13.05.2022

Hak sztuki. Rozmowa z Olgą Micińską

Joanna Ruszczyk
Olga Micińska, fot. Tomasz Kaczor
Hak sztuki. Rozmowa z Olgą Micińską
Olga Micińska, fot. Tomasz Kaczor
Gildia jednej strony to bardzo pragmatyczna propozycja przepracowania tematu płci w rzemiośle, zaproponowania alternatyw. Z drugiej strony snuję wizję o gildii w stylu science-fiction, która nie jest do końca realna. Element utopii jest – wydaje mi się – nośnym mechanizmem do tworzenia nowych perspektyw.

Joanna Ruszczyk: Zdradź, które przedmioty na wystawie Gildia są rzeczywistymi narzędziami ze zbiorów Muzeum Warszawy?

Olga Micińska: Na skrzyni jest przybornik. Tam jest część narzędzi z kolekcji muzeum. I garderoba kobieca i ozdoby, które przesuwam w świat rzemieślniczy.

Oglądając twoje rzeźby zastanawiałam się, do czego służą? Przypominają narzędzia. A może do niczego? Może to abstrakcja?

Wiele moich prac przypomina narzędzia i o to mi chodzi. O poruszenie wyobraźni technicznej, mechanicznej, włączenie myślenia praktycznego. Ta granica między przedmiotem praktycznym, sprofanowanym przez użytkowanie a obiektem sztuki pięknej, który ma być niedotykalny, w jakiś sposób nienamacalny, zamrożony – to jest coś, czym się często zajmuję. Chodzi o pytania: czym ten obiekt jest? Na ile jego wartość jest materialna a na ile symboliczna? Jaką wartość ma wkład pracy? Czym jest obiekt sztuki jako towar a czym wyrób rzemieślniczy? Jak one są oceniane i wyceniane? Dochodzimy do pytania o tryb produkcji. Jeśli wykonanie stołu zajmuje więcej czasu niż spontanicznej rzeźby, to dlaczego rzeźby są wyżej cenione na rynku? To seria pytań, które wciąż zadaję i staram się „rozpakowywać” w mojej pracy.

Bańka, spekulacje. Te pytania o wartość sztuki chyba pozostaną bez odpowiedzi.

Jest to coś bardzo nieokreślonego.

Sprzedajesz swoje prace?

Część jest na sprzedaż, ale ja je wytwarzam rzemieślniczo, więc ich wartość materialną mogę jasno wycenić. Nie różnią się w gruncie rzeczy od wykonanego przeze mnie mebla.

Stephanie, „The Building Institute”, fot. Olga Micińska
Franziska, „The Building Institute”, fot. Olga Micińska
Harriet, „The Building Institute”, fot. Olga Micińska
Kitty, „The Building Institute”, fot. Olga Micińska
Mathild, „The Building Institute”, fot. Olga Micińska
Olga Micińska, „The Building Institute”, fot. Silke Schönfeld

A jakie meble robisz?

Różne. Bardziej komercyjnie zdarza się, że robię typowe, mieszkaniowe, ze sklejki. Ale raz na jakiś czas pojawia się zlecenie na meble z drewna, kiedy osoba zlecająca daje dużo swobody w projekcie. One wtedy spełniają funkcję praktyczną, ale mogę się pobawić przy tym ich formą.

Jesteś z wykształcenia artystką i stolarką?

Tak, pracuję artystycznie nad wystawami, publikacjami, warsztatami edukacyjnymi, ale też „stolarsko” – albo przy zleceniach meblowych albo przy remontach mieszkaniowych. To, czym się zajmuję najlepiej określa angielskie słowo woodworker – osoba pracująca z drewnem. Ostatnie moje projekty artystyczne wzięły się trochę z tego, że nie chciałam z pracy stolarskiej rezygnować, więc zaczęłam znajdować sposób na łączenie tych dwóch dziedzin. Praca „budowlana” to też pole moich badań, doświadczenie, które mogę przełożyć na język sztuki. Z kolei sztuka oferuje wyzwania intelektualne, pracę konceptualną, dyskusję, wymiany… Inna sprawa, że ze sztuki wciąż bardzo trudno się utrzymać. Ten mój drugi zawód, który pomaga mi się utrzymać, sprawia mi przyjemność, lubię go i nie widzę powodu, żeby go ukrywać.

Ukrywać?

