08.11.2019

Merwersja, córczaństwo, nowe dziewictwo. Rozmowa z Agatą Araszkiewicz

Karolina Plinta
Maria Toboła, „Autoportret z matką”, wideo, 1'52'', 2009
Merwersja, córczaństwo, nowe dziewictwo. Rozmowa z Agatą Araszkiewicz
Maria Toboła, „Autoportret z matką”, wideo, 1'52'', 2009
Colette pisała o matce jako centralnej postaci swojego życia, która budziła ją nie tylko do twórczości, ale także do życia codziennego – wyrywając ze snu rano z okrzykiem „Spójrz jaki piękny dzień!”. Można to także rozumieć jako budzenie do życia w sensie podmiotowości seksualnej, społecznej i artystycznej; nieskończonej wolności i bezpieczeństwa w tej wolności.

Karolina Plinta: Wystawa Jeszcze trochę i trafi mnie szlag w lokalu_30 poświęcona jest relacji matek i córek. Wydawałoby się, że to temat znany, a przynajmniej bliski w codziennym doświadczeniu. Jak to jednak wygląda z twojej perspektywy?

Agata Araszkiewicz: Wystawa w lokalu_30 jest wydarzeniem o tyle cennym, że nie ma nic bardziej mylnego niż przekonanie, że temat relacji matka-córka jest oczywisty. Z jednej strony często pojawia się on w kulturze popularnej i na łamach prasy kolorowej, z drugiej strony – jest obciążony niesamowitą dozą stereotypów i kalek. Na początku lat 2000. napisałam tekst Czarny ląd czarnego kontynentu – referowałam w nim tezy filozofki Luce Irigaray, którą się zachwyciłam, ponieważ temat matka-córka od zawsze mnie fascynował i przemycałam go do swoich prac literaturoznawczych. Ale lata mijają, a to opisywane przeze mnie czarne miejsce w ogóle się nie rozświetliło.

Dlaczego relację matka-córka opisujesz metaforą kolonialną?

Tak naprawdę to cytat z Freuda, który w swoich esejach opisywał kobiecość jako „czarny kontynent”. Irigaray uzupełnia to kolejnym „czarnym lądem”, czyli relacją matka-córka, która dla Freuda była czymś zbędnym w preferowanym przez niego modelu rozwoju edypalnego. Zbędnym i zapomnianym. Wskazywał on wprawdzie, że córki jakoś nie mogą wejść w edypalność i oderwać się od matek i przez to pozostają niestabilne. Relację matka-córka łączył z cywilizacją minojsko-kreteńską (ze względu na kult Wielkiej Bogini na Krecie), czyli tradycją, do której nie mamy dostępu. I właściwie w sensie symbolicznym żyjemy w kulturze, w której dzieckiem rozumianym jako „boskie” jest zawsze syn, a najbardziej uprzywilejowana i czczona jest relacja matki oraz syna. Gdy dodamy do tego nasz rodzimy wariant Matki Polki, staje się jasne, że kultura patriarchalna przekłada się na wymiar intymny i polityczny naszych przeżyć. Relacja matka-córka jest wyparta z naszej symboliki, mówi się o niej w kategoriach niebezpiecznej symbiozy czy zagrażającego uwstecznienia (nasza kultura w ogóle uwielbia przedstawiać kobiety jako niesamodzielne umysłowo i zależne). Nie tylko dużo częściej, ale również dużo chętniej słuchamy opowieści o toksycznych relacjach matek i córek, także w sensie emancypacyjnym. Żeby dojrzeć, trzeba zaprzeczyć matce w nas. Wydaje mi się to samokolonizacyjne i okrutne.

Demokracja narcystyczna Przy okazji wystawy "BodyWorks" w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie Agata Araszkiewicz pisze o politycznym potencjale narcyzmu CZYTAJ!

Wspomniałaś jednak, że relacja matka-córka jest istotnym feministycznym tematem.

Owszem, ale został on sproblematyzowany dopiero w ramach drugiej fali feminizmu w latach 70. Oczywiście, mamy wcześniejsze przykłady niesamowitych relacji matki i córki – w literaturze francuskiej jest choćby niezwykła korespondencja pomiędzy madame de Sévigné i madame de Grignan, która jest przykładem szalonej miłości matki i córki. I jest to największy romans epistolarny wszechczasów.

Romans w sensie?

W sensie miłości, bliskości, niesamowitej namiętności i poszanowania dla siebie nawzajem. Deklarowania sobie szalonych uczuć. A zarazem to przykład głębokiego wglądu w ówczesną pozycję kobiet w kulturze. Obie były salonowe i światłe. Matka, madame de Sévigné należała do słynnego w XVII wieku paryskiego salonu, zwanego Błękitnym Pokojem. Córka mieszkała w Prowansji, gdzie wyszła za markiza de Grignan. Kobiety były więc rozdzielone, ale połączone sztuką epistolarną, która zawdzięcza swój rozkwit także im. W literaturze francuskiej jest to przykład znany i często omawiany. Pani de Sévigné pisała listy do wielu osób, ale najbardziej pozbawione konwencji są właśnie te adresowane do córki. Nie bez przesady można powiedzieć, że ich korespondencja stała się jedną z podwalin europejskiej powieści psychologicznej, ale przede wszystkim to przełomowa, kulturowa narracja wspólnoty matki i córki. To, co było ciekawego w tej korespondencji, to nie tylko fakt, że poprzez swoje listy mogły one opowiedzieć o obyczajach swoich czasów, ale także krytycznie odnieść się do ówczesnej roli kobiety i zaproponować nowe wzorce kobiecości. Tego rodzaju myślenie było oczywiście możliwe dzięki salonowej kulturze Francji, tworzonej w ogromnym stopniu przez kobiety. Mamy więc w kulturze przykłady relacji matka-córka, do których możemy się odnieść. Ale czy mamy to przyswojone kulturowo? Niestety pozytywnie waloryzowana relacja matka-córka to jeden z przykładów, który bardzo trudno się przyswaja, co świetnie widać w kulturze popularnej, ale i teoriach społecznych.

Dlaczego tak to wygląda?

