07.12.2018

Jest co opowiadać… Rosalind Nashashibi w Fundacji Galerii Foksal

Piotr Policht
Rosalind Nashashibi, „Strong girl”, olej na płótnie, 60 x 75 cm, 2018
Jest co opowiadać… Rosalind Nashashibi w Fundacji Galerii Foksal
Rosalind Nashashibi, „Strong girl”, olej na płótnie, 60 x 75 cm, 2018
Nashashibi skupia się więc na jakościach wydawałoby się równie oldskulowych, co jej ulubiona taśma filmowa. Jest tu duży nacisk na wizualne piękno i zapośredniczone przez Le Guin przekonanie o tym, że społeczny progres, niezależnie od aktualnej daty, buduje się siadając w kółku wokół ogniska, opowiadając historie i wysłuchując ich nawzajem.

Jak pieczołowicie podkreślono już na wstępie do noty kuratorskiej, po raz pierwszy Fundacja Galerii Foksal współpracowała z Rosalind Nashashibi piętnaście lat temu. Kiedy FGF, jeszcze w pełnym trio założycieli, organizowało w Cieszynie wystawę Ukryte w Słońcu przy okazji festiwalu Nowe Horyzonty, Nashashibi była kilka lat po ukończeniu studiów w Glasgow, świeżo po otrzymaniu nagrody Beck’s Futures – jako pierwsza kobieta w historii tego konkursu – i reprezentowała właśnie Szkocję na weneckim biennale. To przypomnienie podwójnie znaczące – po pierwsze, że FGF sroce spod ogona nie wypadło i zaproszenie Nashashibi jest konsekwentną kontynuacją wieloletniego programu, a nie spóźnionym załapaniem się na fejm; ale do tego, że Fundacja od lat trzyma rękę na pulsie międzynarodowej sztuki nie trzeba nikogo przekonywać. Przede wszystkim wzmianka ta dobrze oddaje to, jak Nashashibi jest postrzegana przez krytykę – w końcu mowa o dwóch filmach na wystawie poświęconej medium filmu i zorganizowanej we współpracy z festiwalem filmowym.

Recenzując wystawę finalistów zeszłorocznej Nagrody Turnera, wśród których znalazła się tez Nashashibi, Martha Barratt z „The Burlington Magazine” określiła ją wręcz jako twórczynię filmów, „niegdyś malarkę”. Taką recepcję ustawiły wczesne wystawy, a utrwaliła duża retrospektywa w londyńskim ICA sprzed niemal dekady. Nawet gdy artystka prezentuje wystawy składające się z jednego filmu i kilku-kilkunastu obrazów, w ich omówieniach poświęca się uwagę niemal wyłącznie części filmowej, obrazy ledwo wzmiankując i zbywając jednym oględnym zdaniem. Red Sea w FGF ma właśnie taką konstrukcję filmowo-malarską, niemal identyczną do choćby Two Tribes w nowojorskiej galerii Murray Guy, gdzie Nashashibi prezentowała wybór obrazów i film Electrical Gaza, zrealizowany na zamówienie Imperial War Museum w Londynie. W Warszawie prezentowany jest premierowy film na jednym piętrze i wybór obrazów na drugim.

A więc po kolei. W filmie zrealizowanym przy współpracy z FGF od razu rozpoznajemy charakterystyczny styl Nashashibi, którego ta trzyma się od kilkunastu lat – całość kręcona jest na taśmie 16 mm i zawieszona gdzieś pomiędzy odegraną według scenariusza fabułą a dokumentalną rejestracją codziennych scen. Przez nasycenie barw i proporcje obrazu film wydaje się być archiwalnym domowym nagraniem, przeplatającym scenki z wakacji z powszednimi sytuacjami. W rzeczywistości Nashashibi reinterpretuje w nim jedno z opowiadań Ursuli K. Le Guin zatytułowane Opowieść Szobów, w Polsce wydane w tomie Rybak znad Morza Wewnętrznego.

