10.11.2017

Jak stłuc termometr, czyli polemiki z Agatą Araszkiewicz

Stach Szabłowski, Mikołaj Iwański
Chór Czarownic, projekcja 3 utworów, wideo
Jak stłuc termometr, czyli polemiki z Agatą Araszkiewicz
Chór Czarownic, projekcja 3 utworów, wideo
Dyskusja wokół wystawy "Polki, Patriotki, Rebeliantki" kuratorowanej przez Izabelę Kowalczyk w poznańskiej galerii Arsenał trwa. Po tekście Agaty Araszkiewicz "Kobieca rebelia…?! Sztuka i bunt społeczny" publikujemy odpowiedzi Stacha Szabłowskiego i Mikołaja Iwańskiego.

Stach Szabłowski

Głęboka matryca vs kulki papieru, czyli Sklepowicz i Pawłowicz w jednym stali domu

„Panowie (…) Nie rzucajcie kamieniami! Nie przeszkadzajcie!” – pisze Agata Araszkiewicz do Mikołaja Iwańskiego i do mnie. I, pars pro toto, do wszystkich mężczyzn, bo przecież wszyscy mężczyźni – Iwański, Szabłowski, Sklepowicz, Pawłowicz1 – są tacy sami: definiuje ich (wyłącznie) przymus przeszkadzania w emancypacji kobiet, rzucanie w nie symbolicznymi (?) kamieniami, słowem działanie „na silnej matrycy przemocy wobec kobiet, tak głębokiej, że aż niewidzialnej”.

O jakie kamienie chodzi? O dwa teksty, które Mikołaj Iwański i ja opublikowaliśmy, odpowiednio na łamach „Szumu”„Dwutygodnika”. Dwa różne, choć w obu przypadkach krytyczne omówienia wystawy Polki, Patriotki, Rebeliantki, którą Iza Kowalczyk wykuratorowała w poznańskim Arsenale. A skoro mowa o tekstach, to może w wystawę poleciły jednak nie kamienie, lecz tylko kulki papieru? I o jakiego rodzaju przeszkadzanie chodzi? Czy polemiczne głosy oraz artykułowanie wątpliwości przeszkadza w dyskutowaniu o wystawie? Czy raczej przeszkadza w pielęgnowaniu niedyskursywnego przekonania o własnej słuszności?

Albo inaczej: czy wystawa oparta na feministycznej aksjologii w ogóle mogłaby się nie udać? Mieć jakiekolwiek – artystyczne, intelektualne, polityczne – mankamenty? Czy wystawa, w którą włączona jest ikonografia/dokumentacja Czarnego Protestu może być przedmiotem krytyki?

Agata Araszkiewicz stoi na stanowisku, że nie może. Nie przypominam sobie, abym przeszkadzał w zrobieniu wystawy Polki, Patriotki, Rebeliantki, nie wiem też nic o tym, żeby przeszkadzał Mikołaj Iwański. Ponieważ nie przeszkadzaliśmy, tylko mówimy o wystawie, eksklamację Agaty Araszkiewicz „Panowie! Nie przeszkadzajcie!!!” czytam jako: „Panowie! Zamknijcie się!!!”

Wystawa się zamknęła, usta nie; dyskusja trwa. Tyle, że już nie o wystawie i nawet nie o poświęconych jej tekstach, tylko o autorach i ich wątpliwym prawie do zabierania głosu. Zresztą i pola do dyskusji wiele tu nie zostaje – finalne „Nie przeszkadzajcie / Zamknijcie się” w założeniu ma kończyć rozmowę.

Nie wiem, jakie jest aktualne decorum feministycznego dyskursu, które uznaje Agata Araszkiewicz. Czy seksizm, ejdżyzm i osobiste wycieczki w tym decorum się mieszczą?

