16.03.2014

Anda Rottenberg „Już trudno”. Rozmawia Dorota Jarecka. Fragment książki

Dorota Jarecka
Anda Rottenberg „Już trudno”. Rozmawia Dorota Jarecka. Fragment książki

rottenberg_coverWIZ

 

Dorota Jarecka: Nigdy cię nie namawiano, żeby wstąpić do partii, nie kuszono pozycją, zarobkami?

Anda Rottenberg: Ja jestem z takiego pokolenia, krytycznego, które po osiemnastym roku życia nie przystąpiło do żadnej organizacji, poza czysto zawodową. Do Solidarności się zapisałam, bo uznałam, że to mój moralny obowiązek. Kiedy zmienił się system i zostałam dyrektorką Departamentu Plastyki w Ministerstwie Kultury, przyszedł do mnie tamtejszy przewodniczący Solidarności, żeby mnie zaprosić do związku zawodowego. Powiedziałam: – Proszę pana, przecież ja jestem kierownictwo, wy z definicji musicie ze mną walczyć!

A wcześniej, w latach studiów?

Pamiętam taką scenę, jeszcze z akademika. Jest niedziela rano, my rozwalone w łóżkach, z papierosami, i nagle wchodzi kolega z męskiego akademika, który był aktywistą ZSP i chyba już w PZPR, w skórzanej kurtce – jak komisarz ludowy – i wykrzykuje: – Co jest? Ubierać się, i marsz na niedzielę studencką! – Myśmy tylko na siebie spojrzały, ale nie ruszyłyśmy się z miejsca. Ten sam kolega, zaraz po grudniu 1970 roku, przychodził do nas do tego wynajętego mieszkania Za Żelazną Bramą, namawiać mojego partnera, żeby wstąpił do partii. Przynosił deklaracje, zostawiał, jak mówił, do zastanowienia. Patrzyłam, jak grają w łapki, i próbowałam zrozumieć, po co ten flirt?

Nie wszyscy mieli taki zdystansowany stosunek do gierkowskiej odnowy.

1968 rok był dla mnie jak zdjęcie woalu. Wcześniej po prostu żyłam w tym systemie, bo innego nie znałam. Rodzice ze mną nie rozmawiali, uważali chyba, że lepiej trzymać język za zębami, jeszcze coś chlapnę. W Marcu zobaczyłam nagą prawdę i to mi wystarczyło. Byłam impregnowana na wszelkie pokusy władzy. Po tym, jak nastał Gierek, dostałyśmy z Elżunią propozycje przejścia z Zachęty do ministerstwa kultury. Złożył je ówczesny dyrektor Departamentu Plastyki, bo jak nas przekonywał, chciałby wzmocnić zespół merytorycznie. Elżbieta poszła, ja nie. Uznałam, że to nie dla mnie, bo jakbym poszła do ministerstwa, to bym już uczestniczyła w polityce kulturalnej, wchodziła w jakieś niezdrowe układy. Może też ogląd cynicznych kuluarów tego resortu od strony pracownika Zachęty sprawił, że nie miałam złudzeń.

Do 1968 roku sytuacja była ciekawsza. Były osoby partyjne, zaangażowane, a przy tym bardzo twórcze, jak Stefan Morawski, historyk filozofii i estetyki.

Kiedy go poznałam, już był na straconych pozycjach, bo w 1968 roku został wyrzucony z partii, a potem z Uniwersytetu. Wyjdziemy teraz trochę naprzód. W Instytucie Sztuki, już w stanie wojennym, nastąpiła reorganizacja. Odeszłam z pracowni Olka Wojciechowskiego, gdzie pracowaliśmy nad publikacją kolejnego tomu z serii „Polskie Życie Artystyczne” i znalazłam się u Stefana Morawskiego w redakcji „Polish Art Studies”. I tam zaczęłam czołgać autorów tekstów, ponieważ poważnie traktuję swoje obowiązki. Pismo wychodziło po angielsku i po francusku. W pewnym momencie wzięłam Stefana „na dywanik”. Spytałam go: – Jak to się stało, że pan, który walczył w powstaniu warszawskim, z taką biografią, przystąpił do partii? Przecież wszyscy wiedzieliście, czym jest Rosja, czym jest komunizm. – On mówi: – Ty dziecko tego nie zrozumiesz. Myśmy przeżyli wojnę i hitleryzm. Wierzyliśmy, że zbudujemy lepszy model socjalizmu, bardziej zachodni. – Morawski miał dziewiętnaście lat, kiedy zaczęła się wojna. Widział, że we wrześniu 1939 roku rząd wziął nogi za pas, że kraj nie jest przygotowany do wojny ani militarnie, ani ekonomicznie. Należał do formacji, która miała sanacji po kokardkę. Dla niego socjalizm to był ustrój, który dawał szansę wyjścia z przedwojennego zakłamania.

