02.10.2020

Rolnicy leczą polskie społeczeństwo z homofobii. Rozmowa z Danielem Rycharskim

Joanna Ruszczyk
fot. Marcin Limonowicz
Rolnicy leczą polskie społeczeństwo z homofobii. Rozmowa z Danielem Rycharskim
fot. Marcin Limonowicz
Pokazujemy, że podziały, które mamy w głowie, które kreują media i politycy na temat polskiego społeczeństwa są nieprawdziwe. Te podziały przebiegają inaczej. Projekt „Opieka rodzinna” jest krokiem w poprawie relacji. Gdyby się odbywał co roku, przez np. 10 lat, myślę, że byłaby bardzo duża zmiana.

Joanna Ruszczyk: Projekt Opieka rodzinna powstał jak na zamówienie, patrząc na wydarzenia ostatnich tygodni w Polsce. To twoja reakcja na propagowanie nienawiści wobec osób LGBT w sposób coraz bardziej systemowy?

Daniel Rycharski: Ten projekt był dużym eksperymentem i nowym sposobem pracy. Nie tak łatwo było znaleźć instytucję, organizację, muzeum, galerię, która będzie chciała go ze mną realizować. Dlatego dziękuję za pomoc przy jego realizacji Muzeum Sztuki Nowoczesnej, kuratorom: Tomkowi Fudali, Szymonowi Maliborskiemu, Natalii Sielewicz oraz Oli Nasiorowskiej. Było bardzo wiele niewiadomych.

Jakich niewiadomych?

Nie wiedziałem, czy uda się znaleźć rolników, którzy przyjmą do swoich gospodarstw osoby LGBT. Nie wiedziałem, czy znajdą się osoby LGBT, które nie będą się bały, szczególnie po ostatnich wydarzeniach. Co się stanie, gdy rolnicy się z nimi spotkają? Nie wiedziałem, czy te osoby będą się czuć bezpiecznie… Dużo wątpliwości i niepewności. Nad Opieką rodzinną zacząłem myśleć dużo wcześniej, po powrocie z Francji pod koniec 2019 roku. Byłem tam na stypendium, robiłem wystawę w Villa Arson. Agnieszka Żuk z Paryża poznała mnie ze środowiskiem doliny La Roya przy Nicei. To miejscowość w górach, w której uchodźcy próbują przejść z Włoch na stronę francuską i dzieją się im przykre rzeczy. Jest tam grupa Francuzów, która pomaga uchodźcom, pomimo że prawo francuskie niby nie zabrania pomocy, ale w praktyce za to karze. Nazywa się to przestępstwem solidarności. Liderem tej grupy jest Cedric Herrou, rolnik, który nie dość, że ratuje uchodźców w górach, to potem ich zatrudnia, szuka im zajęcia.

Zainspirował cię?

Byłem wtedy po wystawie Strachy, którą przygotowywałem z Szymonem Maliborskim w MSN. Była to dla mnie wystawa o umieraniu religijnej wersji chrześcijaństwa. Zacząłem szukać świeckiego chrześcijaństwa, ale okazało się, że Polska to nie jest dobre miejsce na takie poszukiwania. To, co robią ci ludzie we Francji, jest dla mnie spełnieniem idei takiego chrześcijaństwa. Braterstwa, solidarności, sprawiedliwości i poświęcenia dla drugiego człowieka. Wróciłem z Francji i pomyślałam, że chciałbym przenieść te idee, chrześcijaństwo oparte na praktyce pomocy drugiemu człowiekowi, na polską wieś. Pomógł mi Tomek Rakowski, antropolog i etnograf z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Podrzucił mi książkę Andrzeja Perzanowskiego Daremność i nadzieja, która opisuje praktykę psychiatryczną trwającą od lat 30. niemal do dziś w miejscowości Choroszcz pod Bydgoszczą. Znajdował się tam szpital psychiatryczny. Kiedy był przepełniony, spokojnych pacjentów oddawano w opiekę rodzinom wiejskim w różnych wsiach w okolicy. Szpital płacił za tę opiekę rolnikom. Dla tych osób to było wybawienie.

Nie chodziło mi o to, żeby budować skojarzenie i porównywać sytuację osób LGBT z opieką psychiatryczną, i to jeszcze sprzed stu lat. Chodziło o mechanizm, zasadę: osoby z miasta, które doświadczają różnych form dyskryminacji, pomagają rolnikom, którzy też są teraz z różnych powodów – ekonomicznych, społecznych – w tarapatach.

