10.07.2020

Kobiety, które siedzą w Łodzi. Rozmowa z grupą Frakcja

Magdalena Ujma
Anka Leśniak, „Rebellious Cells”
Kobiety, które siedzą w Łodzi. Rozmowa z grupą Frakcja
Anka Leśniak, „Rebellious Cells”
Wiele artystek i artystów w różny sposób odnosiło się do czasu pandemii i jej konsekwencji, ale ważne jest, że my też zabrałyśmy głos. Bo każde doświadczenie jest inne, pandemia i jej skutki przebiegają różnie, są odmienne perspektywy zależne od naszego miejsca w społeczeństwie, płci, koloru skóry, sytuacji materialnej, ale wszystkie dają pewien obraz sytuacji.

Magdalena Ujma: Czym jest Frakcja? Czy wyróżnia się czymś szczególnym na tle innych grupowych działań w polu sztuki?

Roksana Kularska-Król: Jest wyjątkową grupą, niehierarchiczną i demokratyczną.

Marta Ostajewska: To miejsce, w którym od kilku lat spotykają się i tworzą interesujące artystki łódzkie. Grupa, która pracuje w różnych mediach. Ciekawy misz-masz pokoleniowy. Twórcza, o wysokiej temperaturze dyskusji, zderzająca się i wspierająca grupa kobiet-artystek, które rozumieją czym jest feminizm, demokracja, wolność, kreacja, pasja, ogień.

Monika Czarska: Przy każdym wspólnie organizowanym projekcie rozdzielamy zadania. Praca pokazywana na wystawie to indywidualna decyzja każdej z nas. Dużo dyskutujemy. Ja grupę rozumiem jako bardzo ważne dla mnie miejsce, w którym „czasem” jestem ze swoją sztuką.

Beata Marcinkowska: Frakcja jest grupą artystek w różnym wieku, wypowiadających się w różnych mediach. Zasada, jaką przyjęła grupa, to brak hierarchii i demokracja.

Izabela Maciejewska: Moje koleżanki pięknie to ujęły. Ja chcę tylko dodać, że dla mnie Frakcja jest także ucieleśnieniem idei siostrzeństwa. Nawet jeśli nie zawsze się ze sobą zgadzamy, dajemy sobie wsparcie i siłę do dalszych działań.

„Godzina Szumu” w Radiu Kapitał: Galeria Sandra Z twórczyniami Galerii Sandra w audycji "Godzina Szumu" rozmawia Karolina Plinta CZYTAJ!

Anka Leśniak: Frakcja to grupa artystek. Nie grupa artystyczna. Ta różnica jest dla nas bardzo ważna. Kiedy założyłyśmy Frakcję, nie byłyśmy debiutantkami. Każda miała swój dorobek i wizję sztuki. Dlatego nasze projekty to przestrzeń, w której we wspólnie określonych ramach każda z nas ma miejsce na swoje indywidualne działanie artystyczne. Pomysł na wspólne wystawy, projekty, prezentacje ma na celu wzmocnienie widzialności kobiet w polu sztuki. Nie chodzi tu tylko o nasze nazwiska, ale o głos kobiet, o nasze problemy, nasze wizje i nagłośnienie indywidualnych głosów poprzez wspólne działanie. Nie bez znaczenia jest też nieco ironiczne określenie, którego używamy „Frakcja. Kobiety, które siedzą w Łodzi”. Z tym siedzeniem to różnie bywa, ale chcemy podkreślić skąd się wywodzimy – z tradycji łódzkiej awangardy, Katarzyny Kobro i z miasta, w którym życie nie jest łatwe, a perspektywy na karierę artystyczną i instytucjonalne wsparcie naszych działań raczej mizerne. Ale kochamy Łódź, choć nie wszystkie jesteśmy łodziankami z urodzenia. Łódź to stan umysłu.

Aurelia Mandziuk: Jesteśmy grupą artystek dzielącą się doświadczeniami i obserwacjami poszerzając tym samym obszar własnych doświadczeń i obserwacji, ale przede wszystkim grupą wzajemnie napędzającą się do działania.