Po pierwsze, historia myśli humanistycznej jest przepełniona mizoginią. Wspomniany już Freud skupiał się na figurze ojca i relacjach z nim. Odnalazł w naszej kulturze uniwersalną zasadę, którą opisał jako kompleks edypalny. A zarazem opisując go, totalnie usankcjonował edypalną matrycę kultury, nie dekryptując symbolicznej i dosłownej przemocy, jaką opisywały mu pacjentki. „Czarny kontynent” kobiecości to niesamowity paradoks, biorąc pod uwagę, że cała psychoanaliza została ufundowana na słowie kobiecym – jako, że Freud pracował głównie z pacjentkami – i następnie je całkowicie wymazała, tym samym udowadniając ich podrzędną rolę, poddaństwo kobiet w nowoczesnym, mieszczańskim społeczeństwie. W porządku edypalnym kobieta musi wejść w prawo ojca, zrezygnować z własnego popędu seksualnego i uznać własną kastrację. Musi stać się obiektem wymiany w matrymonialnym schemacie, zapewniającym kapitalistyczne prosperity. Freud pisał też, że największym problemem w terapii była niechęć do rozstania z matką i przez to jego pacjentki pozostawały półszalone. Tymczasem jego pacjentki na skutek terapii cierpiały, tak jak ciągle cierpią kobiety w nowoczesnym, patriarchalnym społeczeństwie.

KrajM, „Chcę ciąć”, 2007
Elka Krajewska, „Zestaw do jej opowieści”, 2018

Czyli relacja matka-córka została naznaczona szaleństwem.

Postęp był utożsamiony z kulturą ojca. Powrót do matki w sensie symbolicznym groził niewydolnością kulturową i szaleństwem. Druga fala feminizmu „odkryła” dla nas relację matka-córka, choćby w pracach amerykańskich badaczek Adrienne Rich czy Nancy Chodorow. Ale dużo zawdzięczamy tu także francuskiemu feminizmowi, który, podobnie jak Freud, przepracowywał mity greckie. Dzięki czemu mamy nowe odczytania dwóch ważnych toposów europejskiej kultury, dotyczących matek i córek. Jest to o tyle ważne, że zarówno Freud, jak i francuskie feministki takie jak Luce Irigaray czy Hélène Cixous dzielą przekonanie o tym, że mity konstruują naszą wyobraźnię oraz sposób postrzegania i przeżywania świata. To, co Freud zalegalizował, jak kompleks Edypa, one zdelegalizowały, pokazując w jakim stopniu tradycyjna lektura mitów jest przemocowa. Pierwszy mit dotyczył Klitajmestry, mężobójczyni, która ginie z rąk własnego syna Orestesa, a jej córka Elektra pozostaje szalona. Według Irigaray Klitajmestra jest na tyle podmiotową postacią, że pod przedłużającą się nieobecność męża żyje własnym życiem – ma nowego partnera, prowadzi królestwo. Mąż wraca i za karę chce ją zabić, więc ona zabija jego. W prawie greckim musi za to ponieść karę. W tym sensie można powiedzieć, że mity greckie interesująco obrazują przejście z kultury matriarchalnej czy politeistycznej, które dają kobietom więcej podmiotowości, w stronę upodrzędniającego je monoteizmu.

ALE DYM! Rozmowa z Agatą Araszkiewicz O wydaną w 2013 roku książkę "Nawiedzani przez dym" pytają autorkę Zofia Krawiec i Karolina Plinta CZYTAJ!

Drugi istotny mit, który pozostaje w centrum feministycznej debaty, spychając na bok mit o Edypie, opowiadał o losach Demeter i Kory. Kora zrywa kwiat i zostaje porwana przez Hadesa. Zniknięcie córki wywołuje rozpacz u Demeter, więc Zeus postanawia zwrócić jej córkę, ale Kora może przebywać na ziemi tylko przez pół roku. Mit ten, tłumaczący w założeniu cykl wegetacyjny, stał się opowieścią o przemocowych mechanizmach kultury patriarchalnej. Irigaray motyw porwania i gwałtu poddała fundamentalnej rewizji i zadała pytanie, dlaczego prawo jest zbudowane na gwałcie. Czyli na przecięciu genealogii matka-córka i zapewnieniu mężczyznom nieograniczonego dostępu do kobiet. Na utworzeniu zasad nieuwzględniających podmiotowości dziewczynek i kobiet, jasno definiujących, jakie wartości mają większe znaczenie – samostanowienie, hegemonia i kontrola, a nie wartości relacyjne. Cixous na odwrót – podkreślała wzajemną miłość i przywiązanie matki i córki (a także kobiet do siebie nawzajem), często ignorowane przez teorie społeczne, psychoanalityczne i filozoficzne. Zresztą separacja Kory od Demeter nie jest totalna, gdyż komunikują się one ze sobą pomimo zakazu, pozostają ze sobą w łączności, nawet świat natury według mitu czyni wszystko, aby je złączyć. Wymiar jakiejś pierwotnej potrzeby relacji międzyludzkich i więzi z naturą jest tu według Cixous wyjątkowo ukazany.

Dlaczego relacja matka-córka tak długo była przemilczana?

Ponieważ nie urządza ona porządku patrylinearnego. Porządek fallocentryczny uznaje, że musi się organizować wokół tego, co męskie. W takim wypadku relacje pomiędzy kobietami są po prostu nieistniejące. Kultura patriarchalna, zwłaszcza ta monoteistyczna, wyróżnia syna. Znamy to zresztą nie tylko z mitologii religijnej, ale i doświadczenia.

No właśnie. Niegdyś córki zwykło się uważać za to gorsze potomstwo.

I tu tkwi problem. Dla feministek drugiej fali odzyskanie córki jako „boskiego” dziecka było bardzo ważnym zadaniem. Potrzeba do niego była bardzo daleko idąca krytyka kultury – w nią musiała wchodzić nie tylko analiza mitów, ale i praktyki społecznej, wzoru rodziny oraz tego, jak kobiety funkcjonują między sobą. Wtedy pojawiły się takie postulaty jak wartościowanie wspólnoty kobiet. Irigaray idzie w tym nawet dalej i sformułowała punkty praktycznego funkcjonowania relacji matka-córka – opisują one drobne codzienne gesty współ-bycia, związane również z relacją do tego, co wewnątrz i na zewnątrz, które możemy praktykować. Aby cywilizacja mogła się rozwijać, relacja matka-córka powinna zostać przypomniana i odzyskana, odkopana z freudowskich śniegów, przemyślana i wprowadzona do kultury tak, żeby kobiety nie musiały być szalone, zyskały podmiotowość w kulturze, a figura matki zaczęła być potrzebna.

Te postulaty zostały sformułowane w latach 70. A jak to wygląda dziś?