Nawet po 1968 roku, próbował rozwijać swoją marksistowską wizję sztuki, analizował Lukacsa, przykładał teorię krytyczną do sztuki współczesnej.

Tylko że mnie te analizy nie przekonywały. Stefan Morawski miał w głowie, mówiąc w przenośni, system operacyjny 486, przetwarzał dane jak komputer, ale nie miał oka do sztuki. Był kimś, kto traktował tak samo dzieło genialne i dzieło beznadziejne, bo czytał je wyłącznie jako tekst. Dlatego mógł tyle samo energii włożyć w analizę twórczości Zbigniewa Warpechowskiego, który jest wybitnym artystą i jakiegoś trzeciorzędnego malarza. W moim przekonaniu to psuło porządek aksjologiczny sztuki.

Uważam, że dzisiaj jest niedoceniony, a to, co napisał zostało usunięte w cień razem z całym z PRL-em.

Ale ja nie mówię, że nie warto o nim pamiętać, tylko że według mnie on nie miał poczucia humoru oraz dystansu do samego siebie, a to jest różnica. Stefan miał wysoką rangę intelektualną. Pracowałam w jego redakcji kilka lat, byłam też jego asystentką na seminarium z filozofii sztuki, które prowadził w latach 80. Było dość niesformalizowane, chodziły tam różne osoby spoza instytutu, jak Wojtek Cesarski, który do stanu wojennego był w redakcji pisma „Sztuka”, a z którym się w latach 80. zaprzyjaźniłam, wciągnęłam do pracy w Fundacji Egit. Otóż te seminaria bardzo dużo mi dawały. Byłam na czasie z wieloma lekturami, poznawałam bieżące nurty intelektualne. I generalnie bardzo tego Stefana lubiłam i doceniałam, tylko nie umiałam się z nim zgodzić.

Kiedy byłaś na uniwersytecie, wykładali tam Elżbieta Grabska i Andrzej Jakimowicz, ludzie w latach 50. mocno zaangażowani w komunizm.

Ależ ja nie wiedziałam, że Elżbieta Grabska jest w partii! To była kobieta o płomiennym spojrzeniu, która mówiła nam o Munchu, o seksualizmie, snuła rozważania na temat Apollinaire’a i teorii kubizmu. Prowadziła wyzwolone proseminarium, najciekawsze zajęcia, jakie miałam na studiach. Jej historię poznałam później, kiedy się zaprzyjaźniłyśmy. Opowiedziała mi, jakim skandalem było to, że wstąpiła do partii. Jej rodzina wyrywała sobie włosy z głowy. Pochodziła z sanacyjnego środowiska, jej dziadkiem był Władysław Grabski. Związała się w Olkiem Wallisem, który był zaczadzony komunizmem. Kiedy brali ślub, nikomu o tym nie powiedzieli. Nie wiedziałam też, że Andrzej Jakimowicz był w partii. Dopiero, kiedy konsultował moją pracę magisterską, wyznał nagle: – Jestem partyjniakiem.

Dlaczego akurat tobie się przyznał?

Widocznie czuł taką potrzebę. Dlaczego pod koniec życia zajął się sztuką Indii i Malczewskim? Ucieczka. Nie wytrzymał. Kiedy mi to powiedział, nie posiadałam się ze zdziwienia. Ale powiem ci tak: w pewnym momencie odkryłam, że ci, którzy na uniwersytecie byli ciekawi i mieli zadziorny umysł, byli w taki czy inny sposób umoczeni w lewicową ideologię. Bezpartyjna większość wyglądała na tym tle poprawnie, ale bezbarwnie. Może poza profesorem Michałem Walickim, mediewistą – ale w moich czasach on już był bardzo schorowany po stalinowskich więzieniach; umarł w 1966 roku.

Na uniwersytecie uczył też Juliusz Starzyński, wcześniej główny ideolog socrealizmu w Polsce. Były w tym, co robił jakieś elementy marksizmu?

Na seminariach Juliusza Starzyńskiego każdy mógł sobie brać tematy, jakie chciał, a on sam pisał rozprawę o romantycznej syntezie sztuk: Chopin–Baudelaire–Delacroix. Na egzaminie magisterskim pytał mnie o Cézanne’a i Kandinskiego. Gdzie tu widzisz marksizm?

Drażnią cię te pytania?