Jak się w niej znalazłyście?

R.K-K.: Ja zostałam zaproszona do grupy w 2017 roku.

M.O.: Aurelia Mandziuk i Jolanta Wagner zaprosiła łódzkie artystki (Monikę Czarską, Ankę Leśniak, Agnieszkę Chojnacką, Jolantę Rudzką-Habisiak, Martę Ostajewską, Ewę Bloom Kwiatkowską, Izę Robakowską) do wspólnego projektu polsko-niemieckiego. Po powrocie z Niemiec, gdzie pracowałyśmy z grupą Endmoräne, zainspirowane ich twórczą kooperacją, założyłyśmy grupę Frakcja.

M.C.: W 2015 roku niemiecka grupa Endmoräene zaprosiła kilka polskich artystek na warsztaty we Frankfurcie nad Odrą, byłam jedną z nich. Warsztaty kończyła wystawa THEA, wir fahrn nach Łódź / Return Ticket – Rozpakować walizki, prezentowana w starej fabryce cukru. Po powrocie do Polski Aurelia Mandziuk i Jolanta Wagner zaproponowały artystkom biorącym udział w tym przedsięwzięciu stworzenie grupy, która inspirowana była właśnie grupą brandenburskich artystek, które od 25 lat wspólnie pracują przy organizacji swoich wystaw.

B.M.: Zostałam zaproszona do grupy w 2017 roku.

I.M.: Zostałam zaproszona w 2017 roku.

Ola Kozioł: Ja też zostałam zaproszona w 2017 roku.

A.L.: Ja także wzięłam udział w warsztatach i wystawie zorganizowanej przez grupę artystek Endmoräne we Frankfurcie nad Odrą. Na początku istnienia skład grupy różnił się od obecnego. Idea demokratycznych decyzji i niehierarchiczności to duże wyzwanie. Ciągle trzeba pilnować proporcji między tym, co daje każdej z nas grupa i co każda z nas daje grupie. A więc Frakcja fluktuuje. Jeśli okazuje się, że komuś nie po drodze z tymi ideami, albo, że nie może się zaangażować w pracę – odchodzi. Kiedy część „starego składu” odeszła, zaprosiłyśmy nowe artystki.

A.M.: Jestem jedną ze współzałożycielek grupy. Odnajdywanie się w działaniach wspólnotowych wynika oczywiście z moich indywidualnych predyspozycji, i faktu że w umiejętności wspólnego działania dostrzegam wielkie znaczenie w szerszym wymiarze społecznym. Ale, jak sądzę, również z tradycji życia artystycznego Łodzi, gdzie wyraźna jest tendencja do działań zbiorowych, których korzenie tkwią w awangardzie dwudziestolecia międzywojennego.

Alicja Kujawska: We Frakcji znalazłam się przez miłość. Do różnych rzeczy zresztą. Towarzyszę grupie od początku jej istnienia, często pełniąc rolę jej rzeczniczki na falach eteru, czasem również pisząc. Jestem badaczką, antropolożką kultury, badam więc „jak to jest być artystką w Polsce w latach 2017-…” metodą obserwacji uczestniczącej.

Co to jest Dziennik Frakcji? Po co właściwie go stworzyłyście? Dwa miesiące publikowania dzień w dzień musiało być sporym wyzwaniem…

R.K.-K.: Dziennik Frakcji to działanie, które miało obudzić nas z marazmu i pandemicznego przestrachu…

M.O.: To także miejsce spotkań. Kiedy pandemia zamknęła nas w domach, powstała przestrzeń, w której twórczo komunikowałyśmy się ze sobą. Te codzienne spotkania były kreacyjnymi impulsami do rozmowy o tym, czego się boimy, co nas cieszy, frustruje… Dzięki Dziennikowi byłyśmy razem. Takie „działanie w procesie”, pokazywanie niedociągnięć, bebechów, szwów działań twórczych, szkicownik, notatnik czasu pandemii. Miejsce spotkania z dziewczynami, ale też ze światem. Codzienne zderzanie się z pandemicznymi absurdami, światem na opak.