Wydaje mi się, że panuje takie przeświadczenie, że druga praca jest drugoplanowa u artystów/ek i jest często ukrywana, jakby jej nie było, jakby była tylko zapleczem. Tymczasem warto mówić, jak rynek, czy w ogóle świat sztuki, naprawdę wygląda. U mnie to równorzędne profesje. Wspominając o drugim zawodzie sama na początku odczuwałam zakłopotanie, że to taka prosta praca. Dopiero jak zaczęłam o tym mówić z przekonaniem, otwarcie, ludzie zaczęli zupełnie inaczej na to reagować. Z poszanowaniem. Można zauważyć, że to są często zawody, które są uznane za profesje o niższym statusie. A to też jest kopalnia wiedzy technicznej. Niekoniecznie łatwo ją spisać. Jest praktyczna i równie istotna.

Na wystawie pokazujesz wędrowny warsztat grupy zrzeszonych stolarek. Gildia to stowarzyszenie rzemieślników. Jesteś w takim rzemieślniczym cechu?

Nie jestem, ale byłam przez rok członkinią Timber Framers Guild w Stanach Zjednoczonych. To związek kultywujący tradycje budownicze. Z jednej strony praktycznie szkolący w technologiach budowlanych, a z drugiej zajmujący się historycznymi badaniami związanymi z tradycją architektury. Ale mój pomysł na gildię nie pokrywa się z taką formułą. Nie widzę tego jako powrót do tradycji, raczej wizję przyszłości wynikającą z przemyślenia różnych spraw związanych z fachami rzemieślniczymi. To się bierze z refleksji nad „ciężkimi” zawodami budowlanymi, które są zmaskulinizowane. Zajmuję się stolarstwem kilka lat i jest to zaskakujące wciąż, że tak mało kobiet, czy też nie-mężczyzn, jest w tym zawodzie.

Panuje takie przeświadczenie, że druga praca jest drugoplanowa u artystów/ek i jest często ukrywana, jakby jej nie było, jakby była tylko zapleczem. Tymczasem warto mówić, jak rynek, czy w ogóle świat sztuki, naprawdę wygląda. U mnie to równorzędne profesje.

Do wielu prac budowlanych potrzeba jest tężyzna fizyczna. Może stąd są to „męskie” zawody?

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że mięśnie się wyrabiają, więc z ta różnica się trochę wyrównuje. Widzę to, jak mam dłuższe przerwy w zleceniach. Tkanka mięśniowa mi wtedy siada. Oczywiście, nawet w szczytowej formie jestem jako kobieta słabsza od wielu mężczyzn. Nie wszystkie prace wymagają jednak użycia siły, wiele problemów można rozwiązać dzięki sprytowi technicznemu. Jak coś jest za ciężkie, żeby to podnieść, to można to zrobić inaczej. Ja pracuję przede wszystkim stolarsko, zdarza się, że ciesielsko i siła nigdy nie była w mojej pracy problemem. Jeśli coś jest za ciężkie dla jednej osoby, to można to zrobić grupowo. Kwestionuje siłę jako podstawową cechę, która jest potrzebna, żeby uprawiać te zawody.

Czyli stereotyp.

To jest łatwa wymówka. Często chodzi o normy, które są wypracowane w tych środowiskach, do których kobietom trudno jest się dostosować, jest to niemożliwe albo w ogóle niepożądane. Pewne zespoły nie przyjmą kobiet, bo są zwyczaje i zaburzy to porządek. Zarzucam propozycję, że może warto porzucić te normy na rzecz bardziej inkluzywnych form współpracy.

Jakie to normy? Może najlepsze łączenie? Współpraca?

Chodzi na przykład o sposób komunikacji. W monolitycznym zespole męskim nie ma osoby „innej”, która przykuwa uwagę swoim sposobem pracy, strojem, czy innym sposobem porozumiewania się. Jest to konserwatywne nastawienie. Wprawdzie w moim projekcie szkoleniowym The Building Institute nie pracuję obecnie z mężczyznami, ale spotykam się z nimi na polu pracy, co owocuje przydatną wymianą doświadczenia. Często to nie wynika z płci, ale z osobowości. W Gildii ważna jest radykalność, stąd to opowieść o kobietach i osobach, które są na tym polu marginalizowane. Docelowo chciałabym, aby projekt The Building Institute opierał się na szeroko pojętej współpracy.

Wiechy, z wystawy „Gildia” Olgi Micińskiej, Muzeum Warszawy
Zbiory Rzemiosła Artystycznego i Pamiątek Historycznych
Stemple do znaczenia łączy, z wystawy „Gildia” Olgi Micińskiej, Muzeum Warszawy

Swoją opowieść o kobiecej gildii widzisz jako utopię? Czy realną wizję, której realizacja wymaga społecznego przepracowania?