Niestety, po pięćdziesięciu latach kultura masowa nadal matrycuje relację matka-córka najczęściej jako negatywną. Warto tu powołać się na książkę Elżbiety Korolczuk Matki i córki we współczesnej Polsce, która właśnie bierze ten temat na warsztat. Po jej lekturze można się właściwie załamać. Na przykład polski film chętnie powiela najgorsze mizoginiczne wzory. Wyjątkiem będą tu może Moje córki krowy, które próbują odzyskać wolność kobiecej podmiotowości w narracji rodzinnej. Ale ten wyjątek potwierdza regułę – być może im bardziej patriarchalna kultura, tym trudniej do tego tematu twórczo się odnieść. Tak więc polska kultura masowa, pisma i filmy, takie jak Bellisima czy Matka swojej matki chętnie sięgają po najbardziej utrwalony schemat niebezpiecznej symbiozy. Relacja matki z córką jest powrotem do czegoś wstecznego, co czyni te kobiety ułomnymi, wzajemnie nic sobie nie mogą dać.

Dzisiaj, gdy coraz więcej mówimy o ekonomii nie-wzrostu i alternatywnych wartościach, które powinny cechować naszą cywilizację, żebyśmy nie szli ku zagładzie, powraca model relacyjny, uważność na drugą osobę i nasze materialne otoczenie. Możliwość dyskusji o tych wartościach to wielka zdobycz antropologii feministycznej, pracującej między innymi nad relacją matka-córka.

Duże znaczenie ma tu chyba także generalne przekonanie o tym, że potomstwo w pewnym momencie powinno odseparować się od rodziców.

To jest właśnie edypalny wzór rozwoju, bazujący na przekonaniu, że człowiek powinien iść naprzód i odcinać więzi. Tymczasem dzisiaj, gdy coraz więcej mówimy o ekonomii nie-wzrostu i alternatywnych wartościach, które powinny cechować naszą cywilizację, żebyśmy nie szli ku zagładzie, powraca model relacyjny, uważność na drugą osobę i nasze materialne otoczenie. Można powiedzieć, że możliwość dyskusji o tych wartościach to wielka zdobycz antropologii feministycznej, pracującej między innymi nad relacją matka-córka. Nie musimy się dzisiaj tak gwałtownie odcinać, zresztą odcinanie się w czasach prekaryjności jest całkowitą fikcją. Dzieci w zachodnim świecie często pozostają w relacji z rodzicami i jest to fenomen światowy. Należy więc stworzyć nowe wzory, które odpowiedzą na nowe potrzeby. To oznacza konieczność odejścia od hegemonicznego rozumienia podmiotowości, zakładającego, że podmiot to jest byt samotnie idący przez świat, eksploatujący, kumulujący i zdobywający, w tym zdobywający kobiety. Relacja matka-córka jest tu znakiem oporu, ale i nowym projektem kulturowym, ocalającym dla kobiet. Jest to o tyle istotne, że zarówno według badań Freuda, jak i francuskich psychoanalityczek czy w badaniach społecznych, cytowanych przez Elę Korolczuk, kobiety powtarzają, że relacja z matką jest dla nich ważna i poświadczają o doniosłości tej relacji.

Jak właściwie powinno się określać bycie córką? To jest córczaństwo, córkostwo czy córectwo?

Ten problem terminologiczny po raz pierwszy został dotknięty przez socjolożki pracujące z tym tematem na początku lat 2000: Bogusławę Budrowską i Joannę Mizielińską. Pojawiły się wtedy dwa terminy: córectwo i córkostwo. Problem polega na tym, że w polskim feminizmie nigdy nie odbyłyśmy debaty lingwistycznej o tym, jak ta nazwa powinna brzmieć. Oba terminy ukuwane zostały w rozprawach socjologicznych, a nie językoznawczych. Powstawały jako neologizmy nie tyle tworzone zgodnie z logiką języka, co sensu, idei oddania fenomenu bycia córką, które chciały oddać. Jeśli bowiem spojrzeć na problem lingwistycznie, bardziej odpowiednie wydaje się córczaństwo (od „więzi córczanej”) i postuluję używanie właśnie tego terminu. Wydaje mi się on też bardziej otwarty, zawiera żeńskie „a” oraz miękkie „ń” i jest językowo uzasadniony. A fakt, że ciągle spieramy się na temat tego terminu pokazuje też status więzi córczanej. Doniosła miłość córczana rzeczywiście okazuje się tu ciemnym lądem czarnego kontynentu.

Ciągle czekającym na odkrycie przez kulturę masową. A jak relacja matka-córka jest przedstawiana w innych dziedzinach kultury?

Pewne matyczno-córczane wątki można odnaleźć w literaturze – Ewa Korolczuk wspomina choćby o opowiadaniu Olgi Tokarczuk Żurek oraz Utwór o matce i ojczyźnie Bożeny Keff. Literatura polska wytworzyła więc swoją artystyczną opowieść o matkach i córkach, która jest bardziej wyzywająca niż oklepane propozycje filmowe, choć ciągle pozostaje w niewoli cierpiętnictwa i mizerabilizmu. Opowiadanie Tokaczuk mówi o nastoletniej, niepełnosprawnej dziewczynie mieszkającej na zapadłej wsi. Ona jest w ciąży, jest wigilia, jej matka zmusza ją do wyznania kto jest ojcem i razem zaczynają go szukać. W końcu go znajdują, on się jednak nie przyznaje, za to przyznaje się jego ojciec. Mamy więc taką apokryficzną wersję świętej rodziny – współczesna Maryja, niedołężna umysłowo, tak naprawdę ofiara przemocy seksualnej, szuka nie tyle żłóbka, ile ojca, by dać dziecku nazwisko. Trochę nad tym ubolewam, gdyż niemożliwość opowieści o relacji matki i córki w innym kontekście niż ikonografia świętej rodziny wydaje mi się znacząca. Powstały na bazie opowiadania film Ryszarda Brylskiego, opowiadający o dziecku poczętym na skutek gwałtu i braku autonomii dwóch kobiet tylko tą wymowę pogłębia i potwierdza przemocowość kultury polskiej. W Utworze o matce i ojczyźnie rzecz jest bardziej skomplikowana, ponieważ dochodzi w nim wątek etniczny – bycia żydowską matką i córką w kulturze polskiej. Zarówno od matki, jaki i córki płynie tu potworne cierpienie. Wykastrowana matka kastruje córkę i nie ma mowy o jakiejkolwiek miłości. Można powiedzieć, że znów jest to efekt przymusu symbiozy. Póki co więc nie mamy wzorców, dzięki którym kobiety żyjące razem mogły by być pokazane nie jako poranione, ale całe, zdolne do bycia razem; wzorca, w którym ważna jest nie tylko pozycja matki, która kobiecie automatycznie dodaje prestiżu, ale pokazującego wartościowość kobiet w różnych fazach życia i rozwoju. Tylko w takim wariancie kobiety mogą stanąć obok siebie i performować bycie matką i córką w sposób bezpieczny, pełny, ale też konieczny dla ich poczucia samospełnienia.