I.M.: Dla mnie Dziennik był formą katharsis. Oczyszczającą arteterapią, która umożliwiała mi utrzymanie równowagi w pandemicznej rzeczywistości. Łapaniem pionu w sytuacji, która przerosła katastroficzne scenariusze i gdy rozpadły się dotychczasowe mechanizmy funkcjonowania, bezpieczne ramy świata, w jakim żyłam na co dzień. Był także pięknym doświadczeniem wspólnotowości, wbrew i pomimo narzuconej izolacji.

Przy niemożności osobistych spotkań, które są nieodłączną częścią Frakcji, Dziennik stał się medium, które łączyło nas artystycznie i emocjonalnie w czasie, gdy świat wywracał się do góry nogami.

A jak się zaczęło?

M.C.: 16 marca napisałam do koleżanek z Grupy Frakcja i zaproponowałam im spontaniczne działanie w formie dziennika pod tytułem Kobiety, które siedzą w domu. Nazwa nawiązywała do pierwszej wystawy naszej grupy, która odbyła się 8 marca 2017 roku w łódzkiej Galerii Manhattan Transfer Frakcja, kobiety, które siedzą w Łodzi. Manifest obecności. 17 marca odbyło się nasze pierwsze spotkanie online. Ustaliłyśmy na nim zasady i kolejność publikowania w Dzienniku. 18 marca rozpoczęłyśmy publikację naszych postów. Celem akcji był kontakt i ciekawość siebie nawzajem. Był też rytm, którego zabrakło w codziennym domowym „rozmemłaniu”. Wyznaczyłyśmy sobie kolejność i godzinę publikowania. Każdego dnia któraś z Frakcjonistek publikowała post, a reszta z nas go wyczekiwała.

Bycie razem mimo izolacji, podniesienie na duchu w trudnym czasie… A czym był Dziennik dla pozostałych Frakcjonistek?

B.M.: Był artystycznym zapisem osobistych przeżyć, spostrzeżeń, refleksji jakie towarzyszyły nam w czasie pandemii. Przez to, że posiadał własną chronologię i porządek, odmierzał czas i w chwilach zwątpienia mobilizował do aktywności twórczej.

A.L.: Ograniczenia w życiu publicznym bardzo dotknęły różne sfery kultury. Z dnia na dzień zostały zamknięte galerie, odwołane wernisaże, zawieszona współpraca międzynarodowa, w tym uczelniana. Pracuję teraz nad wspólnym projektem z artystkami z Austrii i dość często wyjeżdżałam. Nagle okazało się, że granice zostały zamknięte, zaplanowane podróże trzeba było odwołać. Również rytm podróży Łódź-Gdańsk, który wyznacza mi praca na uczelni, został przerwany. Nagle znalazłam się w próżni, w stanie zawieszenia. Przy niemożności osobistych spotkań, które są nieodłączną częścią Frakcji, Dziennik stał się medium, które łączyło nas artystycznie i emocjonalnie w czasie, gdy świat wywracał się do góry nogami. Ja dużo pracuję z dokumentacją, z archiwami, też z historią mówioną i mikronarracjami, więc zobaczyłam w dzienniku szansę zapisu swojego emocjonalno-intelektualnego stanu poprzez artystyczną formę. Tego stanu „tu i teraz”, zostawienia śladu.

A.M.: Zgodnie z definicją diarium, Dziennik Frakcji był moją codzienną porcją „pokarmu”, czyli nadziei na odczuwanie wspólnej realności w czasie stresu, zagrożenia i totalnej dezorientacji. Realności konstruowanej w myśl własnych, wspólnie przyjętych zasad, a nie zasad narzuconych: „spłaszczamy krzywą”, „nie wychodź z domu”, „myj ręce”, „nie zbliżaj się do ludzi”… Dla mnie osobiście był również próbą panowania nad rzeczywistością w czasie, w którym taka kontrola nie istniała.

