A Song, zrealizowanego w tym roku. To film najbardziej spośród czterech wystawowych propozycji transowy i poetycki.

Katarina Zdjelar, A Girl, the Sun, an Airplane Airplane, kadr z filmu, 2007
Katarina Zdjelar, A Girl, the Sun, an Airplane Airplane, kadr z filmu, 2007

Reszta filmowych fonii pochodzących z kolejnych dwóch wideo wystawowego „czworokąta” włącza się dopiero po nałożeniu słuchawek. I wtedy tytuł wystawy, Między dźwiękami, nabiera mocy, bo w tle słyszymy nadal i rosyjskie słowa, i cichą muzykę gitarową. Wszystko to razem przyjemnie dezorientuje. To tyle?

Filmy Zdjelar nie układają się w żaden cykl, łączy je jednak podobna temperatura, ta sama metoda kierowania kamery na to, co z pozoru marginalne, nie popychające akcji, zbędne, błahe albo mało estetyczne.

Wystawa urodzonej w Belgradzie, a mieszkającej w Holandii Katariny Zdjelar (1979), nie jest jednak tylko zręczną manipulacją dźwiękiem. Nie chodzi tu też z pewnością wyłącznie o grę z widzem, który trafia w strumień różnych odgłosów i, chcąc nie chcąc, instynktownie próbuje zrobić z tym porządek (pierwszy odruch każe wyciągnąć smartphone’a i przyjrzeć się definicji terminu „dźwięk” z Wikipedii; oto i ona: „Wrażenie słuchowe, spowodowane falą akustyczną rozchodzącą się w ośrodku sprężystym [ciele stałym, cieczy, gazie]”). I choć kuratorski tekst Marii Morzuch informuje, że „artystka używa języka i głosu jako narzędzi do badania współczesnych społeczeństw, ponieważ według jej rozpoznania to właśnie w języku, ze względu na jego potencjał do określania i tworzenia rzeczywistości, kryje się tajemnica tego, jak jednostka sytuuje się wobec konkretnej wspólnoty i jak sama siebie określa”, trudno zgodzić się na to, że w przypadku tej wystawy głos i język są wobec obrazów autonomiczne, że „wrażenia słuchowe” budują sensy bez korelacji z obrazami. Między dźwiękami operuje w raczej równym stopniu obrazem i dźwiękiem. Filmy nie układają się w żaden cykl, łączy je jednak podobna temperatura, ta sama metoda kierowania kamery na to, co z pozoru marginalne, nie popychające akcji, zbędne, błahe albo mało estetyczne. Ta mało harmonijna, chwilami zwyczajnie męcząca struktura trzech filmów prowadzi uwagę ku temu, co zwykle marginalizujemy. Może więc należałoby wystawę nazwać po prostu „między”? „Między” oficjalnym i tym, co wyrzucamy poza „centrum uwagi”? Między tym, co widzialne i słyszalne? Przyjemne i dotkliwe?

Katarina Zdjelar, Między dźwiękami, widok wystawy
Katarina Zdjelar, Między dźwiękami, widok wystawy
Katarina Zdjelar, Między dźwiękami, widok wystawy

To właśnie w takim niedookreślonym „pomiędzy” bije artystyczne tętno produkcji Zdjelar. Bije mocno, lecz czasami słabnie. Bo wystawowe propozycje są jakościowo nierówne, a chwilami budzą wątpliwość, czy sama artystka wierzyła w celowość swojego montażu.

My Lifetime (Malaica) (2012), w którym oglądamy w zbliżeniu mozolne próby orkiestry czarnych muzyków, to propozycja najmocniejsza. Zbliżenia na odrapane faktury instrumentów, dłonie, palce, zmęczone twarze, przenoszą nas szybko w fizjologiczne realia pracy z dźwiękiem. Ludzie i ich płuca, ale także trąbki, puzony, klarnety i struny, sprawiają wrażenie wyczerpanych, doprowadzonych na skraj wytrzymałości. A jednocześnie w tych  wysiłkiem wydobywanych melodiach skupia się sens akcji. Kuratorska książeczka doniesie, że Zdjelar realizowała ten film podczas prób Narodowej Orkiestry Symfonicznej Ghany, niegdysiejszego symbolu socjalistycznej polityki modernizacji, a muzycy wykonują popularną afrykańską piosenkę o miłości Malaica. W tekście mowa jeszcze o „melancholijnym oderwaniu od rzeczywistości”, które być może ma na celu wywołać nasze wzruszenie. Nie jest to jednak najszczęśliwsza kategoria obcowania z tym gatunkiem sztuki. Jeśli Malaica wywołuje emocje, będzie to raczej rodzaj oderwanej od politycznego konkretu empatii dla wysiłku orkiestrowego zespołu. Albo egzystencjalne zakłopotanie: „po co ten znój?”.