Orzeł i reszka. Polskie symbole narodowe i religijne a polityka płci O polskich symbolach w kontekście polityki płci dyskutują Agnieszka Mrozik, Aleksandra Polisiewicz, Andrzej Ludwik Włoszczyński, Anna Myślińska, Grzegorz Klaman, Magdalena Lara, Marcin Napiórkowski i Maria Rogaczewska CZYTAJ!

A co ze sztuką?

W przypadku sztuk wizualnych możemy chyba mówić o szerszym kreatywnym spektrum, jakie wyłania się z prób wychwycenia relacji matyczno-córczanych.

Jednak jeśli chodzi o samą wystawę w lokalu_30, jeden fakt mnie zastanawia. Ma ona tytuł Jeszcze trochę i trafi mnie szlag – to jest cytat z piosenki Katarzyny Nosowskiej Matka, którą w skrócie można określić jako muzyczną interpretację rodzicielskiej tyrady. Matczyna troska została tutaj więc pokazana ironicznie.

Moim zdaniem jest to pewna pułapka. Kultura polska jest bardzo opresyjna, jeśli chodzi o model rodziny, ufundowany na wzorcu cierpienia.W rodzinie to się szalenie odzwierciedla, i to właśnie rodzina jest najczęściej tą przyjemnością uzyskiwaną przez opresję. To też widać w polskich filmach, szczególnie współczesnych – tych, które dotyczą świąt albo wesel – rodzina jest w nich przedstawiona jako nieskończone, nieznośne cierpienie, wręcz nieświadome samego siebie. W tym sensie tych produkcji nie da się oglądać. Na szczęście wydaje mi się, że jesteśmy obecnie w momencie przełomu, a wystawę w lokalu_30 można uznać za próbę jego wychwycenia. Ale żeby to zrozumieć, należałoby chyba poruszyć temat figury matki w kulturze polskiej.

Matki Polki, która jest matką syna.

Francuskie feministki analizując mity o Klitajmestrze i Elektrze zastanawiały się, co skrywa mit mężobójczyni i doszły do wniosku, że tuszuje on bardziej pierwotną zbrodnię, czyli fakt, że Agememnon w ogóle nie liczy się ze swoją żoną. Wyjeżdża, robi co chce, wraca, a ona jest jeszcze reliktem politeistycznego bóstwa, mającego jakieś prawa, więc on po prostu się na niej mści. Zostaje mu za to wymierzona racjonalna kara, która jednak nie zostaje uznana; żona-mężobójczyni zostaje więc uznana za złą i zabija ją własny syn. Racja zbrodni żony musi być więc wymazana i nielogiczna dla patriarchalnego układu, jaki właśnie powstaje; musi być ona wyparta do tego stopnia, żeby nawet nie można było o nią zapytać. Aktem fundującym kulturę zachodnią nie jest więc edypalne ojcobójstwo, ale właśnie wcześniejsze, wyparte matkobójstwo. A jeśli o matkobójstwie pomyślimy z perspektywy kultury polskiej, to z wyjątkową lubością ufundowana na micie matkobójstwa – Matka Polka jest właśnie jego kliszą. Jak pisała Maria Janion, Matka Polka jest kimś, kto urodził syna i to jest jej najważniejsza rola – poświęcić się na ołtarzu ojczyzny, „w odgłosie harmideru wojowników walczących w imię Boga, Honoru, Ojczyzny”. Szczególnie dzisiaj, jeśli pomyślimy o manifestacjach z okazji Dnia Niepodległości, brzmi to nad wyraz aktualnie. Poświęcająca się matka jest też synonimem całej polskiej kultury – czego wynikiem populistyczna polityka, obawiająca się edukacji seksualnej i przyzwalająca na przemoc seksualną księży wobec dzieci. To jest przykład zbrodni legalnej, o którą nawet nie wolno zapytać. W tej kulturze wszystko jest odwrócone, ponieważ przyzwolenie na przemoc nawarstwia w niej kolejną przemoc.

Jest jakiś sposób, żeby to zmienić?

W tym celu warto właśnie zapytać o relację matka-córka, poprzez którą można odwrócić porządek, który obecnie próbuje się nam wmówić. Otwiera nas ona także na istotne dla naszej współczesnej cywilizacji kwestie, czyli bycie razem, relacje niebinarne i porządek nieheteronormatywny. Jest to także sposób na uwolnienie rodziny. Dlatego tytuł wystawy w lokalu_30 nie przemawia do mnie swoją ambiwalentną kokieterią. Ale skupmy się jednak na niej samej – co czułaś po wyjściu z wystawy?

Biorąc pod uwagę polski kontekst i zastyganie mainstreamu w konserwatywnych wzorcach, niektóre prace pokazane na tej wystawie miały dla mnie rewolucyjny potencjał. Na przykład prace Małgorzaty Markiewicz, biorące na warsztat stare piosenki poświęcone tematowi miłości, relacji damsko-męskich oraz pozycji kobiet i mężczyzn w społeczeństwie. Markiewicz opowiada o nich z pozycji socjolożki z przyszłości, która cofa się do zamierzchłych czasów antropocenu i dziwi się tym reliktom przemocowej kultury. Dosyć wartościowy wydaje mi się też wątek opieki, której podejmuje się matka lub córka – wyraziście wybrzmiewa on w pracach Malwiny Niespodziewanej oraz Elki Krajewskiej i jej matki Kraj M, choć na różny sposób. Niespodziewana zainteresowała się historią Katarzyny Kobro i jej córki Niki Strzemińskiej, jednoznacznie tragiczną. Bardziej optymistyczna jest chyba opowieść o relacji Elki Krajewskiej i Kraj M, która pokazuje, że opieka nad drugą osobą może być twórcza. Ciekawy w ich pracach jest też wątek odzyskiwania seksualności kobiecej. Z kolei prace Niespodziewanej są o odzyskiwaniu kobiet jako takich, kobiet, które pozostają w cieniu wielkiego artysty. O tym wielkim artyście, czyli Strzemińskim, Andrzej Wajda nakręcił film, ale kobiety zostały z niego wymazane; Niespodziewana więc w akcie odwetu wymazała jego z historii Kobro i Niki. Mimo to jest to opowieść naznaczona traumą, kończy się śmiercią matki, a ojciec jest figurą, z którą nic nie da się zrobić, można ją najwyżej wymazać. I w tym sensie wystawa możne pod pewnymi względami być budująca, ale ciągle napawać pesymizmem.