A.K.: Gdy stało się jasne, że pandemia będzie się przetaczać długo i boleśnie – że zostaną zamknięte nie tylko muzea i galerie, ale może w ogóle sztuka zostanie „przesunięta” w sferę wirtualną, co swoją drogą jest ogromnie wygodne, gdyż sztuka w ogóle jest niewygodna i nietania – zapragnęłyśmy głosu „tu jestem” (trochę jak kurczęta w jajkach, które przed wylęgiem stukają do siebie wzajem i piszczą, by ustalić gotowość wyjścia ze skorupy. Albo jak marynarze zamknięci w lodzi podwodnej Kursk…). Pomysłodawczynią była Monika Czarska. Miało to być także ćwiczenie z odnajdywania się nie tylko w iście więziennym zamknięciu, w poczuciu bezustannego zagrożenia, ale także i w przestrzeni wirtualnej, w świecie algorytmów Facebooka i Instagrama. Dla mnie samej Dziennik Frakcji dotyczył badań terenowych (jestem antropolożką kultury), w którym zapisywałam „zmagania z terenem”, co oznacza ze mną (badaczka jako teren), z nauką nowych umiejętności (gra na ukulele) i pociechę czerpaną z poezji i muzyki.

O.K.: A dla mnie Dziennik Frakcji był po prostu próbą rozładowania strachu, jaki we mnie siedział i wciąż siedzi, związanym z pandemią i zmianami w kraju i na świecie. W moim przypadku była to również próbą zajęcia się czymś innym niż opieka nad niemowlakiem.

No dobrze, ale z waszych deklaracji wynika, że Dziennik tworzyłyście przede wszystkim dla siebie. A przecież upubliczniłyście wasze filmy, akcje, wypowiedzi. Każdy mógł je śledzić w mediach społecznościowych.

R.K.-K.: Dziennik od razu był przeznaczony także dla potencjalnych odbiorców. Dawał im możliwość podejrzenia jak przez dziurkę od klucza tego, co Frakcja robi w czasie pandemii.

M.C.: Dziennik był przeznaczony dla Frakcjonistek, ale decyzja, jaką podjęłyśmy, czyli publikowanie naszych postów na naszym oficjalnym fanpage’u, była wyjściem do odbiorców spoza grupy.

I.M.: Tworząc moje wpisy, zawsze myślałam o odbiorcy…

O.K.: Ale też ważny był kontakt ze sobą samą i swoimi emocjami.

Marta Ostajewska, „Pilars”, wideo performans, 2015, dzień 31, 17.04.2020
Ola Kozioł, dzień 29, 15.04.2020
Beata Marcinkowska, „MAJ 2020”, kolaż cyfrowy, gdzień 45, 1.05.2020
Roksana Kularska-Król, „Obudźmy się!”, dzień 40, 26.04.2020
Monika Czarska, „Imagine”, ołówek na płótnie, 10 x 10 cm, dzień 30, 16.04.2020
Izabela Maciejewska, „Getto XXI”, dzień 34, 20.04.2020

Dlaczego więc wyszłyście poza grupę, na zewnątrz bezpiecznej izolacji?

A.L.: Dziennik stworzył nam możliwość zabrania głosu w trybie natychmiastowym. Strona na Facebooku, której używałyśmy do promocji projektów i archiwizowania dokumentacji, zaczęła służyć do publikowania naszych prac. Nie musiałyśmy czekać na wystawę w galerii, na publikację w piśmie o sztuce ani na dofinansowanie. Facebook jest platformą łatwą w użyciu i interaktywną (choć nie pozbawioną wad), niebagatelne było także to, że sposób publikowania postów – materiał wizualny plus komentarz – bardzo się sprawdził. Tak naprawdę komunikacja z odbiorcami była ważna, ale wiadomo, że byli to głównie nasi znajomi i znajome… Funkcjonowanie Dziennika miało charakter „półprywatny”, nie było promocji w mediach.

