15.09.2021

Malewicz i niecne procedery

Maria Poprzęcka
Tekst opublikowany w magazynie Szum 34/2021
Grzegorz Drozd,„Uniwersal”, 2010, fot. Grzegorz Drozd
Malewicz i niecne procedery
Grzegorz Drozd,„Uniwersal”, 2010, fot. Grzegorz Drozd
A więc książka o Kazimierzu Malewiczu. Każdy wie, że Malewicz to ten, co namalował Czarny kwadrat na białym tle. Jedyny chyba nowoczesny obraz o powszechnej rozpoznawalności, Gioconda XX wieku. Jedyny równie mocno obecny zarówno w ścisłym akademicko-muzealnym kanonie sztuki abstrakcyjnej, jak w kulturze popularnej i dizajnie.

„Historycy sztuki tak długo gadają o sztuce, aż zagadają ją na śmierć […]. Zajęcie historyka sztuki to najniecniejszy proceder, jaki istnieje, bredzącego zaś historyka sztuki, a istnieją przecież wyłącznie bredzący historycy sztuki, należałoby przegonić batem, przegnać ze świata sztuki […]. Kiedy słuchamy historyka sztuki, robi się nam niedobrze […]. Ja w moim życiu mało czego nienawidziłem bardziej niż historyków sztuki…”1.

Tak niezrównany w kunsztownej mowie nienawiści Thomas Bernhard daje upust obrzydzeniu do historii sztuki i jej uczonych przedstawicieli. Roznamiętniony hejt Bernharda znalazł twórcze rozwinięcie w ein österreichisches Kunstidyll znakomicie wczuwającego się w obłąkańczą bernhardowską frazę Jacka Dehnela: „To oni, miedzy innymi, są winni temu, że ludzie oduczyli się spotykać z dziełami…”2. Do literackich głosów celnie lub ślepo wyrażanej niechęci do tej profesji można dodać także Zbigniewa Herberta utrwalającego wizerunek historyka sztuki jako tępego kancelisty w zarękawkach (inna rzecz, że Herbert czytał fatalne, przestarzałe książki).

Jako historyk sztuki, w pełni świadomy związanego z tym ryzyka, podejmuję się recenzji książki Marcina Wichy Kierunek zwiedzania, którą, wbrew pochwałom recenzentów, uważam za książkę chybioną. Jest mi przykro, bo Wicha udzielił mi wsparcia w zwątpieniu w dizajn. Prawdziwie wzruszył Rzeczami, których nie wyrzuciłem, znajdując język pozwalający opisać nieopisanie trudne doświadczenie, jakim jest „porządkowanie” przedmiotów pozostałych po najbliższych zmarłych. A tu nagle 250 stron o Malewiczu! Syndrom „książki po Nike”, która musi uprawomocnić nagrodę?

Kierunek zwiedzania nie jest literaturą faktu. Niektóre z opisanych sytuacji rzeczywiście się zdarzyły. Niektóre są dziełem wyobraźni. Niektóre się zdarzyły, ale zostały zmienione nie do poznania” (s. 258) – zabezpiecza się Marcin Wicha, z góry wytrącając z ręki broń ewentualnym krytykom marudzącym, że nie tak było, nie wtedy, tylko kiedy indziej, nie ten, tylko tamten… Ochrania się też od drugiej strony: „Pisząc fikcję, korzystałem z tekstów samego Malewicza, a także faktów oraz interpretacji przedstawionych przez badaczy jego twórczości” (s. 258). Co więcej, książka jest opatrzona wykazem źródeł cytatów i wcale pokaźną bibliografią – jedno i drugie w dużej mierze po rosyjsku, co, jak sądzę, budzi szacunek czytelników urodzonych po 1990 roku, dla których rosyjski jest językiem prawdziwie obcym. Jest i drobiazgowy spis treści. Ale spokojnie – tu nie będzie żadnego fact-checkingu. Historyk sztuki rozróżnia naukową monografię, popularną biografię i literaturę, nawet jeśli jej przedmiotem jest bardzo znany artysta.

Malewicz dużo pisał, co wbrew pozorom zadania biografom nie ułatwia. Pisał futurystyczną „zaumą poezję”, anarchistyczne manifesty, natchnione egzegezy swojej sztuki, rewolucyjne programy dydaktyczne, teoretyczne rozprawy, mesjańskie rozważania filozoficzno-religijne.