Ja bym powiedziała: otrzeźwiać nasze spojrzenie, które nie może być ani negatywne, ani idealistyczne. W kontekście tej wystawy dosyć istotne wydaje się pytanie o oczyszczenie, katharsis w relacjach matki z córką. Adrienne Rich w swojej książce Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja zaznaczyła, że oczyszczające przeżycie między matką i córką to ciągle wielka nienapisana historia. Książka Reich wydana została w latach 80. i warto chyba się zastanowić, czy coś zmieniło się od tego czasu. Inna sprawa, czy Rich znała Colette i jej oczyszczające pisarskie katharsis w opisach jej relacji z Sido, jej matką. Ale wróćmy do wystawy w lokalu_30: mierzy się ona świetnie z problem mizerabilizmu – z jednej strony wypowiedzenie bólu jest ważne, ale musimy pamiętać o tym, żeby wytwarzać inne przestrzenie. I na tej wystawie trochę to się stało. Możemy powiedzieć, że są na niej przestrzenie mimesis, przestrzenie dekonstrukcji i przestrzenie rekonstrukcji. Mimesis, czyli naśladowania, albo prześladowania męskich tekstów kultury, inaczej mówiąc przedrzeźniania ich – jak to zrobiła Małgorzata Markiewicz z piosenkami z lat 70. Co ciekawe, socjologowie i socjolożki opisują lata 70. jako epokę, w której kobiety zaczęły się emancypować, także w Polsce. Zaczęły być bardziej aktywne zawodowo i zdobywały wykształcenie, ale równocześnie teksty kultury w ogóle ich w tym nie wspierały.

Prace Niespodziewanej z kolei określiłabym jako dekonstrukcję bycia kobietą w patriarchacie. Jej praca o Kobro jest fascynująca, bo skupia się na relacji matki z córką przez pryzmat biografii córki. To więc córka daje wgląd w historię postaci matki, wielkiej artystki, ale kulturowo słabszej, wykluczonej, choćby z wspomnianego przez ciebie filmu Wajdy, będącego spotkaniem dwóch mężczyzn – Wajdy i Strzemińskiego, bez kobiet. To jest jednak spełnienie edypalnego patriarchatu. Dla mnie praca Niespodziewanej była najbardziej poruszająca: jest w niej jest jakiś rodzaj katharsis, ale jest to oczyszczenie negatywne, przez ból, jest w nim opowieść o niesłychanej przemocy kulturowej. Można powiedzieć, że jest to rodzaj donosu na przemoc. Prace Niespodziewanej i Markiewicz widziałabym więc obok siebie jako te, które dekonstruują prześmiewczo lub tragicznie wnętrze kultury patriarchalnej. Pozostałe cztery prace dotykają za to bezpośrednio relacji matki z córką i opowiadają o niej w różny sposób – to jest ważna próba rekonstrukcji nowej przestrzeni matczyno-córczanej.

Małgorzata Markiewicz, „Zeszyt zmystyfikowany”, 2019
Małgorzata Markiewicz, „Book Raider”, 2019
Małgorzata Malwina Niespodziewana, „Katarzyna i Nika 1936-1951”, 2011
Małgorzata Malwina Niespodziewana, „Katarzyna i Nika 1936-1951”, 2011

Na wejściu do galerii powieszone zostały talerze Anny Orbaczewskiej, na których namalowała scenki z życia matki opiekującej się dziećmi. Matki nieidealnej, która czasem zamienia się w potwora. Wymowa tych prac wydaje mi się najbliższa piosence Nosowskiej.

Orbaczewska opowiada o relacji matka-córka przez antagonizm, nie bez poczucia humoru. Wydaje mi się, że ona rozlicza się zarówno z mitem dobrej matki, jak i złej matki. Jej matka-monstrum jest trochę wyzwalająca; ona zresztą jest monstrum, ponieważ klisza kulturowa taką ją tworzy. Gdybyśmy miały wcielać wszystkie wyobrażenia o idealnej matce w życie, zapewne stałybyśmy się koniec końców monstrum. Natomiast pozostałe prace – Elki Krajewski, Zuzanny Janin i Marii Toboły – są o tyle interesujące, że pokazują pokojowe spotkanie z matką. Współdziałanie Elki Krajewski z matką, Kraj M, jest wcieleniem idei wzajemnego macierzyństwa (l’entrematernage) steoretyzowanej przez francuskie feministki. Irigaray , w przetłymaczonej przeze mnie rozprawie Jedna nie ruszy bez drugiej wyjaśniała, co ona miałaby dokładnie znaczyć: chodzi o to, by zrezygnować z hierarchiczności rozumienia tej relacji. Matka i córka muszą zobaczyć siebie wzajemnie jako podmioty, kobiety i stworzyć na bazie tego wzajemność. Nie chodzi tu tylko o wzajemną opiekuńczość, ale też o wzajemną uwagę, przychylność, relacyjność. Pseudonim matki Krajewskiej – Kraj M to zabawna gra słów z echem imienia i nazwiska artystki, ale też słowem „kraj” – w tym przypadku to utracona przestrzeń dzieciństwa i ojczyzny, gdyż artystka żyje poza Polską. Relacja rodzinna, w której jest miejsce na ułomność, chorobę i czułość, realizuje się też przez prace obu twórczyń, sięgających po tematy natury i motywy prymitywne. W przypadku Krajewskiej i Janin dochodzi też ciekawy fakt, że obie matki są artystkami. Jedna jest artystką-amatorką, która się „rodzi” z córki, a druga profesjonalistką, która zostaje przywrócona naszej pamięci przez córkę. Wysiłek Krajewskiej wobec matki, która urodziła artystkę, czyli ją, sama pragnąc być artystką, aby umożliwić mamie twórczą pracę jest bardzo wzruszający. Ile niemych przekazów, niespełnionych pragnień kobiet upostaciowiło się między tymi dwiema osobami! Podobnie Janin ocala swoją artystyczną geneaolgię w postaci dorobku matki, Marii Anto i jej niezwykłego kunsztu surrealistycznego. Rzeźba Janin, odtwarzająca motyw małpy z obrazu matki to próba spotkania w sztuce przez jakieś wewnętrzne dotknięcie, rzeźbiarska dekompozycja motywu to obnażenie anatomii pytań o znaczenie relacji matczyno-córczanych dla sztuki i osobistego życia. To są ważne gesty, zarówno w sferze kulturotwórczej, jak i symbolicznej. Pytanie czym tu jest katharsis? Co w tych gestach jest oczyszczające? Bez wątpienia tę wystawę należy odczytać jako wielki postulat na temat potencjalności relacji matka-córka. Potencjalności, za którą kryje się zmiana.