A.M.: Tworzyłyśmy go z myślą o grupie, każdej z nas osobno i z nadzieją kontaktu ze „światem zewnętrznym”. Impulsem była niewątpliwie wzajemna troska. Jednak, jak sądzę, także nasza zbiorowa ciekawość: czy i na ile uda nam się eksperyment wspólnego prowadzenia Dziennika, bez konieczności szukania powiązań tematycznych; formy, którą można zakończyć w dowolnym momencie, pozbawionej z góry ustalonego planu. To nas właśnie kręciło.

A.K.: Jasne, że przeznaczony był dla członkiń grupy – zamiast dzwonić do siebie codziennie i biadolić, że nie możemy zrobić zaplanowanych wydarzeń w miesiącu poświęconym historii kobiet – obiecałyśmy przesyłać raporty w formie obrazów i tekstów. Zabawne, że dzięki temu kontaktowałyśmy się ze sobą dużo częściej: by ustalać kolejność wpisów w Dzienniku, komentować. Miałyśmy też kontakt ze światem zewnętrznym – poprzez komentarze, rozmowy ze znajomymi, odnajdując dzięki wpisom dodatkowe połączenia w sieci kontaktów społecznych.

Dziennik stał się miejscem, w którym wybrzmiał typowy dla grupy upór i konsekwencja w dążeniu do celu. Każdego dnia pojawiał się post i żadna z dziewczyn nie zawaliła!

A jak oceniacie Dziennik po jego zakończeniu? Co wam dał jako grupie, co indywidualnie?

B.M.: Kiedy zaczęto likwidować różne pandemiczne obostrzenia zdecydowałyśmy, że kończymy nasz Dziennik.

R.K.-K.: Okazał się świetną formą samoorganizacji i pokazał, że całkiem nieźle się w grupie dogadujemy i działamy.

M.O.: Pokazał też pęknięcia, które w kolektywie istniały od dawna, ale z różnych względów były ignorowane – odmienne wizje na grupę. Dziennik stał się miejscem, w którym wybrzmiał typowy dla grupy upór i konsekwencja w dążeniu do celu. Każdego dnia pojawiał się post i żadna z dziewczyn nie zawaliła! Indywidualnie było to ciekawe doświadczenie otwierające mnie na to, co działo się we mnie i wokół mnie. Dziwiłam się, że głównym tematem, który poruszam twórczo, są moje wewnętrzne definicje „domu”. Okazało się, że to zagadnienie jest dla mnie bardzo ważne. Dużo ważniejsze niż się tego po sobie spodziewałam.

Byliśmy o krok od rewolucji feministycznej… gdy nagle pojawił się wirus O społeczno-politycznych skutkach pandemicznego zamrożenia pisze Paul B. Preciado CZYTAJ!

M.C.: Teraz, kiedy przeglądam Dziennik po zdjęciu restrykcji, jest dla mnie bardzo emocjonującym, pięknym i ciekawym zbiorem gestów artystycznych moich i koleżanek z grupy. To manifest obecności artystek w czasie pandemii. Dziennik bardzo nas zbliżył do siebie.

I.M.: Myślę, że jako kolektyw świetnie współpracowałyśmy, pomagając sobie nawzajem np. w udostępnianiu postów czy zamieniając się w kolejce, gdy zaszła taka potrzeba. Mnie osobiście Dziennik uświadomił, że moje prace, intymne i zaangażowane do tego stopnia, że obawiałam się, czy dla odbiorcy nie okażą się zbyt radykalne i emocjonalne, spotykały się z dużym zainteresowaniem i poparciem.

