05.03.2021

„Fotorelacje. Wojna 1920” w Muzeum Narodowym w Warszawie

Wojciech Szymański
Tekst opublikowany w magazynie Szum 31/2020
Warszawa w sierpniu 1920 r. [Nowy Świat], sierpień 1920, fot. Warszawska Agencja Fotograficzna, © Muzeum Narodowe w Warszawie
„Fotorelacje. Wojna 1920” w Muzeum Narodowym w Warszawie
Warszawa w sierpniu 1920 r. [Nowy Świat], sierpień 1920, fot. Warszawska Agencja Fotograficzna, © Muzeum Narodowe w Warszawie
Gdy popatrzeć na rocznicowe wystawiennictwo spod znaku wojny 1920 roku, w oczy rzucą się dwa podejścia. Pierwsze, nazwijmy je tradycyjnym, które powtarza od stulecia ćwiczoną „bolszewicką” płytę i kliszę. To produkcje dyskursywnie prymitywne i wizualnie nieciekawe. Egzemplifikacją drugiego podejścia, nazwijmy je rewizjonistycznym, jest wystawa „Fotorelacje. Wojna 1920” w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Wot paradoks: chociaż opowiadanie o wojnie, którą równo 100 lat temu toczyły ze sobą dwa nowo powstałe na gruzach upadłego imperium carów państwa, to polska spécialité de la maison, do dzisiaj nikt nie opowiedział o niej ani dobrze, ani ciekawie. Za ten stan rzeczy odpowiada, jak sądzę, zespół polskich afektów i kompleksów, które ujawniają się na poziomie samego języka, jakim usiłuje się o tej wojnie od 100 lat mówić. Dziwny to i pełen idiosynkrazji, trzeba przyznać, język, który raz puszczony w ruch, jeszcze dziś generuje równie jak on dziwną historię o wojnie. To zatem wojna, w której nie ma bitew, lecz są „cuda”. To wojna, na której nie spotyka się Rosjan, lecz „bolszewików”, względnie Żydów w bolszewickich mundurach. To wojna, na której nie walczy się z żołnierzami wrogiej armii, lecz z „krasnoarmiejcami”, którym – gdy patrzeć na wytwory rodzimej propagandowej ikonografii wojennej – bliżej do potworów i monstrualnych bestii niż do ludzi. To w końcu wojna, w której nie bierze udziału Rosja, lecz, jak pisano wówczas, „Sowdepia”; konotowana każdorazowo z „hordami”, „Azją”, „barbarią”, słowem dziką i prymitywną hołotą ze Wschodu.

Najciekawsze partie wystawy to te, w których poznajemy losy poszczególnych świadków oraz bezpośrednich uczestników i uczestniczek działań wojennych, owe, jak je tutaj nazwano, mikrohistorie, na które składają się fragmenty wizualnych opowieści.

Na tę semantyczną sytuację, która nie ułatwia, eufemistycznie rzecz ujmując, obiektywnego i bez uprzedzeń zrozumienia historii i natury konfliktu, nakłada się coś jeszcze. Otóż smutny, ale jakże prawdziwy fakt, że oto wojna polsko-rosyjska z lat 1919–1921 – bo o nią tu przecież chodzi – zwana oczywiście u nas jeszcze dziś często wojną polsko-bolszewicką, nie przyczyniła się do powstania w kulturze polskiej ani jednego godnego uwagi dzieła sztuki lub utworu literackiego zbliżającego się choćby na odległość strzału artyleryjskiego do powstałych po drugiej stronie frontu arcydzieł, takich jak na przykład cykl opowiadań Armia konna (1926) Izaaka Babla czy nieopublikowany za jego życia Dziennik 1920. (Oczywiście z punktu widzenia języka polskiego konstruującego obraz bolszewików jako prymitywnych, ociekających krwią kacapów samo powstanie tych utworów jest cudem, włączenie ich zaś do kanonu literatury światowej skandalem, policzkiem i czarną niewdzięcznością za uratowanie zachodniej cywilizacji na przedpolach Warszawy w sierpniu 1920 roku).

„Fotorelacje. Wojna 1920”, widok wystawy, fot. Adrian Zając
„Fotorelacje. Wojna 1920”, widok wystawy, fot. Adrian Zając

Gdy wziąć pod uwagę powyższe rozpoznania, nie powinny zdumiewać dwie rzeczy. Po pierwsze, fakt, że nigdy (szczęśliwie) nie doczekamy wypatrywanej zapewne jeszcze dziś w gabinetach decydentów od kultury i dziedzictwa narodowego hollywoodzkiej superprodukcji o wojnie 1920 roku, która opowiadałaby o niej z polskiej, jak ją powyżej zarysowałem, perspektywy. Świat zwyczajnie nie uwierzyłby w taką kiczowatą historię, w jaką po 100 latach, które upłynęły, wierzą tylko Polacy. Po drugie, że wszelkie rocznicowe, przygotowywane na stulecie Bitwy Warszawskiej wystawy, które próbowałyby się z sukcesem ratować przed osunięciem się w infantylną i szowinistyczną, nieprzekładalną na inne niż polski języki narrację o cudach, dzikich bolszewikach i Sowdepii, stoją przed trudnym zadaniem.

Gdy popatrzeć na rocznicowe wystawiennictwo spod znaku wojny 1920 roku, w oczy rzucą się bowiem dwa podejścia. Pierwsze, nazwijmy je tradycyjnym, które powtarza od stulecia ćwiczoną „bolszewicką” płytę i kliszę. To produkcje dyskursywnie prymitywne i wizualnie nieciekawe, jak firmowana przez IPN wystawa Wojna światów 1920, ale i dużo ładniejsza ekspozycja 1920. Cud Wisły w krakowskim Muzeum Narodowym, na której jawnie antysemickie polskie plakaty wojenne pozostawiono bez potrzebnego dziś, jak sądzę, komentarza. Egzemplifikacją drugiego podejścia, nazwijmy je rewizjonistycznym, jest zaś otworzona w sierpniu tego roku, kuratorowana przez Karolinę Puchałę-Rojek wystawa Fotorelacje. Wojna 1920 w Muzeum Narodowym w Warszawie.

[…]

Pełna wersja tekstu jest dostępna w 31. numerze Magazynu „Szum”.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Czytaj więcej w magazynie Szum 31/2020

Zobacz też