Anna Orbaczewska, „Zestaw Śniadaniowy”, 2016-2019
Zuzanna Janin, „Małpa”, 2018 i Maria Anto, „Niebieskooka”, 1975

Szkoda tylko, że mamy na dobrą sprawę do czynienia z wystawą skromną, w małej galerii prywatnej, bez szczególnego oddźwięku medialnego. W takich okolicznościach takie tematy mogą zaistnieć, natomiast pozostają one nieobecne w przestrzeni publicznej. Rysunek Elki Krajewski przedstawiający Matkę Boską z brzuchem pewnie wielu by oburzył.

Pocieszmy się tym, że od czegoś trzeba zacząć. Tymczasem nad postacią dziewicy w ciąży warto się pochylić. Chciałbym tu przywołać figurę subalterna, przetłumaczoną przez Ewę Majewską jako podporządkowany inny (po francusku jest ona tłumaczona jako subaltern-ona). Jest to figura z eseju Gayatri Chakravorty Spivak Can the subaltern speak? [Czy podporządkowana może mówić?], dotykająca problemu dyskursu, formatującego nasze wypowiedzi. Spivak przekształciła tu lacanowskie powiedzenie „język nami mówi”, ujawniając, że zdominowane podmiotowości mogą tworzyć wypowiedzi, ale i tak ich sens jest przekształcany przez schematy kultury dominującej, ich przekaz się do kultury nie przedostaje. Jest to istotne w kontekście pytania o opowieść na temat relacji matka-córka w tekstach kultury i jej recepcję.

Figura ojca wydaje się napompowanym olbrzymem, ale z dzisiejszego punktu widzenia ona jest nie do obronienia. Niewykluczone, że jej pokracznym współczesnym wcieleniem jest Trump.

Recepcja może się nie pokrywać ze źródłem?

No właśnie. Z jednej strony relacja matka-córka to nienapisana historia. Z drugiej, jak już o tym mówiłam, możemy znaleźć jej przykłady w przeszłości, które jak gdyby nie ulegają przyswojeniu. Choćby wspomnianą już przez mnie Colette, uznającą za najważniejszą figurę własnej twórczości swoją matkę. Sido podobnie jak Colette była furierystką, osobą bardzo wyzwoloną intelektualnie. Ich relację, opisaną choćby w opowiadaniu Narodziny dnia, określić można właśnie jako szaloną miłość między matką i córką. „To moje dzieło, moje bardzo wielkie arcydzieło” – mówiła Sido o córce. A ta odwzajemniała się jej najpiękniejszymi fragmentami prozy oddającymi hołd matce, matce córki. Julia Kristeva analizując prace Colette określiła jej twórczość jako „merwersję”, od określenia perwersja – które po francusku zwraca nas do figury ojca (père) – oznaczającego miłosne szaleństwo na tle matki. Colette pisała o matce jako centralnej postaci swojego życia, która budziła ją nie tylko do twórczości, ale także do życia codziennego – wyrywając ze snu rano z okrzykiem „Spójrz jaki piękny dzień!”. Można to także rozumieć jako budzenie do życia w sensie podmiotowości seksualnej, społecznej i artystycznej; nieskończonej wolności i bezpieczeństwa w tej wolności. Narodziny dnia to opowieść o rodzącej się miłości starszej kobiety do młodego mężczyzny, a temu obudzeniu zmysłów patronuje w jakimś sensie doznanie miłości macierzyńskiej. Dzięki narzędziom teorii feministycznej lat 70. możemy rozumieć „narodziny dnia” jako stałą inicjację matki i córki we wzajemnej relacji, kobiet będących w różnych momentach swojego życia na przemian Korą i Demeter, otwierających się na świat, zdobywających go i zmieniających. Subalterna mówi więc, trzeba tylko rozumieć to, co mówi. Jej wypowiedź zmienia ramy naszych zasad rozumienia, sposoby naszej percepcji. Subalterna zawsze mówiła, tylko nie mogła być usłyszana.

A czy ma szansę zostać usłyszana dzisiaj dzięki sztuce?

Chyba musimy mieć taką nadzieję! Na pewno w polskiej sztuce wątek relacji matka-córka jest tematyzowany i to od dłuższego czasu. Przypomnę tu choćby pracę Anny Baugmart Dostałam to od mamy – rzeźbę panien młodych, trochę jak postacie z weselnego tortu, trochę jak figury kościelnych świętych. Matka i córka są razem, ale ich ciała mają męczeńskie stygmaty chrystusowe. Narracja Baugmart jest złożona. Artystka posługuje się estetyką religijnego kiczu – tej religii, w której córka nie może być boskim dzieckiem. Ale ta estetyka jest przekształcona w opowieść o pragnieniu miłości i o cierpieniu. O dziwnej unii, w której tkwią obie kobiety, spragnione siebie, ale w tej bliskości jakoś oddalone. W tą rzeźbę wpisana jest aporia jak bolesny postulat jakiegoś innego rozwiązania. Czy kobiety jako panny młode muszą być obiektami na sprzedaż, wystawionymi na rynku edypalnego handlu? W wystawie w lokalu_30 widzę pewną kontynuację pytań Baumgart. Ona sama aktualnie rozwija pracę nad tym tematem wraz z dorosłą już córką, Agatą Baumgart, reżyserką (twórczynią filmu Love 404), dla której temat matczyno-córczany jest również istotny. Obie artystki, działając w duecie Baumgart Baumgart Studio, performują w sensie symbolicznym pytania o własną relację i sztukę, którą obie robią, pokazując relację matka-córka jako niezwykły kreacyjny żywioł i genezę kobiecej twórczości. Pokazują również wzajemną zażyłość, rodzaj symbiozy, ale pisanej przerywanej linią, w której możesz się rozpoznać, żeby zrobić krok ku życiu i jego napięciom. Testują różne sposoby bycia razem, przerabiają wspólne wspomnienia, odmienne wizje tych samych sytuacji – to, co osobiste staje się najciekawszym tematem artystycznej obróbki. Ich seria „post-artystycznych praktyk” związanych z tym osobistym tematem, który „wybuchł” jako sztuka, jest naprawdę inspirująca. Wróćmy jednak do ich pytań o edypalny handel dziewictwem. Wtóruje tym pytaniom bowiem inna praca o dziewicach w ciąży, które są tutaj jakimś nowym toposem wrażliwości matczyno-córczanej. Chodzi mi o neon Jak dorosnę, będę dziewicą Moniki Mamzety. Praca ta wydaje mi się bardzo blisko irigariańskiego postulatu bycia dziewicą, również w relacji matka-córka.