Kontakt z naturą, praca?

Opieka opierała się przede wszystkim na wspólnej pracy. Te osoby pomagały mieszkańcom wsi. Kiedy rolnictwo się zmechanizowało, kiedy nie potrzeba było już rąk do pracy, opieka rodzinna zaczęła zamierać. To było dla mnie inspiracją.

Pojawiły się oczywiście głosy krytyki, że porównujesz osoby LGBT z pacjentami psychiatrycznymi…

Nie chodziło mi o to, żeby budować skojarzenie i porównywać sytuację osób LGBT z opieką psychiatryczną, i to jeszcze sprzed stu lat. Chodziło o mechanizm, zasadę: osoby z miasta, które doświadczają różnych form dyskryminacji, pomagają rolnikom, którzy też są teraz z różnych powodów – ekonomicznych, społecznych – w tarapatach. Chciałem, żeby te dwie grupy wzajemnie sobie pomogły, a czas razem spędzony był formą ucieczki od homofobii, którą postrzegam jako społeczną chorobę.

Na czym ta wzajemna pomoc polegała?

Osoby LGBT wyjechały na tydzień na wieś do gospodarstw, gdzie opiekowali się nimi rolnicy rekrutowani do projektu. Dzięki pomocy finansowej Towarzystwa Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej udało się ten wyjazd zorganizować i zapłacić za działania.

fot. Maciej Kosęda
fot. Michał Matejko
fot. Alicja Nauman

Co to za pomoc, za którą trzeba płacić? Gdzie bezinteresowność?

Chciałem dowartościować pracę opiekuna. Jest wiele prac, które istnieją i są tak naprawdę niepotrzebne. Szczególnie teraz, w trakcie pandemii wiemy, że prace biurowe, w banku, w ubezpieczeniach i wiele innych nie są niezbędne. Bez nich świat trwa dalej. A bez pracy opiekunów świat się dla wielu kończy. Martyna Hadyńska, z którą pracowałem na Akademii Sztuki w Szczecinie, zrobiła na ten temat ciekawą pracę dyplomową. Zmiana nastawienia, dostrzeżenie, że opieka to nie tylko coś bezinteresownego, ale również konieczna i nierzadko ciężka praca też mieściła się w założeniach projektu.

Co było najtrudniejsze w projekcie? Jak się potoczył?

To było jeszcze przed ostatnią, największą nagonką na osoby LGBT, ale ona już trwała. Wiedziałem, że rodziny, które zaproszę do projektu, muszą być pewne, bezpieczne. Było wiadomo, że osoby LGBT nie będą nocować w tych gospodarstwach.

Dlaczego?

To mógłby być za duży krok do przodu – to jednak projekt rozłożony na etapy, wymaga czasu. Kluczowe było więc znalezienie gospodarstwa agroturystycznego, które przyjęłoby osoby LGBT, z którego rozjeżdżałyby się one po swoich gospodarstwach. Tak się składa, że w okolicy Sierpca znam od kilku lat rodzinę Renaty i Wojtka Wierzbickich. Rodzinę konserwatystów związanych z Kościołem. Mają gospodarstwo agroturystyczne, w którym organizują plenery malarskie. I mimo tego, że mamy czasem różne poglądy polityczne, Wojtek Wierzbicki zaprasza mnie na te plenery, wspólnie spędzamy czas i bardzo się lubimy. To dla mnie druga najważniejsza wieś po Kurówku, tam poznaję bardziej konserwatywną część polskiego społeczeństwa, z którą nawiązuję kontakt. Sztuka pełni rolę mostu, na którym się spotykamy.

Wciąż obcy kontekst. „Pomnik chłopa” Daniela Rycharskiego O "Pomniku chłopa" Daniela Rycharskiego pisze Weronika Plińska CZYTAJ!

Rozumiem, że nie rozmawiacie o polityce?

Niespecjalnie, skupiamy się na tym, co nas łączy, nie dzieli. Właśnie Renatę i Wojtka nieśmiało zapytałem, czy gotowi byliby na taki projekt. Początkowo mieli wątpliwości, ale ostatecznie się zgodzili. Pomyśleli, że może takie bezpośrednie spotkanie coś zmieni, bo oni nie mieli za bardzo kontaktów z osobami LGBT. Pomogli mi znaleźć gospodarstwa, które zgodziły się wejść w projekt.

