15.12.2016

Wróble ćwierkają po grecku*

Redakcja
Wróble ćwierkają po grecku*

„Ludzie nie powinni ścinać drzew. Bóg istnieje. (Takie myśli zapisywał zawsze na odwrocie kopert.) Trzeba zmienić świat. Nikt nie zabija z nienawiści. Wyjaw to ludziom (zapisał). Czekał, nasłuchiwał. Wróbel przysiadł tuż przed nim na sztachetach i zaświergotał: Septimus, Septimus, cztery czy pięć razy, a potem, przeciągając nuty, śpiewał głosem świeżym i donośnym, po grecku, śpiewał, że nie ma na świecie zbrodni; po chwili przyłączył się do niego drugi wróbel i teraz razem śpiewały głosami świeżymi i donośnymi, po grecku, z gęstwiny drzew na łące życia, po drugiej stronie rzeki, gdzie przechadzają się umarli – śpiewały, że śmierć nie istnieje”**.

Zachodniej eschatologii Jacob Taubes, pisał o miejscach, w których nikt nie działa, a mimo to wszystko się wydarza. O miejscach, w których to nie Bóg słyszy krzyki, ale to one dobiegają Boga, i gdzie to nie on wyrokuje, a mimo wszystko te wyroki zapadają. O absolutnej bierności. O apokalipsie.

Niedaleko Aten, a może jeszcze w Atenach, jest takie lotnisko, na którym samoloty od blisko szesnastu lat już nie lądują, a gdzie wciąż czekają na nie podróżni. Niewidzialna przestrzeń. Na wpół legalny obóz zamieszkiwany przez blisko pięć tysięcy uchodźców. Z Syrii, Iraku, Afganistanu. W hali odlotów tablice, niczym zatrzymane w czasie, bez końca obwieszczają boarding samolotów do Paryża, Berlina, Warszawy. Morze namiotów, prowizoryczne pokoje z koców.

Całość przypomina trochę scenerię post-apokaliptycznego filmu. Oczekiwanie na cudowną arkę w niczym u Szulkina, czy wizję społeczeństwa zmuszonego od lat żyć w gigantycznym korku na wielopoziomowej autostradzie, jak w jednym z odcinków „Doktora Who”.

Są takie momenty, zwykle w obliczu katastrofy, w których wszystko to, co wiemy, w których wszystko to, w co wierzymy i kim jesteśmy, pozwala się zobaczyć tylko jako odbicie w krzywym zwierciadle.  I są momenty, w których, bez względu na to ile masz lat, dajesz się porwać młodzieńczym impulsom, marzeniu o tym, że zmienisz świat. Może tylko tutaj. Może tylko na chwilę. Nawet w mikroskali.

Ta historia zaczyna się rok temu. Jest wystawa o polityczności i jest myśl, by wszystko zmienić, przeformułować w imię wstrząsającego Europą kryzysu migracyjnego i pogłębiających się granic, na mapach politycznych i mentalnych, dzielących Wschód i Zachód. Globalną Północ i Globalne Południe. Zapraszasz na rezydencję artystów z krajów arabskich i muzułmańskich, z państw dotkniętych konfliktami zbrojnymi, bez nadziei, że system im na to pozwoli. Paradoksalnie okazuje się, że łatwiej niż samych artystów, jest sprowadzić ich prace. Ale nie pokazujesz prac, bo przecież chodzi o rozmowę. I nieświadomie stajesz się ich sygnatariuszem. Opowiadasz o nich, a każdą z tych opowieści nagrywasz i wysyłasz nagrania dalej. Prosisz polskich artystów o odpowiedzi, kopie i konfrontacje. To jeszcze nie dialog, ale symboliczna wymiana. Szkatułkowa konstrukcja, która nie przestaje narastać.

I wtedy porywasz się na coś szalonego. Nie bez wątpliwości. Postanawiasz zderzyć laboratoryjne rozmowy z realnością i jechać na spotkanie z ludźmi, o których wszyscy słyszeli, a których widzieli nieliczni. Chociaż wiesz dobrze, że nie masz im wiele do zaoferowania. Nie rozdajesz pieniędzy i nie przynosisz pracy. Możesz tylko zorganizować wystawę, albo spotkania ze sztuką. I mówić językiem, który znasz.

Co jest złego w tej amatorskości, kiedy do wyboru masz tylko zło i mniejsze zło? Skoro tak jak u Kafki, cała wspólnota zbiera się by asystować w momencie kiedy potężny autobus najeżdża, na słabą taksówkę, ale nikt już pamięta, że permanentne deja vu jest deja vu wszystkich?