Ja należę do pokolenia, w którym się o marksizmie nie mówiło i nie pisało. Marks był przekleństwem pokolenia wstecz, oni rzygali Manifestem komunistycznym, a ja to przekleństwo odziedziczyłam. Mnie się go nawet czytać nie chciało, odrzucał mnie z definicji, ponieważ nazywał się Marks. Oczywiście, że go przerobiłam, bo wszyscy musieliśmy go przerobić, ale to było tylko kolejne nazwisko w szeregu, po Kancie, Feuerbachu, Heglu, a przed Bergsonem i Freudem. Na ekonomii politycznej uczyłam się o wartości dodanej, wtedy mówiło się „wartość dodatkowa”. Zarabiałam pisaniem prac seminaryjnych z modelu Kaleckiego. Przychodziło zamówienie, anonimowe, pisałam, kasowałam pieniądz i szłam sobie kupić szpilki na Chmielną. Podsumowując – udało mi się przeżyć życie bez Marksa.

Starzyński w stalinowskim okresie przejął centra dowodzenia. Prowadził Państwowy Instytut Sztuki, włączony do PAN, Instytut Historii Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, organizował socrealistyczne Ogólnopolskie Wystawy Plastyki. Żaden kongres, wystawa, jury, nie mogły się bez niego odbyć. Co to była za postać?

Moim zdaniem wstąpił do PZPR na zimno, żeby ocalać substancję. W Instytucie Sztuki PAN tak manewrował, żeby dać pracę dysydentom wyrzuconym z uczelni, takim jak Zbigniew Raszewski, którego zatrudnił w najgorszym stalinowskim okresie. Instytut to była przechowalnia ludzi, którzy z przyczyn politycznych nie znaleźli pracy w dydaktyce. Niemal cała Polska Akademia Nauk składała się właśnie z tych, którzy nie rokowali jako nauczyciele akademiccy, bo byli podejrzewani, że zaczną zaszczepiać nieprawomyślność wśród młodzieży. Więc w instytutach badawczych typu IBL, IFIS, ale także w Instytucie Sztuki mogli sobie uprawiać te swoje poletka, gromadzić wiedzę uznawaną przez władze za zbyteczną. Książek im nie wydawano albo wychodziły w mizernych nakładach. Starzyński reprezentował, wbrew wszystkiemu, co się o nim mówi, pewien rodzaj racji obywatelskiej. Kierowało nim przekonanie, że liczy się szersze dobro niż to osobiste. Był państwowcem i w jakiś sposób lojalistą, ale starał się przemycać wartości. W młodości był w wileńskiej Reducie. Zrobił karierę już w latach 30., współtworzył w Warszawie Instytut Propagandy Sztuki, jeździł po świecie, miał pozycję. Miał piękną kartę pobytu w oflagu, gdzie siedzieli razem z Leonem Schillerem i planowali, jak to będzie w Polsce wspaniale, kiedy skończy się wojna. A potem było, jak było. I teraz albo można się obrazić na rzeczywistość albo próbować coś ratować.

Kiedy w 1937 roku powstawał OZN, Instytut Propagandy Sztuki, którego Starzyński był dyrektorem, zgłosił poparcie dla tego prawicowego ugrupowania.

Nie widzę tu sprzeczności. Skończyła się wojna i wstąpił do partii. Są ludzie, którzy potrzebują ram organizacyjnych. Bo wolność człowieka przeraża. Nie masz wskazówek jak żyć. Na przykład Michał Jagiełło, z którym pracowałam w Ministerstwie Kultury, jak w latach 80. wystąpił z PZPR to od razu trafił do jezuitów. Tam też jest struktura i hierarchia. Koledzy związani z „Przeglądem Powszechnym” opowiadali, że odbierał w redakcji telefony mówiąc z powagą: – Ojcowie jezuici.

Widziałam w Zachęcie dokumenty wystawy z okazji olimpiady w 1936 roku. Był konkurs na rzeźbę o sporcie, który wygrał Natan Rapaport. Ale pierwsza nagroda wiązała się z tym, że praca pojedzie do Berlina. Rapaport się wycofał. Jury odebrało mu tę nagrodę. Jest tam także podpis Starzyńskiego.

To potwierdza to, co mówiłam: był państwowcem. I nie dziwi mnie jego ewolucja w stronę realizmu socjalistycznego. To, co przed wojną pokazywano na wystawach w Instytucie Propagandy Sztuki, to była sztuka klasycznej formy, harmonijna, realistyczna, ale było też dużo tego, co kiedyś określiłam jako „narodowy modernizm”. Czy to jest takie dalekie od socrealizmu?

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

TytułRottenberg. Już trudno. Rozmawia Dorota Jarecka
WydawnictwoKrytyka Polityczna
Data i miejsce wydania2014, Warszawa
Strona internetowakrytykapolityczna.pl
Indeks

Zobacz też