A.L.: Ja myślę o Dzienniku jak o artystycznym dokumencie. Dla mnie ma przede wszystkim wartość archiwalną. Wiele artystek i artystów w różny sposób odnosiło się do czasu pandemii i jej konsekwencji, ale ważne jest, że my też zabrałyśmy tu głos. Bo każde doświadczenie jest inne, pandemia i jej skutki przebiegają różnie, są odmienne perspektywy zależne od naszego miejsca w społeczeństwie, płci, koloru skóry, sytuacji materialnej, ale wszystkie dają pewien obraz sytuacji, a właściwie sumę subiektywnych spojrzeń i wypowiedzi artystek i artystów z całego świata. Dla nas Dziennik był zobowiązaniem i sprawdzianem, na ile poważnie traktujemy grupę. Nie jesteśmy już debiutującymi artystkami, każda z nas pracuje indywidualnie, a Frakcja jest tylko częścią naszej aktywności. Posty ukazywały się codziennie i w sposób zupełnie nieplanowany zaczęły się układać z nich linie narracji, dialogi. Kilkakrotnie został poruszony problem środowiska naturalnego, ale też praw kobiet, mniejszości, również osobistych problemów. W trakcie pandemii okazało się, że muszę poddać się operacji. Zrobienie krótkiego wideo Rebellious Cells i podzielenie się nim na naszej stronie pozwoliło mi oswoić strach, złapać dystans do sytuacji.

A.M.: Z mojej perspektywy w projekcie ważny był nie tyle efekt końcowy, co sam proces – rytuał prowadzenia Dziennika, któremu dobrowolnie się podałyśmy w krytycznym momencie szalejącej dezorientacji i chaosu.

A.K.: Z perspektywy ponad miesiąca od zakończenia, mam wrażenie, że Dziennik to osobliwie spójna opowieść. Jej spójność polega na tym, że każda z piszących pozostała wierna sobie. Każda ma własny głos, sposób i środki ekspresji, co oczywiste, ale wpisy ze sobą korespondują, dopowiadają, inspirują. Jako kolektyw narzuciłyśmy sobie spore wymagania (osiem z nas ma po 7 wpisów w trakcie 66 dni!) – najczęściej zupełnie nowych materiałów, nowych opowieści. Dla mnie był to pretekst by, po raz pierwszy od kilkunastu lat, zacząć śpiewać. Doceniam coraz bardziej znaczenie rozrywki w formie śpiewu (i śmiechu!).

O.K.: To było dla mnie z niemowlęciem trudne wyzwanie, choć początkowo bardzo się z niego cieszyłam. Dziennik uświadomił mi jednak, że tak naprawdę potrzebuję zająć się teraz tym, co jest dla mnie obecnie najważniejsze: córeczką, domem. Potrzebuję złapać dystans, pocelebrować macierzyństwo. Gdy piszę te słowa, córeczka ma już skończone 10 miesięcy. Dziennik trwał 66 dni, ile to procent z jej życia?

Rozumiem więc, że Dziennik jest odbiciem sposobu funkcjonowania waszej grupy nie tylko w czasie pandemii. Czy tak rzeczywiście działacie? Poziome relacje, empatia, wspieranie się, brak oceniania?

R.K.-K.: Dziennik pokazał, że jesteśmy grupą niehierarchiczną i demokratyczną. Jeśli komuś nie pasuje udział w danym projekcie, może z niego zrezygnować. Umiemy się wspierać ale też nie narzucamy sobie nic nawzajem.

M.O.: Dziennik pokazał, że wszystkie jesteśmy bardzo kreatywne. Obnażył też pewne braki w komunikacji. Tak jak w każdej innej rodzinie, we Frakcji w tym czasie nastąpiło pewnego rodzaju przesilenie, zderzenie różnych wizji. Wierzę w oczyszczającą moc konfliktu i otwartego dialogu. Nasze wspólne wystawy i działania tworzymy w ten sposób, że wspólnie pracujemy nad koncepcją, wybieramy miejsce, dzielimy się zadaniami. Monika Czarska przygotowuje identyfikację wizualną. Wspólnie aranżujemy przestrzeń. Każda z nas realizuje indywidualne działanie. Działania splatają się ze sobą, wchodzą ze sobą w dialog. Nie ma „jednej” kuratorki. Wszystkie jesteśmy kuratorkami. W tej przestrzeni dialogu powstają interesujące, skomplikowane, wielowątkowe opowieści.