To opowieść dość nietypowa na tle pozostałych opowiadań i książek sci-fi autorki Ziemiomorza. Z reguły w swoich fantastycznonaukowych narracjach Le Guin koncentrowała się na kwestiach społeczno-kulturowych, w kostiumie sci-fi podejmując wątki feministyczne czy opisując mechaniki konfliktów kulturowych. Wszechświat jest złożony, a obce cywilizacje bywają egzotyczne z ludzkiej perspektywy, ale jednak możliwe do percepcyjnego ogarnięcia. W Opowieści Szobów dominuje powiązanie psychologicznej introspekcji z medytacją nad ograniczeniami naszej percepcji wobec osobliwości praw fizyki. Tematycznie jest więc bliższa zainteresowań Lema i problemów podejmowanych w Fiasku czy Solaris niż zwyczajowej socjologii. Tytułowi Szobowie to załoga statku o nazwie Szobi, zespół dziesięciorga ochotników, pionierów potencjalnej nowej epoki podróży kosmicznych. Są bowiem pierwszymi ludźmi odbywającymi podróż dzięki nowej technologii, pozwalającej na „skoki” w przestrzeni z prędkością nadświetlną. Pewne rzeczy się nie zmieniają; balony testowano na baranie, kogucie i kaczce, loty kosmiczne na psach, a nadświetlne u Le Guin – na świerszczach i robotach. W końcu przychodzi jednak pora na test na ludziach. Sednem opowiadania staje się doświadczenie podróży u poszczególnych członków załogi.

Rosalind Nashashibi , widok wystawy
Rosalind Nashashibi , widok wystawy
Rosalind Nashashibi , widok wystawy
Rosalind Nashashibi , widok wystawy

Percepcyjne zawirowania bohaterów oddaje sama struktura opowiadania – w kulminacyjnym momencie akcji zderzają się z sobą perspektywy poszczególnych członków załogi, których doświadczenia rozjeżdżają się i plączą. Komuś wydaje się, że pozostał w porcie, a jednocześnie przebywa na statku, komuś innemu, że zebrał próbki z miejsca lądowania, a trzeciemu – że statek nigdzie nie wylądował. Doświadczenie czasu i miejsca zostaje zaburzone, z czym konfrontować się musi czytelnik, którego autorka wpuszcza w wir wydarzeń nie dających się ułożyć w logiczny ciąg. Zakończenie opowiadania Le Guin to deklaracja wiary w opowieść. Nie jedną, kanoniczną, a konfrontację różnych opowieści, bo w wyniku podróży każdy widział i przeżywał inne wydarzenia. Nie można ich scalić w jedną obiektywną prawdę o tym, co zaszło, można jednak opowiedzieć je wszystkie po kolei, by czegokolwiek się dowiedzieć o tym, co zaszło.

Po ogłoszeniu nominacji do Nagrody Turnera w 2017 roku, gdy wśród finalistów znalazła się też Nashashibi, w brytyjskiej prasie rozgorzała mała burza po tweecie krytyka „Guardiana” Waldemara Januszczaka, który drwił z tego, jak wyświechtana jest łatka „identity issues” we współczesnej sztuce.

Nashashibi strukturę opowiadania Le Guin przenosi w bardziej przyziemne realia, na grunt zwyczajnych domowych scen. Nadaje im też mniej naukowy, a bardziej psychologiczny wymiar. Bohaterowie jej filmu rozmawiają o nielinearnym doświadczeniu czasu i scalającej mocy historii odnosząc się przede wszystkim do pojęcia miłości, nie tylko w relacjach między jednostkami, ale i w kategoriach społecznych. Artystka wydobywa ten wątek, u Le Guin schodzący na nieco dalszy plan. W stylizowanej na rodzinny film pracy nawiązującej do opowiadania sci-fi Nashashibi przemyca więc polityczną deklarację – tak jak tekst Le Guin jest manifestem siły opowieści literackiej, tak film Nashashibi opowiada się za dopuszczaniem do głosu przedstawicieli zróżnicowanych grup społecznych.

Po ogłoszeniu nominacji do Nagrody Turnera w 2017 roku, gdy wśród finalistów znalazła się też Nashashibi, w brytyjskiej prasie rozgorzała mała burza po tweecie krytyka „Guardiana” Waldemara Januszczaka, który drwił z tego, jak wyświechtana jest łatka „identity issues” we współczesnej sztuce. Nashashibi co prawda nagrody nie zdobyła, ale nie tylko formalnie, a i na poziomie podejścia do kwestii tożsamościowych jej prace wyróżniają się na tle konkurentów. Pomijając zasadność zarzutów Januszczaka (w końcu Turner jest może nie tak bardzo jak filmowe Oscary, ale jednak #sowhite), nie da się ukryć, że nie tak łatwo natrafić dziś na prace wychodzące poza prosty rewizjonizm i opowieści o ofiarach i kolonizatorach. Nashashibi tymczasem nie interesuje szkolna dydaktyka i mnożenie wikipedyjnych klisz.

