18.09.2018

„Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu” Izabeli Łęskiej w Galerii Sztuki im. Jana Tarasina

Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
„Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu” Izabeli Łęskiej w Galerii Sztuki im. Jana Tarasina
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy

Solowa wystawa Izabeli Łęskiej w Galerii Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu rozgrywa się na dwóch poziomach. Pierwszy z nich, bardziej pierwotny i niczym niezapośredniczony, to działanie na zmysły widza. Zaaranżowane jak scenografia prace wschodzą z nim w fizyczną interakcje, każą śledzić, pozorny lub rzeczywisty, ruch drobnych detali, z których utkana jest wystawa. Będąc już w środku, widz zaczyna powoli odczytywać ukryte przed niewprawnym okiem narracyjne niuanse, a przypadkowe pozornie wątki składają się w zaskakującą całość.

Michał Suchora

W Macondo deszcz padał bez przerwy już 6 tydzień. Ulice miasta zamieniły się w potoki mętnej brunatnej wody, niosącej ze sobą dobytek kwitnącego jeszcze do niedawna miasta. W tworzących się na placach i skrzyżowaniach dróg wirach wodnych tańczyły krzesła, gałęzie i trupy zwierząt gospodarskich. Woda, sięgająca w niektórych częściach miasta pierwszego piętra, wymywała z gwarnych niegdyś wnętrz domów resztki ich dawnej świetności. Nieliczni mieszkańcy Macondo, prapraprawnukowie pierwszych osadników, skoligaconych z tymi, którzy przybyli tu podczas bananowej gorączki, bezradnie przyglądali się, jak stopniowo wzrastający poziom wody zamienia ich miasto w wielkie rozlewisko.

Miejsce, śpiewających kiedyś w wielkich wolierach, kanarków i dzikich ptaków, wijących gniazda w koronach migdałowców, zajęły czaple, kaczki i kormorany. Ich tępo brzmiące krzyki były jedynym, poza monotonnym szumem deszczu, odgłosem, jaki dało się słyszeć w tym czasie w Macondo. Poza tym wokół panowała smutna cisza.

Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy

Aureliano już wiele tygodni temu przeniósł się na pierwsze piętro swego rodzinnego domu. Choć gniazdo rodu Buendiów znajdowało się wyżej niż większość okolicznych domów, to i tak jego parter przypominał teraz rzymskie podziemne zbiorniki wodne, a nie paradne pokoje jednego z najznamienitszych rodów z Macondo.  Jako że wokół coraz mniej było niezalanej ulewą ziemi, do domu sprowadziła się wielka ilość jaszczurek, ropuch i ślimaków. Te ostatnie zaanektowały ściany wszystkich pomieszczeń, od kuchni po sypialnie. Aureliano godzinami wpatrywał się w pozostawione na wypłowiałych, kwiatowych tapetach dawnej sypialni Urszuli lśniące ślady śluzu. Tworzyły one błyszczącą arabeskę codziennie zmieniającą swój kształt. Aurelianowi te podróże po pionowych powierzchniach domu wydawały się tym dziwniejsze, że w całym domu nie zostało już nic, czym ślimaki mogłyby się pożywić.  Zastanawiał się, jak nietrwałe szlaki stawały się trwałą pamiątką po desperackiej, skazanej na niechybną porażkę, próbie przetrwania.

Przeniósłszy na wyższą kondygnację niewielką, potrzebną mu do skromnej egzystencji, ilość przedmiotów, Aureliano spędzał dni na próbie spisania losów rodzinnych. Niestety, nie było już na świecie Urszuli, która na wyrywki znała wszelkie, najdrobniejsze nawet szczegóły z życia każdego z członków tego znaczącego niegdyś i szanowanego w całej okolicy rodu. Próbując odnaleźć się w gąszczu imion, nazwisk, pseudonimów, wzajemnych koligacji (tych rzeczywistych, jak i domniemanych), Aureliano opracował system etykiet. Ręcznie wypisywał imię każdego ze swoich przodków na małej kartce papieru, a następnie wieszał ją pod sufitem. Tak rozrastająca się cały czas, wirująca na wietrze struktura miała pomóc mu w zrozumieniu geometrii swego drzewa genealogicznego. Nikt poza Aurelianem nie byłby w stanie odnaleźć wewnętrznej logiki tej pajęczej sieci zastawionej na powracające co jakiś czas w jego umyśle wspomnienia. Ta dziwna, ażurowa forma zajmowała już właściwie cały pokój i zaczęła powoli anektować także przylegający do niego korytarz. Kto nigdy nie spotkał żadnego z członków rodu Buendia, ten nie miał szans rozeznać się w gmatwaninie powtarzających się imion Aurelio i Aureliano. Zawieszone na wysokości wzroku mężczyzny średniego wzrostu białe etykietki wyglądały jak spławiki zarzuconych na wspomnienia wędek, jak lepy na ćmy, które w pyle swoich skrzydełek przechowywały okruchy wspomnień.