B.M.: Dziennik Frakcji realizowałyśmy w wyjątkowo trudnym czasie, w którym niejedna z nas otarła się o kryzys psychiczny, wtedy też pojawiły się różne napięcia w grupie, które, mam nadzieję, wpłyną oczyszczająco na nasze dalsze relacje. Czy bez Frakcji tworzyłabym coś innego? Na pewno nie. Natomiast Frakcja (wspólne projekty) jest często motywacją do działania. Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nie zamieszczałabym w czasie pandemii swoich prac we własnym dzienniku na FB, a już na pewno nie z taką systematycznością.

A.L.: Moim zdaniem Dziennik jest projektem, w którym najlepiej z dotychczas zrealizowanych widać naszą ideę działania „indywidualnie w grupie”. Każdy wpis do Dziennika jest autorską pracą, która może być pokazywana osobno, ale wszystkie wpisy razem składają się w pewną całość, zestawione razem tworzą kolejne znaczenia, konteksty. We Frakcji nie ma obowiązku uczestnictwa w każdym projekcie. Ewa Bloom Kwiatkowska wycofała się po dwóch wpisach, ponieważ nie odpowiadała jej ta formuła.

A.M.: Nasze działania mają bardzo różny charakter, a funkcjonowanie grupy, determinowane wolą poszczególnych członkiń, można określić jako proces, w który wpisana jest zmienność, również „sposobów działania” w kontekście poszczególnych projektów.

Grupa Frakcja to miejsce, w którym od kilku lat spotykają się i tworzą interesujące artystki łódzkie. Grupa, która pracuje w różnych mediach. Ciekawy misz-masz pokoleniowy. Twórcza, o wysokiej temperaturze dyskusji, zderzająca się i wspierająca grupa kobiet-artystek, które rozumieją czym jest feminizm, demokracja, wolność, kreacja, pasja, ogień.

Czy można więc powiedzieć, że jesteście kolektywem?

M.C.: Nie jesteśmy, tworzymy oddzielnie, a nasze współdziałanie dotyczy organizacji wystaw czy wydarzeń i organizowania na nie funduszy.

I.M.: Na pewno nawzajem się inspirujemy, nawet jeśli dla kogoś pozostaje to w sferze podświadomości. Jak powiedział kiedyś Carl Gustav Jung: „spotkanie dwóch osobowości przypomina kontakt dwóch substancji chemicznych: jeżeli nastąpi jakakolwiek reakcja, obie ulegają zmianie.” W naszej grupie reagują i oddziaływają na siebie wspaniałe artystki, kobiety, indywidualistki, kreując niespotykaną, twórczą miksturę.

A.L.: Ja nie zgodzę się z koleżankami. Myślę, że jesteśmy kolektywem, bo jednak działamy wspólnie, razem wymyślamy wydarzenia i projekty, bywa, że włączamy się wzajemnie w swoje działania. Dotyczy do głównie akcji, działań performatywnych. Pomnik Siostrzeństwa oparty na pozycjach jogi to pomysł Izy Maciejewskiej, a zapozowałyśmy do serii takich zdjęć wszystkie. Aurelia Mandziuk podczas wydarzenia Frakcja Akcja Libacja zaproponowała performance Frakcjonowanie inspirowany procesem chemicznym, poprzez który w metaforyczny sposób przedstawiła sposób działania naszej grupy. W performance wzięła udział większość Frakcjonistek. Podczas wystawy Łącze na Dworcu Łódź Fabryczna zaaranżowałam „namiot spotkania”, otwarty dla przechodniów, widzów wystawy, ale przede wszystkim dla nas, gdzie jedząc i pijąc rozmawiałyśmy o sztuce. Powstał z tego krótki film oparty na wywiadach z koleżankami z grupy, w którym opowiadamy, czym jest dla nas Frakcja.

O.K.: Dodam jeszcze, że wiele moich działań nie powstałoby bez Frakcji, bo nie byłoby odpowiedniego kontekstu, czasu, miejsca, zaproszenia. W trakcie naszej akcji Tylko jeden dzień w Domu Mody Limanka byłam grzeszną Ewą z wiadrem jabłek i w pudrowym płaszczu. Sama raczej nie wpadłabym tam tak ubrana na imprezę.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też