Katarina Zdjelar, My Lifetime (Malaika), kadr z filmu, 2012
Katarina Zdjelar, Untitled (A Song), kadr z filmu, 2016

Z kolei Untilted. A song melancholią mógłby uwieść niejednego emo. Wystudiowane kadry zabałaganionego loftowego wnętrza i młodych wykonawców pogrążonych w zadumie, niemal erotycznym kontakcie z instrumentami, rolujących papierosy albo zawieszonych w nocnym półczuwaniu-półśnie, niosą nas gładko do ostatnich sekund filmu. Twarze są wrażliwie atrakcyjne, neony miasta pulsują, architektura gmachu jest chłodna i kontrastuje z dynamiką małych gestów. Przez chwilę słyszymy ruchliwą arterię, która wprowadza zakłócenie w tym wyizolowanym świecie. Trudno jednak nie zadać sobie pytania, dokąd prowadzą nas te wystudiowane minuty i miła dla ucha cicha melodia. Untilted. A song pozostawia największy spośród pokazywanych prac niedosyt.

Film Ucichnij i powstań ponownie pociąga tajemniczą aurą, żeby zaraz tą samą jakością odepchnąć. Ale jeśli spojrzeć na datę jego powstania – 2011 – trudno nie odmówić serbskiej artystce talentu do ponurych prognoz. To, co najgorsze miało dopiero nadejść.

W tekście kuratorskim czytamy jeszcze, że „tak, jak cisza nasączona jest hałasem i jego muzykalnością, tak »nicość« wypełniają ukazywane szczegóły i fragmenty”. „Nicość” chyba najlepiej oddaje ducha filmu Ucichnij i powstań ponownie. O ile bowiem w Malaice chaotyczne, chwilami nonszalanckie, to bliskie, to dalekie kadry, działały na korzyść filmu, o tyle w Ucichnij i powstań ponownie, zmieniają się w manierę. Nie trzeba czytać tekstu, żeby się domyślić, że tajemnicza, ledwo naszkicowana w filmie sytuacja stanowi komentarz do problemu uchodźców, migracji, bezdomności. Grupa mężczyzn przecina podmiejski las. Widzimy ich w pojedynkę i razem, można wychwycić różnice rasowe, ale tandetne, bazarowe ubrania i dziwny, jakby pozbawiony determinacji chód, zbijają ich w masę, którą znamy z medialnych przekazów. Centralnym wydarzeniem filmu są ewolucje kung-fu wykonywane przy obelisku przez drobnego Azjatę. Można na chwilę dać się oczarować tej sekwencji; bohater robi szpagat, opierając się o monument, mężczyźni wpatrują się w niego, jakby odbywał się tu jakiś znaczący rytuał. Prawie.

Katarina Zdjelar, Rise again, kadr z filmu, 2011
Katarina Zdjelar, Rise again, kadr z filmu, 2011
Katarina Zdjelar, Rise again, kadr z filmu, 2011

Uderza jednak inne odczucie: bezcelowość i bezradność ich snucia się po lesie. Nie wydarzy się nic prawdziwego, nie nastąpi żaden zwrot. I tylko wrażliwe ucho wyłowi jakiś skrawek dźwięku – szumu – sensu. Warstwa dźwiękowa jest tu najbardziej satysfakcjonująca. Szumi miejski zagajnik, niemal słychać jak starte podeszwy butów szurają o podłoże. W tle huczy miasto, rozpędzone, nieprzyjazne, nużące i odarte z mitologii i cech indywidualnych, jak każde peryferia wielkich metropolii. Czasem nie wiadomo, czy odgłosy miasta zakłócają syki przyrody, czy to natura wdziera się do cywilizacji. Film pociąga tajemniczą aurą, żeby zaraz tą samą jakością odepchnąć. Ale jeśli spojrzeć na datę jego powstania – 2011 – trudno nie odmówić serbskiej artystce talentu do ponurych prognoz. To, co najgorsze – masowe migracje z Syrii, Afganistanu i Afryki Północnej – miało dopiero nadejść. Zdjelar udanie pokazała, jak tworzyła się nowa norma: dziwne wędrówki po miejscach-nie-miejscach, które dezorientują  zarówno bohaterów, jak i cały oglądający ich świat. Miejscach pomiędzy.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Artystka / ArtystaKatarina Zdjelar
WystawaMiędzy dźwiękami
MiejsceMuzeum Sztuki w Łodzi
Czas trwania17.06-18.09.2016
Kuratorka / KuratorMaria Morzuch
Strona internetowawww.msl.org.pl
Indeks

Zobacz też