11.01.2022

„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ” Honoraty Mochalskiej w Galerii Entropia

„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ”, widok wystawy, fot. A. Rerak
„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ” Honoraty Mochalskiej w Galerii Entropia
„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ”, widok wystawy, fot. A. Rerak

Honorata Mochalska w 1999 r. ukończyła Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu na Wydziale Malarstwa. We współpracy z Andrzejem Błachutem – jej partnerem życiowym i artystycznym – tworzyła konceptualne instalacje, rzeźby, obiekty, fotografie, filmy i sztukę akcji. Wystawiała w kraju i za granicą. Zajmowała się projektowaniem scenografii i kostiumów teatralnych. Od dwóch dekad mieszka i pracuje w Warszawie.

W 2005 roku zarysowała pierwsze zeszyty. W kolejnych latach stopniowo porzucała sztukę multidyscyplinarną na rzecz rysunku, uznając tę podstawową technikę za najważniejszą i zupełnie wystarczającą.

Rysuje w zeszytach o różnych formatach, na różnych papierach, wciąż poszukując idealnego podkładu. Intrygujący świat wykreowany w kolejnych zeszytach po raz pierwszy ujawnia się na wystawie w Galerii Entropia, do której po dwóch wystawach zrealizowanych w latach 90. w tandemie z Andrzejem Błachutem oraz po wystawie w roku 2001 z zaprzyjaźnionymi artystami Karoliną Rodanowicz i Sebastianem Pańczykiem, powraca z ekspozycją solo.

„Cały ten czas tylko z rysunkiem nie miał jeszcze swojej publicznej odsłony. Czuję trudność w pokazaniu zeszytu poza warunkami domowymi. Każdy sposób o jakim pomyślałam wydaje się niepełny. Mimo to decyduję się na opróżnienie szuflad i pokazanie pewnych fragmentów. Będzie to tylko próba, tak jak za każdym razem, kiedy klęczę z zeszytem i ołówkiem w ręku na parkiecie”.

„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ”, widok wystawy, fot. A. Rerak
„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ”, widok wystawy, fot. A. Rerak

Wystawa składa się z kilkunastu prac z lat 2017-2019 – wyrwanych z zeszytów, oprawionych i eksponowanych na ścianach większej sali galerii oraz z kameralnej, funkcjonującej w sali mniejszej, instalacji zawierającej zeszyty i szkicowniki rozłożone na blacie i w szufladzie warszawskiego stołu autorki. Zwłaszcza ta kameralna część wystawy daje możliwość wglądu w prywatność autorki i wręcz intymnego kontaktu z jej warsztatem. Stronice zeszytów odsłaniają przed oczami oglądającego zarówno kompozycje uznane przez Honoratę za udane i skończone, jak i szkice nieudane, a jednak obiecujące odkrycie czegoś nowego, rozkładówki z odbitymi rysunkami, kartki z przypadkowymi naddarciami włączonymi w strukturę wizualną, przetarcia, odciski… – pełna gama wymyślonych przez Maxa Ernsta technik wprzęgających przypadek do powstającego obrazu.

Z inicjatywy kuratora stronice są przewracane, zatem konfiguracje otwartych stron zmieniają się w kolejnych odsłonach. Sprawia to, że poliptyk pięciu zeszytów instalacji funkcjonuje podobnie jak projekcja wielokanałowa.

Prace Honoraty, mimo niewielkiego (zbliżonego do formatu A4) rozmiaru, mają moc przyciągania uwagi już na etapie ogólnego oglądu wystawy. Intrygują i niepokoją swoją surową, zdecydowaną i – śmiało można rzec – „nieokrzesaną” formą operującą ekspresyjnymi plamami czerni i liniami wydobywającymi zaskakujące elementy rysunku. W bliższym oglądzie – niczym palimpsest – ujawniają coraz to inne warstwy i faktury – ołówkowe bazgroły blikujące na ciemnych, półprzezroczystych aplach, wybrzuszenia papieru, z których wyzierają rozmyte kształty, szkice postaci grzęznące w plątaninie kresek. To mamy naocznie dane. Pojawia się jednak pytanie o „to, co jest”. Czy tym, „co jest”, są rysunki Honoraty? Czy też tym, „co jest”, są ich przedstawienia. No właśnie…

Stoimy przed rysunkami. Czy niosą jakiś przekaz? Czy coś komunikują poza tym, że są? Możliwe, że komunikują nam stany emocjonalne autorki, przelotne i po krótkim czasie nieczytelne już dla niej samej, a jednak uobecnione i trwające w śladach – kreskach, liniach, plamach i zadrapaniach niepokojących zapisów graficznych. Parafrazując (na opak) najsłynniejszą, ostatnią tezę Traktatu Wittgensteina („O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”): tytułowe „coś, czego nie można sobie przypomnieć”, trzeba próbować narysować. Na stronicach zeszytów Honoraty to „coś” obdarzane jest formą wizualności, jakkolwiek zamazanej, poplamionej, rozmytej, enigmatycznej, niepojętej, nieczytelnej, niezrozumiałej… To „coś” wyziera, przebija się i prześwieca spod szeroko rozlanych połaci czerni, pomiędzy gmatwaniną linii, obok zaczątków i fragmentów szkiców postaci. Teza Wittgensteina przez wielu została przyjęta jako kapitulacja wobec ambicji stworzenia spójnej teorii bytu i jako negacja wszelkich form filozofii. Mochalska niewątpliwie daleka jest od przypisywania swoim rysunkom jakiejkolwiek teorii bytu, a w każdym razie uchyla się od mówienia o tym. Uważa, że jej kompozycje są „wypadkową brudów z głowy”. Milczy na temat ich znaczenia i rysuje dalej.