Jak wyglądała „rekrutacja”?

Rozmawiałem z około 30 gospodarstwami. Jeździłem do tych ludzi osobiście i tłumaczyłem, że chodzi o współpracę z osobami homoseksualnymi z Warszawy, które, w uproszczeniu, nigdy nie widziały wsi. Ostatecznie zdecydowaliśmy z kuratorami MSN, że zaangażujemy tylko małe i średnie gospodarstwa, takie, dla których pieniądze, które możemy zapłacić, niosą jakąś różnicę i naprawdę mogą się przydać. Udało się znaleźć aż cztery takie gospodarstwa. Potem dwa zrezygnowały.

Dlaczego?

Nie z powodu poglądów. Były za małe. Obawiały się, że nie będą miały co zaproponować w ramach wspólnego spędzania czasu i pracy, bo nie mają żadnych zwierząt, nawet pola. Nie byłoby na czym opierać relacji.

Ile gospodarstw wzięło ostatecznie udział w projekcie?

Pięć. Z Chocznia, Dobaczewa, Kurówka, Dzięgielewa, Golejewa. Wszystkie ciekawe, choć bardzo różne. Trochę udało nam się pokazać różnorodny obraz polskiej wsi, nie jako scenografię seriali, ale w jej społecznym zróżnicowaniu.

Jaka jest ta polska wieś?

W tym momencie przechodzi ogromne przemiany.

fot. Marcin Limonowicz
fot. Marcin Osiecki
fot. Marcin Limonowicz

Jakie?

Społeczne, ekonomiczne, religijne. Poprzez dostęp do edukacji i informacji. Terlikowski napisał ciekawy tekst, że polska wieś się zmienia, a hierarchowie Kościoła tego nie zauważają. Że to nie jest już ta sama konserwatywna wieś sprzed 50 lat. Nie bez żalu dodaje, że wystarczy stworzyć dogodną sytuację, a jeszcze przekona się ona do odmienności i je zaakceptuje. Kończą się małe gospodarstwa rolne, które kiedyś tworzyły obraz tradycyjnej polskiej wsi. Jest ich coraz mniej. Rolnicy sprzedają zwierzęta, ziemię… Stają się bezrobotni. Ja właśnie do takich rolników kierowałem projekt.

Jak znalazłeś chętne osoby LGBT?

Na początku wydawało mi się, że to będzie najprostsze, bo mam tylu znajomych, ludzie mnie kojarzą… Ale trafiliśmy w moment kampanii prezydenckiej, która opierała się na prześladowaniu osób LGBT i ludziom z Warszawy na wieś wcale nie było śpieszno. Ale udało się. Zgłosili się Alicja, Dominika, Marcin, Maciek i Jacek.

Sytuacja dzisiaj jest tak trudna, że potrzeba nam różnych oddolnych i długotrwałych działań, bo nie ma raczej co liczyć, że systemowo coś się rozwiąże. Myślę, żeby przygotować drugą edycję w przyszłe wakacje i może spróbować zdobyć pieniądze z UE i zrobić to z fundacją, która zajmuje się kwestiami społecznymi na wsi.

Jak wyglądał ich tydzień na wsi?

Przyjechali na weekend. Pierwsze dwa dni były zapoznawcze. Na początku było drętwo, ale się szybko rozkręciło. Już po pierwszym dniu pracy zawiązała się relacja między nimi a rolnikami i z każdym dniem była silniejsza, aż do piątku, kiedy rolnicy mówili już wprost, że to „swoi” i przykro było się rozstawać. Np. Jacek w gospodarstwie w Choczniu miał dużo zwierząt – krowy, świnie. To miejsce pięknie położone nad rzeką. W podobnym gospodarstwie w Dzięgielewie był Maciek, którego nawet nauczono ręcznie doić krowy, jeździć na koniu i kosić zboże. W gospodarstwie u Pana Kazika, gdzie była Alicja, są tylko poletka upraw i trochę kurek. Pan Kazik ma motor i dużo jeździli razem po okolicy. Zabierał Alicję do rodziny, do miasta, na rynek, na zakupy. Ma adoptowaną córkę i Alicja spędzała z nią czas. Pan Kazik kupił nawet Alicji bluzkę. Każdego dnia rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło. Mieliśmy też uczestniczącą w projekcie psycholożkę, Justynę Nowak, która jest z Sierpca. Chcieliśmy mieć wsparcie specjalistki, gdyby ktoś się nie czuł komfortowo lub gdyby stało się coś nieprzyjemnego. Teraz ewaluujemy wspólnie z nią projekt. Mam wrażenie, że pomimo trudnego czasu mieliśmy szczęście trafiając na tych wszystkich ludzi. Esencję tego działania stanowiła praca emocjonalna i pomimo nieco wakacyjnej atmosfery wyjazdu, był to duży wysiłek – gotowość do rozmów, otwartość. W tym obszarze odbywała się również bardzo realna praca, za którą chciałbym im bardzo podziękować.