A więc książka o Kazimierzu Malewiczu. Każdy wie, że Malewicz to ten, co namalował Czarny kwadrat na białym tle. Jedyny chyba nowoczesny obraz o powszechnej rozpoznawalności, Gioconda XX wieku. Jedyny równie mocno obecny zarówno w ścisłym akademicko-muzealnym kanonie sztuki abstrakcyjnej, jak w kulturze popularnej i dizajnie. Z jednej strony objawia się nam „oblicze nowej sztuki. Żywy kwadrat, wybraniec bogów. Pierwszy krok czystej twórczości w sztuce”, z drugiej – kolczyki, pufy, tatuaże czy wreszcie oprotestowane przez mieszkańców czarne elewacje bieda-bloków na warszawskich peryferiach. W przeciwieństwie do rozgłosu, jaki zdobył Kwadrat, życie samego autora jest stosunkowo słabo znane. Rzecz jest więc do zrobienia, aczkolwiek niełatwo się pisze biografie artystów. Zaś Malewicz jest przypadkiem wyjątkowo trudnym. Piekielnie trudnym, zwłaszcza do przerobienia na wciągającą opowieść. W dominujący na rynku biografistyki model „życie celebryty” – aplikowany zarówno na potrzeby polityków, sportowców, aktorów, jak i artystów – żywot Malewicza nijak się wpasować nie daje. Dysharmonia i dystans między wyboistymi koleinami życia a otchłanną przestrzenią biografii duchowej są nie do pokonania.

Malewicz dużo pisał, co wbrew pozorom zadania biografom nie ułatwia. Pisał futurystyczną „zaumą poezję”, anarchistyczne manifesty, natchnione egzegezy swojej sztuki, rewolucyjne programy dydaktyczne, teoretyczne rozprawy, mesjańskie rozważania filozoficzno-religijne. Pisał językiem wolnym od reguł – tu należy wyrazić podziw dla tłumacza, Adama Pomorskiego, za oddanie „groteskowej kakofonii stylistycznej tekstów Malewicza”[3]. Co więcej, artysta zastawił zdradliwe pułapki na biografów w postaci dwóch autobiografii. Bardzo odmiennych, jako że pisanych w różnych okresach życia, w zmiennych kontekstach i w innym celu. Obie są sugestywnymi narzędziami automitologizacji twórcy. Łatwo im ulec i dać się manipulować. Swoje dołożyli akolici i wyznawcy.

Marcin Wicha to wie, a że wśród jego licznych talentów i umiejętności jest również projektowanie, nie wchodzi w tradycyjną narrację biograficzną, lecz proponuje poświęconą artyście wystawę. Skoro tak, to dlaczego nie zrobić po prostu wystawy? Monograficznej wystawy Malewicza? Najlepiej takiej od juweniliów po schyłek malowania. Przecież jego jedyna za życia przygotowana wystawa monograficzna miała miejsce w Warszawie – czyż nie pięknie byłoby do niej nawiązać? Pytanie prędko odsuńmy. Wobec muzealnych realiów, olbrzymich kosztów wystawienniczych blockbusterów, targów i szantaży związanych z wypożyczeniami obrazów, obstrukcji konserwatorskich, cen ubezpieczeń i transportu, komplikacji logistycznych, pomysł na musée imaginaire jest jedyny i znakomity. Kłopot jednak z realizacją. Kłopot z tekstem, bo wystawa muzealna jest tu książką, kreacją werbalną, która w założeniu ma wizualizować „dzieło i życie”. Dodajmy, że jest autonomicznym dziełem literackim, nie scenariuszem biograficznej ekspozycji.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 34. numerze Magazynu „Szum”.

[1] Thomas Bernhard, Dawni mistrzowie, tłum. Marek Kędzierski, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, Warszawa 2005, s. 20–21.
[2] Jacek Dehnel, Krivoklat, czyli Ein österreichisches Kunstidyll, SIW Znak, Kraków 2016, s. 107.
[3] [Adam Pomorski], Nota edytorska, [w:] Kazimierz Malewicz, Wiersze i teksty, wybór i oprac. Adam Pomorski, tłum. Agnieszka Lubomira Piotrowska, Adam Pomorski, Wydawnictwo Naukowe i Literackie Open, Warszawa 2004, s. 205.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 34/2021

Zobacz też