Rosalind Nashashibi , widok wystawy
Rosalind Nashashibi , widok wystawy
Rosalind Nashashibi , widok wystawy
Rosalind Nashashibi , widok wystawy

W filmie Why Are You Angry? (zrealizowanym wspólnie z Lucy Skaer, z którą od wielu lat współpracuje) portretowała tahitańskie kobiety w codziennym życiu i pozach odtwarzających te z Gauguinowskiego obrazu o tym samym tytule. Ciężko dopatrzeć się tu jednak prostego wskazywania na kolonialność spojrzenia europejskiego artysty. Nashashibi wykracza poza tę banalną w gruncie rzeczy konstatację i idzie o krok dalej. Przygląda się temu, jak kulturowe reprezentacje kobiet są internalizowane, jakby rekonstruowała uniwersalny kulturowy mit kobiecości, podobnie jak robiła to bohaterka „tetralogii neapolitańskiej” Eleny Ferrante w swoim fikcyjnym eseju.

Obrazy Nashashibi faktycznie wyglądają jak subtelne przedłużenie jej filmów, niczym starannie wyselekcjonowane klatki, które eleganckimi i nonszalanckimi zarazem gestami cienko nakładanej farby przenoszone są na płótno i papier.

W film Nashashibi wplata również własne obrazy, które chwilę później oglądamy na kolejnym piętrze FGF. Malarstwo zostaje więc świadomie sprowadzone do roli uzupełnienia filmu przez samą artystkę, która najpierw pokazuje nam je w formie filmowych reprodukcji. Ale nie tylko jej własne obrazy artystka wplata w film. Obok nich pojawiają się m.in. reprodukcje płócien Emila Noldego. Skutecznie wybijają one z sennego klimatu filmu i czysto teoretycznych, wydawałoby się, rozważań o linearnym i nielinaernym pojmowaniu czasu. Nolde w tym przypadku jest ciekawym wyborem również ze względu na problematyczną – znacznie bardziej niż ta Gauginowska – biografię. Mimo że należał do czołowych twórców ekspresjonizmu, sympatyzował z NSDAP, do którego sam wstąpił, był zaciekłym antysemitą, co łatwo wyczytać z kilku obrazów, i pupilkiem Himmlera. Choć, jak wiadomo, do czasu. W końcu i on stał się jednym z oficjalnie tępionych przedstawicieli „Entartete Kunst” i antybohaterów wystawy o tym tytule.

W filmie Nashashibi pojawiają się dość różnorodne płótna – a to całkiem stonowany podwójny portret, a to niezwykle rozedrgany, umyślnie krzykliwy Raj utracony. Szesnastomilimetrowy film wydobywa niezwykłą soczystość barw ekspresjonistycznych obrazów, zaskakująco bliską gwaszom i olejom samej Nashashibi. Te jednak są znacznie spokojniejsze niż gorączkowe wizje niemieckiego ekspresjonisty. Gdy pojawia się wśród nich motyw czysto figuralny, jak głowa owcy na jednym z obrazów, przypomina ona raczej najbardziej dekoracyjne obrazy Franza Marca, choć w skontrastowaniu jej z czarnym tłem nie brak dramatyzmu. Gdzie indziej kielichowate czy liściowate formy zbliżają się do abstrakcji, z pozornie abstrakcyjnej siatki wyłania się delikatnie zarysowana, wykadrowana sylwetka ludzka. Obrazy Nashashibi faktycznie wyglądają jak subtelne przedłużenie jej filmów, niczym starannie wyselekcjonowane klatki, które eleganckimi i nonszalanckimi zarazem gestami cienko nakładanej farby przenoszone są na płótno i papier.

Rosalind Nashashibi, „Where you walk / Things flourish / Nothings compares”, olej na płótnie, 60 x 75 cm, 2017
Rosalind Nashashibi, „Untitled”, olej na płótnie, 90 x 110 cm, 2018
Rosalind Nashashibi, „Red Sea”, olej na płótnie, 91 x 110 cm, 2018

W gruncie rzeczy Nashashibi skupia się więc na jakościach wydawałoby się równie oldskulowych, co jej ulubiona taśma filmowa. Jest tu duży nacisk na wizualne piękno i zapośredniczone przez Le Guin przekonanie o tym, że społeczny progres, niezależnie od aktualnej daty, buduje się siadając w kółku wokół ogniska, opowiadając historie i wysłuchując ich nawzajem. Jak mówiła pisarka ustami swoich bohaterów w ostatniej linijce opowiadania: „Cóż, jest co opowiadać…”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaRosalind Nashashibi
WystawaRosalind Nashashibi
MiejsceFundacja Galerii Foksal, Warszawa
Czas trwania17.11.2018 – 12.01.2019
Fotografiedzięki uprzejmości artystki i Fundacji Galerii Foksal
Strona internetowafgf.com.pl/
Indeks

Zobacz też