Efekty będzie można zobaczyć w październiku na wystawie w ramach festiwalu Warszawa w Budowie. Przygotowuję sztandar Opieki rodzinnej. Buduję skrzydła anioła z pługów, które orają ziemię. Fotografowaliśmy rolników na tle tych skrzydeł. Staram się wytworzyć nowy symbol rolnika – anioła stróża, który się opiekuje wykluczonymi. Na wystawie możemy też pokazać zdjęcia lub filmy.

Jakie były refleksje obu stron po wspólnym tygodniu?

W gospodarstwie, w którym był Jacek, pani Ewa myślała, że ją wkręcamy, że to nieprawda, że gości osobę LGBT. Dopiero po dwóch dniach się zorientowała. Powiedziała, że ona wychowuje dzieci tak, żeby były tolerancyjne i uważa, że taka osoba to normalny człowiek, taki sam jak każdy inny i nie można jej szykanować. Rolnicy mówili, że nie godzą się na to, jak są traktowane osoby LGBT i nawet jeśli głosują na PiS, to nie z powodów dyskryminacji LGBT. Była sytuacja, że bronili swoich gości, kiedy ktoś ze wsi się upił i ich obrażał. Kłócili się, dyskutowali z sąsiadami. Mówili, że poznali te osoby, że one u nich były. Część rolników wiedziała, co się dzieje na ulicach Warszawy, co się dzieje z Margot, pojawiały się opinie, że nie podobają im się działania aktywistów LGBT w Warszawie – obwieszanie pomników tęczowymi flagami czy ataki na furgonetkę. Znają przeważnie jednostronne relacje. Mój ojciec powiedział natomiast, że widzi w tym głupotę, żeby na jedną dziewczynę, co pomachała flagą, wysłać czterdziestu policjantów. To niepoważne i kompromitujące dla państwa. Rolnikom podobał się ten projekt, bo mogli poznać bezpośrednio te osoby. Zadeklarowali, że jak będzie miał kontynuację, to chętnie wezmą w nim udział raz jeszcze. Zgłosiły się też kolejne gospodarstwa.

Będzie kolejna edycja?

Sytuacja dzisiaj jest tak trudna, że potrzeba nam różnych oddolnych i długotrwałych działań, bo nie ma raczej co liczyć, że systemowo coś się rozwiąże. Myślę, żeby przygotować drugą edycję w przyszłe wakacje i może spróbować zdobyć pieniądze z UE i zrobić to z fundacją, która zajmuje się kwestiami społecznymi na wsi. Spełniło się moje marzenie i mam wrażenie, że część osób z Warszawy też marzyła o takim spotkaniu i to się właśnie wydarzyło. Ten projekt zakłada zszycie polskiego społeczeństwa. Stworzenie na chwilę nowej rodziny, w której rolnicy adoptują osoby LGBT. Pokazujemy, że podziały, które mamy w głowie, które kreują media i politycy na temat polskiego społeczeństwa są nieprawdziwe. Te podziały przebiegają inaczej. Ten projekt jest krokiem w poprawie relacji. Gdyby się odbywał co roku, przez np. 10 lat, myślę, że byłaby bardzo duża zmiana.

Jak więc te podziały przebiegają?