Im bardziej Aureliano wytężał umysł, by z zakamarków pamięci wygrzebać wspomnienia pozwalające na stworzenie jakiejś logicznej, wewnętrznie spójnej narracji na temat losów swych przodków, tym bardziej zagubiony czuł się w swym domu. Ostatni z rodu miał dziwne przeczucie, że w miarę zdobywania nowych przyczółków na mapie pamięci wojska jego umysłu oddają terytoria dnia dzisiejszego wrogim zastępom zapomnienia. Niezniechęcony tym faktem Aureliano postanowił, jak kiedyś jego zainfekowani chorobą niepamięci krewni, opisać wszystko, co go otaczało – na oknie zawisła więc fiszka z adnotacją „okno” i wyjaśnieniem, do czego ów przedmiot służy. Takie same opisy znalazły się na lampie, łóżku, dzbanie na wodę, a nawet jedynej parze butów. Dla pewności Aureliano opisał także części własnego ciała, a w ostatnim notesie zaczął spisywać dziennik, który każdego dnia z zapisu danej chwili przechodził pod władanie przeszłości. Kiedy w domu skończył się papier, a wirujące na wietrze drzewo genealogiczne wydawało się stać już na solidnych korzeniach, ostatni z rodu zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie odczytać ani jednego z zapisanych własnoręcznie słów. To, co jeszcze przed chwilą miało być przewodnikiem po zagmatwanych losach rodziny, stało się bezużytecznym, nic nieznaczącym ciągiem liter. W pewnym momencie nawet ich kształt odkleił się od dźwięku, do którego kiedyś odsyłały. Aureliano, w desperackiej próbie przyporządkowania brzmienia do szlaczka słów wyginał wargi i język, wydając przy tym odgłosy, które nijak nie przypominały mu mowy ludzkiej. Nie mając wokół siebie nikogo, kto mógłby zweryfikować trafność jego fonetycznych poszukiwań (jedynymi jego współlokatorami były teraz błąkające się bez celu po ścianach ślimaki), Aureliano zaczął rozglądać się za inną barykadą, dzięki której mógłby się bronić przed niepamięcią. Przeszukując pokój Urszuli, zajrzał pod łóżko, którego funkcja już wtedy niewiele mu mówiła. Znalazł tam dziesiątki kłębków włóczki, z których onegdaj jego praprapraprababka wytwarzała serwety, poszewki na poduszki i części garderoby dla kolejnych pokoleń Buendiów. Aureliano, po przodkach o imieniu Aureliano uzdolnionych manualnie, poczuł, że w dotyku i kształtach otaczających go przedmiotów tli się jeszcze iskierka nadziei na zrekonstruowanie ich sensu istnienia. Chwycił pierwszy z brzegu (skąd miał wiedzieć, że była to ulubiona, cynowa konewka Urszuli!) i zaczął nerwowo obracać w dłoniach. Ani kształt konewki, ani jej  temperatura, ani chropowata faktura nic mu nie mówiły. To samo badanie powtórzył z krzesłem i nocnikiem. Nic! Aureliano nie pamiętał niczego! Wściekły na swój los postanowił zakryć przed własnym wzrokiem cały otaczający go świat, zamazać jego zarysy i barwy, tak jakby ten ontologiczny reset miał przywrócić mu utracone wspomnienia i znajomość rzeczy. Wziął do ręki konewkę i zaczął ją powoli owijać szarą nicią spod łóżka Urszuli. Przedmiot, a następnie wszystkie inne znajdujące się jeszcze w domu sprzęty powoli znikały pod misternym kożuchem. Aureliano nie spieszył się, był dokładny i precyzyjny, jak kiedyś jego przodkowie wyrabiający kunsztowne złote rybki. Wiedział, że w jego przypadku pośpiech na nic się zda. Pamięć wróci we właściwym momencie. Miał na to nawet i sto samotnych lat. Kiedy owinął włóczką fotel, w którym pracował, usiadł w nim wygodnie, splótł ramiona na piersi. Czekał…

Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy
Izabela Łęska, „Zakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu”, widok wystawy

Izabela Łęska – ur. 1989, artystka wizualna, doktorantka na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Absolwentka grafiki warsztatowej na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach (dyplom z wyróżnieniem w 2013). Studiowała również w École Supérieure d’Art de Clermont Metropole (Clermont-Ferrand, Francja). Brała udział w wielu projektach i wystawach w kraju i za granicą (imMoblized, Paryż/Jeune Création Européenne, Paryż/Usb Shuffle Show, Berlin/Passion For Freedom, Londyn). Rezydentka Institut für Alles Mögliche w Berlinie oraz Centre Culturel Le Beffroi w Paryżu. Finalistka Artystycznej Podroży Hestii 2013. Zajmuje się grafiką, obiektami oraz tekstem. Mieszka w Krakowie.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaIzabela Łęska
WystawaZakręt zawiłych linii już zrealizowanego planu
MiejsceGaleria Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu
Czas trwania7–29.09.2018
KuratorMichał Suchora
FotografieJakub Seydak
Strona internetowatarasin.pl
Indeks

Zobacz też