W jakim sensie dziewicą? Chodzi o wyparcie mężczyzn z tej relacji?

Nie do końca. Nie chodzi o symetrię wykluczenia, ale o jakiś inny porządek, który ocalałby psychofizyczną integralność kobiet w kulturze opartej symbolicznie na gwałcie i przemocy. To nie przypadek, że dziewica w estetyce rodem z de Sade’a jest najbardziej pożądanym towarem na rynku seksualnym, tym rynku, który rozumie seksualność eksploatacyjnie albo konsumpcyjnie.

Ale jak ta towarowa metafora dziewictwa ma się do relacji matyczno-córczanych?

Mit o Demeter i Korze pokazuje jak brutalnie, na zasadzie męskiej umowy, która anihiluje kobietę, mężczyzna zyskuje prawo, by zgwałcić dziewicę. Podważając to prawo powinnyśmy mówić o dziewictwie jako wartości oddzielnej od samej penetracji, której nie można anihilować przemocą i która nie jest tylko kategorią de facto poddaną przemocy (bezbronna dziewica niejako wymaga w tradycyjnym schemacie narracyjnym napaści, czyli penetracji). Nie zgadzając się na to prawo, mówmy o dziewictwie jako wartości dużo głębszej i symbolicznej, która mówi o tym, że męska przemoc nie może jej naruszyć. To nowe dziewictwo jest projektem niezależności, autonomii oraz integralności kobiecej podmiotowości, która nie może zostać naruszona przez męską inwazję i nie może dotyczyć tylko przemocowej inicjacji seksualnej. Odpowiada to zresztą dzisiejszej wiedzy biologicznej – błona dziewicza, funkcjonująca jako fantazmat, jest bardzo problematycznym fenomenem. Może jest, może jej nie ma, może jest zupełnie czymś innym, czasami naturalnie jest perforowana. W tym sensie penetracja, która miałaby symbolicznie coś przerwać, właściwie traci swą rolę demarkacyjną. Wszystko staje się bardziej płynne. Męska przemoc nie jest w stanie zdefiniować tego, kim jest kobieta. Relacja matka-córka może być w tej sytuacji wcieleniem nowej dziewiczości, w której musimy się budować nawzajem. Pozwala ona także na budowanie innej relacji z mężczyznami.

Pomiędzy matką i córką musi być różnica, to musi być model, w którym mamy prawo być różne, inne, mamy prawo kontestować patriarchalne role społeczne, ale mamy też prawo kontestować własne postulaty. W tym sensie ta różnica, która może być także różnicą płci, na swój sposób musi być nieskończona. Także mężczyźni mogą być różni i w jakimś sensie sami się przekształcać. To jednak nie oznacza separacji, ponieważ nowy porządek powinien być budowany wspólnymi siłami.

No właśnie, mężczyźni. To niezły paradoks, że w kulturze figura ojca jest niezwykle silna, ale w życiu codziennym to raczej projekt w budowie.

Ona była silna jako prawo kultury patriarchalnej, zorganizowanej wokół figury ojca i męskiego autorytetu, narzucającego wszystkie wartości. Natomiast praca opiekuńcza i emocjonalna, jako ta wartościowana bardzo nisko, delegowana była do kobiet i obdarta ze wszelkiego prestiżu. To się dzisiaj zaczyna zmieniać, ze względu na społeczną sytuację: społeczeństwo jest coraz starsze, dzieci często muszą opiekować się rodzicami – i mężczyznami, i kobietami. Instytucja pracy opiekuńczej, jak również relacji rodziców z dziećmi zaczyna się szalenie komplikować. Rodzic już nie jest kimś, kogo można odrzucić. Tak jak u Krajewskiej, jeśli rodzic nagle cofa się do umysłowości pięciolatka, to nie można go zostawić. Figura ojca wydaje się napompowanym olbrzymem, ale z dzisiejszego punktu widzenia ona jest nie do obronienia (niewykluczone, że jej pokracznym współczesnym wcieleniem jest Trump, gdyby rozumieć post-ironicznie jego symboliczną funkcję, choć równocześnie przemoc hegemoniczna wobec mniejszości, którą uosabia, jest dosłowna). W czasach Freuda przemocowa figura ojca była oczywiście adekwatną opowieścią o tamtej epoce. Dzisiaj świat jest jednak zupełnie inny i należałoby odchodzić od wzorców utrwalających hegemonię w stronę modelów otwarcia – co oznacza uprzywilejowanie innego spojrzenia na życie społeczne, ale też nasze życie w przyrodzie, nasze bycie w kulturze i ekonomii. Spojrzenia odpowiedzialnego i relacyjnego, dzięki której zmienia się ocena pracy opiekuńczej, a ojciec-opiekun staje się postacią wartościową. Jest to też szczególny moment, kiedy po wielu wiekach mężczyźni zyskują dostęp do relacji z dziećmi i płynącej z niej gratyfikacji emocjonalnej. Jest to wielka wartość, o którą zresztą powinni walczyć.

To brzmi pięknie, ale zdaje się, że w tym pakiecie emocjonalnym można dostać też frustrację. Opieka nad dziećmi to w końcu ciężka praca. I polscy mężczyźni chyba zaczęli to odczuwać.