I pewnie jest to trochę absurdalne. Trąci naiwnością. Kolażem kolonialnych, ale i demokratycznych praktyk. Jest nawet nie namiastką, ale metaforą przemocy symbolicznej. Nie będziemy przecież udawać, że jej nie ma. Tyle tylko, że czasem nie ma nic złego w byciu sadystą. Bo, by sięgnąć po klasyka, z dwóch ludzi, normalnego, który zamyka sadystę w ślepej uliczce, i sadysty czyniącego sobie z tej uliczki jakieś wyjście, ten drugi o wiele lepiej zna prawdę i logikę swojej sytuacji i rozumie ją o wiele głębiej – tak głęboko, że potrafi pomóc człowiekowi normalnemu w zrozumieniu samego siebie, ponieważ pomaga mu zmodyfikować warunki wszelkiego zrozumienia.

Najciekawsze nigdy nie jest to, co Ty masz do powiedzenia, ale to co powiedzą Tobie. A równie ważne, jak to co zostanie wypowiedziane, jest to, co w tym samym momencie przemilczasz.

O tym, co tak naprawdę wydarzyło się w Atenach i co pozostało po tych sytuacjach opowiadać  będziemy na przełomie stycznia i lutego 2017 roku w Księgarni | Wystawie Fundacji Razem Pamoja w Krakowie. A na razie, proszę pozwólcie się nam wyspać. Bo nic tak nie odświeża jak sen.

Anna Batko i Kamil Kuitkowski

 

artyści: Bogusław Bachorczyk, Przemysław Branas, Agnieszka Brzeżańska, Rafał Bujnowski, Monika Drożyńska, Aneta Grzeszykowska, Marcin Janusz, Łukasz Jastrubczak, Katarzyna Kukuła, Agnieszka Lasota, Małgorzata Markiewicz, Bartek Materka, Dawid Misiorny, Jan Moszumański, Joanna Pawlik, Tomasz Prymon, Joanna Rajkowska, Marta Sala, Małgorzata Szymankiewicz, Xavery Deskur Wolski, Jakub Woynarowski

w symbolicznym dialogu z artystami: Ahemd Mater, Sadeh Raeda, Amar Abd Rabbo, Ashraf Fawakhry, Khaled Jarar, Mohamad -Said Baalbaki, Jawad Al Malhi, Mustafa Sabbagh, Diana Al-Hadid, Houmam Al Sayed, Sfwan Dahoul, Nihad Al Turk, Ahmet Ogut, Hrair Sarkissian, Tammam Azzam, Ammar Al-Beik, Khaled Takreti, Emily Jacir, Ahmed Al Safi, Amer Shomali, Hani Zurob, Mona Hatoum, Modhir Ahmed

kuratorzy: Anna Batko, Kamil Kuitkowski

współpraca: Martha Bouziour, Bartosz Przybył-Ołowski

dzięki pomocy i uprzejmości: Deyaa Orfali – współzałożycielki i nauczycielki w Hope School oraz Tereza Rozaki – menadżerki Liceum nr 9 w Atenach

 

*Wydarzenia w Atenach organizowane były między 09.12 a 12.12.2016 we współpracy z centrum kulturalnym Thrialida, Hope School w obozie dla uchodźców Skaramagas i ateńskim liceum nr 9. Tekst powyżej powstał przed wyjazdem i był jednym z wielu tekstów kuratorskich, jednak procesualność naszych działań, wciąż zmieniające się warunki i praca w konkretnych, ale wtedy nam jeszcze nieznanych, albo znanych tylko mgliście, kontekstach, spowodowały, ze upublicznianie naszych intencji wydawało się być czymś nie do końca prawdziwym, teoretyzowaniem, działaniem na wyrost. Pewne środowiska oskarżyły nas wręcz o faszyzm. I dlatego działania w Atenach pozbawione były tytułu i dłuższego opisu. Publikujemy je dopiero teraz, wracając z Aten, będąc jeszcze na lotnisku. Nie dlatego, że zmieniliśmy zdanie, stwierdziliśmy, że w pełni oddaje on sytuacje, ale dlatego że trudno nam wyobrazić sobie tekst oddawałby w pełni to, co się wydarzyło. Będąc o pierwszej w nocy na Balicach, świeżo po powrocie, możemy powiedzieć tylko tyle: udało nam się otworzyć wystawę i zorganizować szereg spotkań i warsztatów wokół prac, które powstały jako kontynuacja projektu: I would prefer not to. Ale się nie upieram. I że warsztaty w Atenach były sytuacją równoległą do wystawy, dialogiem między uczniami z dwóch różnych społeczności, spotkaniami, które prowadzili: Agnieszka Brzeżanska, Marcin Janusz i Bartek Materka.

 **Virginia Woolf, Pani Dalloway

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też