To mit, że wieś jest konserwatywna i nietolerancyjna. Na wsi są różni ludzie – bardziej liberalni, ale i konserwatywni. To było widać w tym projekcie. Ale nikt w relacji bezpośredniej nie pokazał niechęci, uprzedzenia, homofobii. Ja widzę ten podział w rozdzielaniu miasta i wsi. Nie przepracowaliśmy jako społeczeństwo wielu spraw, poczynając od zniesienia pańszczyzny czy kwestii żydowskiej. Jesteśmy podatni na to, żeby przemoc się powtarzała. Nie rozmawiamy. Zapominamy. Dlatego chciałem zrobić projekt oddolny, pozytywistyczny, a jednocześnie pozytywny. W jakimś sensie edukacyjny, bo jak się jedzie na wieś i chce porozmawiać na temat aktywizmu LGBT, to naprawdę nikt nie wie, co to znaczy binarny. Nie wszyscy wiedzą, co to znaczy homoseksualny czy trans. Mieszkańcy wsi słyszą to w telewizji, ale najczęściej w negatywnym kontekście. Nikt o tym nie mówi w szkole, w kościele, podczas politycznej debaty. Chciałem zrobić projekt, który będzie się opierał na spotkaniu, bliskości. Animacyjny. Mam wrażenie, że instytucje kultury powinny bardziej pójść w tę stronę: edukacji, animacji, kontaktu z prowincją, wsią.

Ten projekt to trochę jak terapia grupowa polskiego społeczeństwa, na którą trafiają ludzie z bardzo różnych środowisk.

Rolnicy leczą polskie społeczeństwo z homofobii i nienawiści. A osoby LGBT z kolei oswajają z takimi sytuacjami, jak nieznajomość, niewiedza, strach przed nowością. Leczymy i pomagamy sobie wzajemnie – bo ja też czuję się częścią tego projektu.

fot. Marcin Limonowicz
fot. Marcin Limonowicz
fot. Marcin Limonowicz

Trafiłam na tekst w „Świecie rolnika”, gdzie pan Szczepan Wójcik, hodowca norek na futra i Marek Miśko z Fundacji Polska Ziemia rozprawiali, jak „ideologia LGBT” szkodzi polskiemu rolnictwu.

Ten artykuł to jest jakaś totalna bzdura. Skomentowała go bardzo prężnie działająca grupa rolników-aktywistów Agrounia. To nowocześni rolnicy, którzy walczą z różnymi problemami tej grupy, głównie ekonomicznymi. Jak się idzie do sklepu i chce kupić cebulę, to jest na niej napisane, że jest z Polski, a poniżej „kraj produkcji: Portugalia”. Trudno kupić polskie produkty w polskich marketach. Agrounia wydała oświadczenie, że ten artykuł jest niepoważny, że to kolejna próba dzielenia polskiego społeczeństwa i że rolnicy się pod tym nie podpisują. Mam wrażenie, że nie ma wcale takiej nienawiści czy niechęci do osób LGBT, jak przedstawiają to media na życzenia polityków. Ludzie tutaj nie żyją tym podziałem na bycie za lub przeciw.

Jak się z tym czujesz?

Mam poczucie, że jestem mocno podłączony pod krwiobieg Polski. To, co robię, jest coraz bardziej i bardziej aktualne. Czuję się, jakbym był w samym centrum tego wszystkiego. Są gorsze momenty i są lepsze. Oczywiście jest coś takiego jak miękka homofobia, czyli homofobia ludzi łagodnych i dobrych, o której pisze Marcin Dzierżanowski. Ale tutaj – w powiecie sierpeckim, czy na wsi w Gorzewie, Kurówku, Zglenicach, Dzięgielewie, Choczniu – czuję się bezpieczniej niż w Warszawie.

„Godzina Szumu” w Radiu Kapitał: Waldemar Tatarczuk O lubelskiej wystawie-proteście przeciwko dyskryminacji osób LGBTQ+ z Waldemarem Tatarczukiem w audycji "Godzina Szumu" rozmawia Karolina Plinta CZYTAJ!

Wiele lat temu robiłam wywiad z Bartkiem Arobalem i powiedział, że w Warszawie się czuje bezpiecznie, a w innych miastach i miasteczkach już nie. To się zmieniło? Tyle lat minęło, a my wciąż rozmawiamy o bezpieczeństwie osób LGBT

Jest wiele osób w małych miejscowościach, które nie czują się bezpiecznie i uciekają do miast, bo tam jest im lepiej. Zdaję sobie z tego sprawę lepiej niż ktokolwiek. Zrobiłem pracę Krzyż o samobójstwie osób nastoletnich. Mnie to też dotyka, ale ja jestem w specyficznej sytuacji, bo jestem rozpoznawalny i szanowany za swoją pracę, nawet jeśli nie każdemu się podoba to co robię, jakie podejmuję tematy.