Dwojako. Z jednej strony to bardzo pragmatyczna propozycja przepracowania tematu płci w rzemiośle, zaproponowania alternatyw. Z drugiej strony snuję wizję o gildii w stylu science-fiction, która nie jest do końca realna. Element utopii jest – wydaje mi się – nośnym mechanizmem do tworzenia nowych perspektyw.

Kiedy oglądałam wystawę, miałam skojarzenie z serialem Opowieści Podręcznej. Chodzi o estetyzację. Obiekty, stroje na twojej wystawie są piękne, wyjątkowo dopracowane, a portrety pracownic gildii wyglądają jak z magazynu modowego. Serial jest ostrzeżeniem, a twoja opowieść ?

Nie udało mi się wejść w kanał seriali i tego się na razie trzymam. Ale podobnego skojarzenia użyła Lidia Pańków, która napisała teksty do wystawy. Sięga po termin political fiction. To fikcja, która ma charakter krytyczny i stwarza warunki do wyobrażenia sobie alternatyw i działania w tym kierunku. Ja to trochę widzę jako proces prototypizacji rzeczywistości. Według mnie sztuka często tak działa – materializuje pewne idee, pomysły i pozwala na kontakt z abstrakcyjnymi koncepcjami. Dzięki temu ich wdrażanie staje się bardziej realne.

W „Gildii” ważna jest radykalność, stąd jest to opowieść o kobietach i osobach, które są w rzemiośle marginalizowane.

Jeśli chodzi o portrety, nazywam je kampanią wizerunkową, a może nawet propagandą. Celowo zastosowałam estetykę modową, żeby wykreować trend i zarazem wykorzystać ten mechanizm ze świata mody, gdzie w zasadzie tworzy się alternatywną rzeczywistość. Świat marki modowej jest utopijny, idealny. Stylizacja modelek ma na celu stworzenie wizji, która wybiega w przyszłość. Na fotografiach są osoby, które pracują technicznie na różne sposoby. Artystki, które przekwalifikowały się np. na farmerstwo albo specjalizują się np. w spawaniu. To nie są modelki, które pozują, ale we współpracy ze mną budują pewien wizerunek siebie samych.

Chodzi o to, żeby pokazać, że praca fizyczna może być przyjemna, wykonywana w warsztacie, gdzie jest wszystko ładne, czyste, wykonywana w fajnym stroju, z dbałością o ciało? Dowartościowujesz rzemiosło poprzez estetykę?

Celem było stworzenie abstrakcyjnej wizji, zdystansowanie się od rzeczywistości, którą znamy, zmiana w podejściu do materiału, narzędzi, zasad pracy, ciała. Jeśli chodzi o dowartościowywanie przez estetykę, to skojarzyło mi się to z ruchem, który chce zgłębić bardziej: Amsterdamska Szkoła Architektury. To tutejszy – mieszkam w Amsterdamie – socjalistyczny nurt w architekturze, który miał służyć klasie robotniczej i jego przewodnim powiedzeniem było: najpiękniejsze dla najuboższych. Faktycznie budynki mieszkalne, zakłady usługowe, czy urzędy stawiane w duchu tej szkoły są bardzo wyrafinowane w formie, a robotnicy, którzy tam pracowali, musieli wykazać się kreatywnością, na przykład łącząc architekturę z rzeźbą. Nie da się ukryć, że sportretowane przeze mnie pracownice pochodzą z innej klasy społecznej niż czysto robotnicza, ale chodzi mi tu bardziej o tę filozofię stosowania środków estetycznych do emancypacji społecznej.

Wspomniałaś o krytycznym aspekcie. Skłaniasz do namysłu nad produkcją, technologią, w ogóle przedmiotami. Materialnym światem. Ja zobaczyłam w tej wystawie też krytykę masowej produkcji, konsumpcjonizmu, ale też wyzysku, złych warunków pracy.

To się wszystko przenika. Rzemiosło jest dla mnie narzędziem do refleksji nad trybem pracy, zasobami, technologią. Praca rzemieślnicza jest powolna, wymaga namysłu, jest bliski kontakt z materiałem. Nie da się wyprodukować tych rzeczy zbyt wiele w krótkim czasie, jeśli są zrobione starannie. W tym sensie jest ona ekologiczna, i ta myśl od lat mi towarzyszy.

Rebecca, „The Building Institute”, fot. Olga Micińska
Rebecca, „The Building Institute”, fot. Olga Micińska
Rebecca, „The Building Institute”, fot. Olga Micińska
Olga Micińska, „The Building Institute”, fot. Silke Schönfeld

 

Na czym polega ta ekologiczność w praktyce?