Tradycyjna figura ojca na dobrą sprawę w ogóle nie przygotowuje mężczyzn do bycia ojcami, nie uczy ich odpowiedzialności – i nie mówię tu tylko o byciu ojcem w rodzinie, ale sytuacjach, gdy dziecko jest nieplanowane lub relacjach nienormatywnie pozamałżeńskich. Ojcowie nie dają sobie rady więc zarówno w sytuacjach normatywnych, jak i nienormatywnych. Dopiero teraz następuje przemieszczenie znaczeń z tym związanych i mężczyźni sami uskarżają się na swoją frustrację. Jest to głos czasami może trochę irytujący, ponieważ jest wypowiadany ciągle z pozycji niezwykle uprzywilejowanej (sam fakt wypowiadania tej frustracji świadczy o ich uprzywilejowaniu – oni nie są subalternem). Jednak warto się w ten głos wsłuchać, bo jest on potrzebny do zbudowania nowych wzorców dla mężczyzn. Kim oni mają być dla zdefiniowanych na nowo matek i córek, czy też dziewic? Warto tu też zwrócić uwagę na sam temat różnicy – zgodnie z drugą falą feminizmu społeczeństwo, w którym figura ojca już nie jest dominująca i nie jest ono determinowane przez jeden wzór, powinna warunkować różnica. W takim społeczeństwie wiedza jest ukontekstowiona, przeżycie uwarunkowane jest twoją pozycją, jest mnóstwo różnych drobnych czynników, które cały czas ciebie warunkują; tożsamość zaś nie jest sama jedna, lecz jest w procesie. Jeżeli więc myślimy o tym wszystkim z perspektywy różnicy, to ona musi być też uwzględniona w relacji matka-córka. Pomiędzy matką i córką musi być różnica, to musi być model, w którym mamy prawo być różne, inne, mamy prawo kontestować patriarchalne role społeczne, ale mamy też prawo kontestować własne postulaty. W tym sensie ta różnica, która może być także różnicą płci, na swój sposób musi być nieskończona. Także mężczyźni mogą być różni i w jakimś sensie sami się przekształcać. To jednak nie oznacza separacji, ponieważ nowy porządek powinien być budowany wspólnymi siłami. Korzyść jest duża i wydaje mi się, że warto. I tutaj chciałabym przywołać współczesne prace innej polskiej artystki, pracującej z tematem matki i córki, czyli cykl Mama, stworzony przez Anetę Grzeszykowską ze zdjęć i fotomontaży. Warto zwrócić uwagę, że większość prac, o których tu mówimy, jest autobiograficzna, namacalność tej relacji matka-córka, która chce być wypowiedziana, jest jednak bardzo intensywna. Grzeszykowska podobnie: portretuje siebie i swoją córkę, która jest dorastającą dziewczynką, w serii kadrów, które odsyłają do świata dziecięcych fantasmagorii. To rodzaj zabawy, ale zabawy w dorosłość, w poważne sprawy. Artystka pyta o podobieństwo i o symbiozę, przekształcając to w opowieść o wzajemności, o wzajemnej zastępowalności. Jej „matka” i „córka” jest naraz tu i teraz, ale też jest w procesie, jest swoim własnym procesem, który kwestionuje tożsamość. Grzeszykowska pragnie płynności, lekkości, głębokiego życia, które może być zawarte w naszych rolach matek i córek. Pracuje ze skalą, zmienia perspektywy i rozmiary, fragmentaryzuje ciało. To podróż w świat dzieciństwa, w świat dziewczyński, ale w twórczym sensie odnowy znaczenia świata. Mam wrażenie, że w głębokim filozoficznym i egzystencjalnym sensie doświadczenie bycia matką córki artystkę głęboko poruszyło i uruchomiło proces katharsis, który jest widoczny w tych pracach. Nie tylko w postulacie wspomnianego już wzajemnego macierzyństwa, ale także jakiegoś poruszającego niepokoju w proponowanej tu nowej wizji świata.

Matka umiera wiele razy. Aneta Grzeszykowska w Rastrze Monika Powalisz pisze o cyklu "Mama" pokazanym w galerii Raster CZYTAJ!

Szczególnie jeśli założymy, że stare wzorce są niemożliwe do realizacji.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że dany porządek był ufundowany na przemocy, to dość oczywisty wydaje się postulat odejścia od niego. W tym kontekście relację matka-córka widziałabym jako wywrotową. Daje ona szansę obserwacji, jak można performować różnicę, jak się wytwarza kobieca podmiotowość, jak wytwarza się model świata, który nie jest oparty na morderczej rywalizacji, inaczej rozumie się w nim intymność i seksualność. W tym ostatnim przypadku warto zwrócić uwagę na pracę Marii Toboły, która w swoim wideo pokazuje namiętny, sensualny pocałunek z matką. W lokalu_30 ta niezwykła praca pokazywana jest w łazience, w miejscu oddalonym i intymnym. To bardzo ciekawe. Myślę, że w relacji matka-córka są pokłady rożnych znaczeń seksualności do przemyślenia. Nawet w klasycznych teoriach psychoanalitycznych mowa jest o tym, że faza edypalna pozostaje u kobiet niedomknięta, czyli ów transfer od pierwotnej zmysłowej relacji z matką w heteroseksualność nigdy nie dokonuje się całkowicie. Dziewczynki nie mogą uprzedmiotowić siebie, by wejść w pragnienie heteroseksualne, choć próbują to robić. Matka zawsze pozostaje latentnym, pierwszym obiektem pragnienia. W tym sensie kobiety słabiej wypierają w przeżyciach własne pragnienia autoerytoczne czy homoerotyczne niż mężczyźni, u których łączy się to z pozycją władzy. Wideo Toboły powraca nie tylko do sensualnego uniesienia naszej pierwszej relacji z matką, ale lekceważy też mit freudowskich kobiecych rywalek, rywalizujących o mężczyznę. Otwiera pole do niebinarności i nieheteronormatywności w dosłownym i symbolicznym sensie. Seksualność nie jest tylko sferą reprodukcji patriarchalnych zasad własności, ale przestrzenią do odzyskania, w której wolność pragnienia uwalnia nas od przemocy. Niewyparte pragnienie reintegruje. Równocześnie zgubny, patriarchalny podział kobiety wedle jej funkcji seksualnej czy rozrodczej oddziela kobietę w matce, seksualność i macierzyństwo. Tymczasem prosty gest pocałunku na wideo Toboły apeluje o te wszystkie wartości: macierzyństwo jest częścią kobiecej seksualności, a seksualność jest wartością dla podmiotowości ludzkiej ogromnie ważną. W bliskości kobiet odnaleźć można wiele cennych rzeczy, które warto odzyskać dla kultury. Tym bardziej, że seksualność jest w końcu podstawą naszego funkcjonowania, trzeba dla niej więc znaleźć nowe, nie-edyplane, etyczne formy.

Maria Toboła, „Autoportret z matką”, 2009

Na wystawie w lokalu_30 Zuzanna Janin stawia swojej matce pomnik. To znaczący gest, szczególnie w kontekście naszej rozmowy. Zastanawiam się, jak powinien wyglądać pomnik matki-córki. Znamy takie pomniki?

No właśnie? Uznajmy, że to właśnie ten pocałunek. Zachęta do przewartościowania znaczeń i innego czucia, innych poruszeń i pragnień. Bo nie chodzi o to, żeby się uposągowić lub w jakiejś egotycznej przestrzeni koić się po zranieniu w męskim świecie. Trzeba budować alternatywy, w które pragnie się wejść i w których chce się żyć.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaMaria Anto, Zuzanna Janin, Elka Krajewska, Małgorzata Markiewicz, Kraj M, Małgorzata Malwina Niespodziewana, Anna Orbaczewska, Maria Toboła
WystawaJeszcze chwila i trafi mnie szlag
Miejscelokal_30, Warszawa
Czas trwania20.09–8.11.2019
Strona internetowalokal30.pl
Indeks

Zobacz też