W tekście, który poświęciłem Polkom, Patriotkom, Rebeliantkom, zastanawiałem się nad bezradnością feministycznego podmiotu wobec sprymitywizowanego, ale bujnego i święcącego w Polsce społeczne triumfy żywiołu tradycjonalistyczno-narodowego. I zauważałem, że nie jest to bezradność właściwa tylko feministkom, lecz liberalnemu podmiotowi w ogóle; na dziś po prostu nie wiadomo, jak skutecznie zdekonstruować ten toporny, anachroniczny i opresyjny, lecz solidnie zbudowany biało-czerwony monolit. Tymczasem Iza Kowalczyk jest ze swej pracy zadowolona. Od czasu kiedy pojawiły się teksty mój i Iwańskiego, kuratorka zdążyła opublikować w „Szumie” polemikę z Iwańskim i obszerną rozmowę z Ewą Opałką na temat Polek, Patriotek, Rebeliantek (oraz o Późnej polskości, której, jak przyznała, nie widziała). Ani w jednym, ani w drugim materiale Iza Kowalczyk nie wyraża żadnych wątpliwości, które mogłoby się zrodzić na gruncie second thoughts. Wszystko było super. Agata Araszkiewicz także opowiada, że była „oczarowana” wystawą, a potem detalicznie opisuje wszystkie prace na Polkach, Patriotkach, Rebeliantkach, z których każda okazuje się świetna. Cóż, różnimy się w tej ocenie, ale Araszkiewicz jej nie negocjuje, skupiając się w polemicznej części swojego tekstu na delegitymizowaniu i moralnej anihilacji autorów krytycznych recenzji. Kiedy autorzy zostaną anihilowani, symbolicznie znikną i teksty. Stłucz termometr, to nie będziesz miała pani gorączki.

Na pierwszym planie praca Moniki Drożyńskiej; w tle: Chór Czarownic, projekcja 3 utworów, wideo
Po lewek: Kolaborantki, ,„Szeptuchy: proxy“ Berlin, Licheń, Tel Aviv... 2017-...; po prawej: prace Agaty Zbylut
Po prawej: Ewa Świdzińska, Koronczarka, 2009, fotografia cyfrowa, dibond, 41 x 55 cm
Na pierwszym planie: Monika Drożyńska, Terror, 2016, haft ręczny na tkaninie bawełnianej 2016. Praca powstała dla pogotowia graficznego, które zostało powołane dla czarnego protestu; w tle: Iwona Demko, Sen o czarnym proteście, 2017, baner, 140 x 270 cm
Polki, patriotki, rebeliantki, widok wystawy
Agata Zbylut, Face-off

Jak się tłucze termometr? Z buta. Poziom erystyki stosowanej przez Agatę Araszkiewicz mną wstrząsnął. Jedziemy po bandzie. Jest w jej tekście rozdział zatytułowany „Sklepowicz i inni”. Ci inni, jak się okazuje, to Iwański i wyżej podpisany, bo właśnie w tym rozdziale Araszkiewicz, po długim, długim wstępie, zabiera się wreszcie za rozprawę z nami. Niesławnego Sklepowicza wspomina ostatecznie w dygresji, ale wmontowanej w tekst na tyle blisko naszych nazwisk, by padł na nie cień emblematycznego seksisty ery dobrej zmiany. Zabieg ten przypomina mi poetykę pasków TVP Info: kiedy tiwi nadaje relację z demonstracji w obronie sądów, na pasku leci news, że w Piotrkowie jakiś sędzia ukradł batona z Żabki. Jedno z drugim niby się nie wiąże, a jednak złodziejstwo, sędziowie i ruch w obronie ich niezawisłości mają się w świadomości widza zawiązać w ciasny supeł. Ciemny lud to kupi?

Nie wiem, jakie jest aktualne decorum feministycznego dyskursu, które uznaje Agata Araszkiewicz. Czy seksizm, ejdżyzm i osobiste wycieczki w tym decorum się mieszczą? Szukając klucza do zagadki: jak wystawa tak słuszna jak Polki, Patriotki, Rebeliantki mogła w ogóle wzbudzić czyjeś wątpliwości, autorka spekuluje na temat możliwych przypadków „testosteronowego zaćmienia”, „testosteronowego bezwładu myślowego” i „testosteronowego autyzmu”. Lustruje nasz wiek zastanawiając się, czy na ścieżce życia doszliśmy już do fazy złych, starych dziadów, którzy „bełkocą” i kompulsywnie myją swoje auta. Dochodzi do wniosku, że nie, że jesteśmy na to jednak za młodzi (sic!) Aż strach myśleć, co by było, gdybyśmy nie przeskoczyli tego biologicznego progu. Kto nie skacze, ten jest z PiSu! W niektórych kulturach zidiociałych starców, którzy nie potrafili skakać, zrzucało się przecież litościwie ze skały….