„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ”, widok wystawy, fot. A. Rerak
„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ”, widok wystawy, fot. A. Rerak
„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ”, widok wystawy, fot. A. Rerak
„TO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ”, widok wystawy, fot. A. Rerak

Motywem obecnym na większości jej rysunków jest postać ciemnowłosej, szczupłej dziewczynki, czy młodej kobiety, możliwe, że będącej alter-ego autorki. Postać dziewczyny-kobiety, bohaterki – jak wspomina Honorata – „ożyła” dla niej pod wpływem Henry’ego Dargera – odkrytego po śmierci artystycznego samouka, introwertyka i outsidera, którego prace miała okazję zobaczyć na wystawie w CSW Zamek Ujazdowski w 2005 roku. Wystawa podziałała na nią jak „fala uderzeniowa”, a jej skutki zapewne nadal ujawniają się na stronicach kolejnych zeszytów Honoraty. Darger w setkach swoich epickich akwarel ukazywał androginiczne dziewczynki w rozmaitych sytuacjach – od sielskich po batalistyczne, a także jako poddane makabrycznym, cielesnym torturom. Akwarele tworzył z pomocą techniki kolażu przekalkowując postaci z bajek dla dzieci, gazet, komiksów, książek anatomicznych i układając z nich olbrzymie, panoramiczne, tłumnie zaludnione kompozycje. W kameralnej przestrzeni zeszytu dziewczynka-kobieta często pojawia się solo, fragmentarycznie, w postaci zmutowanej, zmultiplikowanej, czy wreszcie jako hybryda. Elementy dziewczęcej postaci stanowią początek czy punkt wyjścia dla kompozycji całości nawarstwiającej się chaotycznie, niezwykle ekspresyjnie i zagadkowo. Honorata nie ukrywa, że inspirację do dekomponowania i komponowania członków dziewczyńskiego ciała stanowiła dla niej seria „Lalek” Hansa Bellmera traktująca ledwo co dojrzałe ciało kobiece jako materiał do dekonstrukcji i ponownego, swobodnego zestawiania/montażu fragmentów w nowej, zmutowanej całości. Tyle, że rysunki Honoraty nie zdążają do zespolenia fragmentów w nowym, monolitycznym układzie, a raczej do ich rozproszenia w polu ekspresyjnej kompozycji dziejącej się w czasie. Wyraźna jest też dążność do wprawienia jej w ruch. Występujące w ilościach kilkukrotnie przewyższających ilość głów, zmultiplikowane, wszędobylskie w jej rysunkach nogi o zazwyczaj wyraźnie zaznaczonych przegubach/kolanach nieodparcie kojarzą się z animacją – zarówno teatralną (lalkową) jak i filmową. Nawiązują do ruchu i ruch sugerują w postaci wizualizacji ciągów jego kolejnych faz. I tak wywalenie jęzora przez jakąś postać skutkuje rysunkiem monstrualnego sznura jęzorów. Kompozycje rysunkowe często zdają się zawierać w sobie różne momenty czasowe przedstawianych sytuacji, nie układając się przy tym w ciągi narracyjne.

Pełne dzikiej ekspresji i ruchu rysowanie Honoraty zmierza w jakimś kierunku – jak się zdaje zmierza pod prąd jakichkolwiek reguł, ku źródłom rysunku, ku niewiedzy, dokąd zaprowadzi linia kreślona przez ołówek, co wyłoni się spod plamy czerni, jaka głowa zwieńczy gąsienicowaty odwłok… O kierunku pod prąd i jakby wstecz świadczą również miejsca, w których jakoby niezaakceptowany fragment kompozycji zostaje zatarty, zamaskowany czarną plamą czy doszczętnie zarysowany. Przywodzi to na myśl strategię stosowaną podczas rysowania przez dzieci, z tym jednak, że u tej autorki plamy maskujące pewne partie rysunku jednocześnie stanowią jego integralne elementy, należą do kompozycji. W zeszytach Honoraty oprócz jej autorskich szkiców postaci ludzkich, zwierzęcych czy hybrydalnych oraz rozpętanych intencjonalnie i z wielkim wyczuciem formy „dorosłych” bazgrołów, można tu i ówdzie natknąć się na drobne wrzutki i ingerencje rysunkowe jej własnego synka: zwierzątka, grzybki, części ludzkiego ciała. Zapewne co do wielu z nich można popełnić błąd przy określaniu ich autorstwa. Wszystkie zostały zintegrowane z całością. Chyba jest to zbędne dodawać, że Honoratę fascynuje twórczość dziecięca.

To tylko kilka odniesień, które nasuwają się podczas oglądania prac. U każdego widza uruchomią one zapewne inny ciąg asocjacji.

Wystawa odsłania niezwykły potencjał i możliwości artystki. Mamy do czynienia z talentem, osobowością, wyobraźnią, które wymykają się formatowaniu i wnoszą do świata sztuki wrażliwość poszerzającą (słowami André Bretona) „pola dowolności bezpośredniej”.

Cieszy nas, że artystka chciała te prace ujawnić po raz pierwszy właśnie w Galerii Entropia.

Alicja Jodko

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Artystka / ArtystaHonorata Mochnalska
WystawaTO CO JEST I TO CZEGO NIE MOŻNA SOBIE PRZYPOMNIEĆ
MiejsceGaleria Entropia, Wrocław
Czas trwania17.12.2021–14.01.2022
FotografieA. Rerak
Strona internetowawww.entropia.art.pl/view_news.php?id=657
Indeks

Zobacz też