Używam np. gatunków drewna pochodzenia lokalnego, nie egzotycznych. Nie zlecam nikomu produkcji moich prac (czasem natomiast bywam wykonawczynią prac innych). To wymaga ode mnie dużego nakładu pracy i czasu. Nie mogę tego uniknąć. Jestem bardzo świadoma warunków produkcji.

Co konkretnie robiłaś w Timber Framers Guild? Jak tam trafiłaś?

Wzięłyśmy z Anią Siekierską udział w warsztatach w Sanoku – to był pierwszy etap budowania więźby dachowej synagogi z Gwoźdźca, która znajduje się obecnie w gmachu Muzeum POLIN. Były to warsztaty prowadzone przez Handshouse Studio z Bostonu we współpracy z Timber Framers Guild. To było fantastyczne doświadczenia, pracowałyśmy w dużym zespole przy odbudowie sporego sklepienia przy pomocy przede wszystkim narzędzi ręcznych. Warsztaty polegały na rekonstrukcji nie tylko samej więźby, ale też techniki jej tworzenia. Zaprzyjaźniłam się z członkami i członkiniami tej organizacji, i w rezultacie pojechałam do USA. Tam zaczęłam pracować. Ludzie zjeżdżali się do małych miejscowości i w ciągu kilku dni wznosili konstrukcję ciesielską. To nie były prywatne zlecenia, tylko działania non profit, projekty dla lokalnej wspólnoty. O charakterze publicznym. Był też aspekt edukacyjny. Przyjeżdżali ludzie na różnym poziomie zawodowym, też zawodowcy, którzy na co dzień pracują z materiałami i technikami przemysłowymi.

Wartości rzemiosła nikt nie kwestionuje, ale jego problemem jest cena. Dzisiejszy rynek jest nastawiony na ilość, nie jakość i na zmiany: mody, sezony itd. Wiele osób uważa, że ich na to nie stać. Tymczasem cena rzemiosła nie może być niska.

Czy twoja sztuka ma funkcję edukacyjną?

Tak, ten aspekt mnie interesuje. Wiem, że sama jeszcze mogę się wiele nauczyć, ale też mam zasoby, które mogę zaproponować innym, jak wyposażony warsztat, własne doświadczenie, siatkę połączeń, płynność zleceń. To mi pozwala zapraszać inne osoby do współpracy. Staram się skrócić im drogę do tej profesji. Stąd projekt „The Building Institute”. Zaczęłam pracę w warsztacie z kobietami, osobami niebinarnymi i próbuję wdrożyć je w rynek pracy rzemieślniczej, budowlanej i technicznej.

Charakter edukacyjny ma także warstwa konceptualna tego, czym się zajmuję na polu sztuki, czyli niedopowiedziane historie o technologii, zachęcające do eksperymentalnego rozwiązywania praktycznych konceptów i podjęcia intymnej relacji z materią. Te „dziwne narzędzia” o nieoczywistych funkcjach, które wykonuję jako rzeźby to właśnie poniekąd nośniki anegdot o procesie produkcji. Nie są to żadne konkretne opowieści, a raczej impulsy pobudzające wyobraźnię techniczną. Na potrzebę wystawy w Muzeum Warszawy po raz pierwszy podjęłam próbę spisania tych abstrakcyjnych funkcji, nie unikając humoru. W ten sposób niewielki przedmiot wystrugany przeze mnie z drewna padukowego i mosiądzu stał się specjalistycznym hakiem służącym do montowania wiechy na szczycie ukończonej więźby dachowej. Choć na pierwszy rzut oka nie zdradza żadnej funkcji.

Mówi się o zamierających zawodach, ale mam poczucie, że coraz bardziej doceniamy rzemiosło i idzie jego renesans.

Wartości rzemiosła nikt nie kwestionuje, ale jego problemem jest cena. Dzisiejszy rynek jest nastawiony na ilość, nie jakość i na zmiany: mody, sezony itd. Wiele osób uważa, że ich na to nie stać. Tymczasem cena rzemiosła nie może być niska. Pewien powrót do rzemiosła jest też oparty na edukacji – wiele osób się przyucza, żeby móc pewne rzeczy samodzielnie naprawiać, robić. To zajmuje znacznie więcej czasu.

Sztuka to rzemiosło?

Przyznam, że rzemiosło kojarzy mi się przede wszystkim z wieloma ograniczeniami. A sztuka z przekraczaniem granic.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Artystka / ArtystaOlga Micińska
WystawaGildia
MiejsceMuzeum Warszawy, Warszawa
Czas trwania3.03-28.08.2022
Kuratorka / KuratorKarolina Ziębińska-Lewandowska
Strona internetowamuzeumwarszawy.pl/
Indeks

Zobacz też