Z Paryża i Brukseli może tego nie widać, ale w Warszawie, w której mieszkam, wszystkie trzy największe i dominujące instytucje sztuki kierowane są przez kobiety, podobnie jak większość galerii prywatnych. Profesja kuratorska, branża dystrybucji prestiżu w sztuce, jest również gruntowanie sfeminizowana.

Araszkiewicz zarzuca mi, że jestem biały. Odpowiadam: sama też jesteś biała, Agato Araszkiewicz. Według autorki „Szabłowski to biały, męski, uprzywilejowany podmiot”, a więc taki, który „cechuje nieugięta pewność męskiej eksplikacji dotycząca spraw kobiet oraz naturalna swoboda i przewaga, która pojawia się u mężczyzn, gdy mówią o kobietach albo do kobiet.” Kto jest uprzywilejowany, decyduję ja! – mogłaby zakrzyknąć autorka, parafrazując bon mot pewnego znanego lotnika. Ja z kolei, jako wychowujący razem z żoną dwójkę dzieci w Polsce dobrej zmiany prekariusz, nie obawiałbym się stanąć z Agatą Araszkiewicz, mieszkającą „w Paryżu i Brukseli”, do zawodów. Kto tu jest bardziej biały? I kto jest bardziej uprzywilejowany ekonomicznie i społecznie? Odpowiedź nie jest z góry przesądzona, szczególnie że toczymy tę dyskusję na polu sztuki, i to polu lokalnym – a więc takim, w którym przywileje związane z męską podmiotowością są dyskusyjne. Z Paryża i Brukseli może tego nie widać, ale w Warszawie, w której mieszkam, wszystkie trzy największe i dominujące instytucje sztuki kierowane są przez kobiety, podobnie jak większość galerii prywatnych. Profesja kuratorska, branża dystrybucji prestiżu w sztuce, jest również gruntowanie sfeminizowana. Teoretycznie funkcjonujemy w Polsce, ale praktycznie i profesjonalnie w pewnym określonym kręgu społecznym, w gruncie rzeczy dość wąskim. Teza o automatycznym uprzywilejowaniu męskiego podmiotu w tym konkretnym kręgu jest co najmniej dyskusyjna, tym bardziej, że mizoginiczna aksjologia, często spotykana wśród mas pracujących polskich miast i wsi, akurat w kołach artystycznych, w których się obracamy, jest słabo zakorzeniona – i zresztą całe szczęście.

Naczelną zasadą polemiki Araszkiewicz jest erystyczne uogólnienie i wyolbrzymienie. Teoretyczna figura uprzywilejowania męskiego, białego podmiotu zmienia się w denuncjację rzekomego uprzywilejowania w moim konkretnym przypadku. Zaś wątpliwości wobec wystawy zrobionej przez konkretną kuratorkę w konkretnej instytucji okazują się atakiem wobec kobiet w ogóle, motywowanym testosteronowym zaćmieniem i uniwersalną zasadą mizoginistycznej przemocy. Jeżeli nawet manifestacje owej przemocy trudno wskazać w moim tekście, to nic nie szkodzi – bo, jak pisze Araszkiewicz, przemoc jest, tyle że „niewidzialna”. Ja za to dostrzegam – i odczuwam – potężny ładunek otwartej, bynajmniej nie niewidzialnej przemocy w napastliwym tekście Agaty Araszkiewicz. W ogóle mam wrażenie obcowania z projekcją; autorka zamienia mnie w ekran, na który wyświetla własne nastawienie. Zarzuca przemoc, używając jej. Zgodnie z duchem książki Mężczyźni objaśniają mi świat, Araszkiewicz objaśnia mi ukryte, niewidzialne moce, matryce i instynkty, które rządzą moim dyskursem, tłumaczy mi kim jestem i jakie mam motywacje. Sam oczywiście nie jestem w stanie ich sobie uświadomić – jestem tylko mężczyzną.