Sam nie mam już bliskiej relacji z Kościołem, ale wierzę ludziom, którzy mówią o oddolnej rewolucji. Że to oni będą ten Kościół zmieniać. Kiedy zbliżyłem się do grupy Wiara i Tęcza, a potem miałem kontakt z wieloma osobami stamtąd, dowiedziałem się, jak bardzo Kościół jest różnorodny. Polski i światowy.

Sztuka cię chroni?

Tak to działa tutaj, lokalnie. Oczywiście są sytuacje, że ktoś czegoś nie rozumie. Kiedy robiłem pracę Strachy, to część Kurówka tolerowała ten projekt, a druga, w tym ksiądz, nie rozumiała i atakowała go.

Miałeś etap, że bardzo zależało ci na relacjach z Kościołem.

Kiedyś byłem praktykującym katolikiem. Momentem zwrotnym było zetknięcie się z postacią niemieckiego pastora i teologa Dietricha Bonhoeffera, który został osobiście przez Hitlera skazany na śmierć za to, że brał udział w spisku na jego życie. On stworzył koncepcję bezreligijnego chrześcijaństwa. Staram się je praktykować. Ale Kościół katolicki dalej jest mi bardzo bliski. Ostatnio miałem przyjemność poznać dominikanina ojca Macieja Ziębę i bardzo bym chciał, żeby był konsultantem moich nowych projektów. Zwykle jest ksiądz, z którym współpracuję przy danym projekcie.

Po co?

Jestem mniej czy bardziej krytyczny wobec Kościoła, ale zależy mi na bliskim kontakcie. Kiedy pokazywałem pracę Krzyż w CSW Zamek Ujazdowski, pojawiły się zarzuty, że przynoszę religię, krzyż do galerii, a przecież Kościół się tak bardzo rozpycha w przestrzeni publicznej i prywatnej. To prawda, ale uważam, że bez dialogu będzie źle. Kościół katolicki nie zniknie na pstryknięcie palcami. Prowadzenie rozmów jest ważne. Większość Polaków deklaruje religijność.

Wciąż? Przyznam, że nie znam statystyk.

Tak, większość.

fot. Maciej Kosęda
fot. Maciej Kosęda

Zostałeś kilka razy odrzucony przez Kościół. Dużo w tobie pokory i cierpliwości wobec niego.

Sam nie mam już bliskiej relacji z Kościołem, ale wierzę ludziom, którzy mówią o oddolnej rewolucji. Że to oni będą ten Kościół zmieniać. Kiedy zbliżyłem się do grupy Wiara i Tęcza, a potem miałem kontakt z wieloma osobami stamtąd, dowiedziałem się, jak bardzo Kościół jest różnorodny. Polski i światowy.

Widziałeś film Sekielskich?

To są bardzo poważne problemy Kościoła. Dlatego robię prace krytyczne, żeby próbować rozmawiać o tych trudnych rzeczach.

Kościół do reformy?

To nie ja powinienem się zmienić, to Kościół powinien się zmienić.

Małymi krokami? Kropla drąży skałę?

Zrobiłem pracę o tytule Kropla drąży skałę. To moja głowa wyrzeźbiona hiperrealistycznie w marmurze, na którą z kropielnicy kościelnej kapie woda. Jak chińska tortura. Wiele osób mówi: poczekajcie, Kościół się zmieni, jak nie za 10 lat, to za 50, 70 albo 100. Tylko że my już nie możemy czekać. Każda kolejna kropla jest ciężarem. Na ten temat zrobiłem całą wystawę w Nicei pół roku temu. Gdyby nie ten wyjazd, nie zrobiłbym Opieki rodzinnej.  Musiałem zobaczyć Polskę z odległości, nabrać jeszcze więcej pokory, żeby zrobić taki oddolny projekt. Zobaczyłem czego brakuje, że są potrzebne pozytywne działania, to otwiera drogę do rozmowy – nie zawsze łatwej, ale musimy poszukiwać czegoś wspólnego.

Brałeś udział w protestach?

Nie brałem, ale rozumiem ludzi, którzy protestują. Jeżeli któryś raz mijasz na ulicy furgonetkę, która cię obraża, puszczają nerwy. Tak się złożyło, że projekt rozpoczął się dokładnie w ten sam dzień, w którym miały miejsce protesty. Pomyślałem, że walczymy o te same sprawy, choć w różnych miejscach. Protesty też są potrzebne, ale nic nie zmieniają na większą skalę. Bez działań na prowincji niewiele będzie się zmieniać na lepsze.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Indeks

Zobacz też