Co by było, gdybym przechwycił hormonalno-metryklaną frazę Agaty Araszkiewicz? Zaczął rozważać wiek kuratorki czy krytyczki, spekulować na temat ich równowagi hormonalnej? Albo przekonywać Agatę Araszkiewicz, że nie krytyczny rozum rządzi jej sądami, lecz jakaś „silna matryca, tak głęboka, że aż niewidzialna”?

Przechodzi mnie lodowaty dreszcz na myśl co by było, gdybym przed projekcją dyskursu Araszkiewicz ustawił lustro – i odbił ten strumień słów w lustrzanym obliczu. Sklepowicz mógłby się wówczas zmienić w Pawłowicz. Ponieważ Agata Araszkiewicz mieszka w Brukseli i Paryżu, dodam, że Krystyna Pawłowicz należy obecnie do najbardziej znanych i popularnych polskich polityczek. Pawłowicz i inne… Oczywiście te „inne” – np. Agata Araszkiewicz czy Iza Kowalczyk – są generalnie zupełnie inne niż posłanka Pawłowicz, tak jak Mikołaj Iwański, a nawet ja, jesteśmy wciąż trochę szczuplejsi i młodsi od pana Sklepowicza. Ale są i momenty zbieżne jeżeli chodzi o Pawłowicz i inne, na przykład tytuły akademickie albo nawyk głośnego uciszania polemistów. Kiedy ktoś mówi coś niesłusznego, Krystyna Pawłowicz lubi wrzasnąć do oponentów „zamknijcie się” albo nawet, powtarzając za prezesem, „zamknijcie zdradzieckie mordy”.

I co by było, gdybym przechwycił hormonalno-metryklaną frazę Agaty Araszkiewicz? Zaczął rozważać wiek kuratorki czy krytyczki, spekulować na temat ich równowagi hormonalnej? Albo przekonywać Agatę Araszkiewicz, że nie krytyczny rozum rządzi jej sądami, lecz jakaś „silna matryca, tak głęboka, że aż niewidzialna”? Czy to jeszcze rozmawiamy my, ludzie, kobiety i mężczyźni, zdolni do dyskursywnej, krytycznej refleksji, czy debatuje już Pawłowicz ze Sklepowiczem?

Wracając do mojego inkryminowanego tekstu; obok manifestacji bezradności wobec żywiołu nacjonalistycznego (bezradności elit artystycznych, ale i liberalnych w ogóle), jego drugim wątkiem był problem politycznej ideologizacji dyskursu i instytucji artystycznych. Tu znów Agata Araszkiewicz dokonuje uogólnienia brawurowego, ale nie mającego podstawy w tym, co napisałem. Pisze autorka: „Zblazowany ton Stacha Szabłowskiego ciągle zrównuje języki debaty publicznej – narodowy z feministycznym, konserwatywny i prawicowy (Arsenał za starego dyrektora Piotra Bernatowicza) z postępowo-lewicowym (Arsenał pod wodzą Marka Wasilewskiego)”. Całe szczęście, że tego zrównania dokonuję nie ja, lecz tylko mój ton. Ten ostatni nie jest jednak zblazowany, tylko zatroskany i po lekturze tekstu Araszkiewicz moja troska tylko rośnie. Z tekstu wynika bowiem, że wartość takiego projektu jak Polki, Patriotki, Rebeliantki zasadza się na przekonaniu o niepodlegającej dyskusji słuszności ideologicznej ramy, na której został on oparty. Czarny Protest ma słuszność, więc odwołująca się do niego wystawa musi być dobra. Problem w tym, że podobnie mocne przekonanie o swojej słuszności mają prawicowi kuratorzy, tacy jak eks-dyrektor Arsenału, Piotr Bernatowicz. I traktują swoją aksjologię (w ich wypadku narodowo-katolicko-mizoginiczną) w podobnie dogmatyczny sposób. Dlatego takie wystawy jak Polki, Patriotki, Rebeliantki z jednej strony, a Historiofilia czy Strategie buntu z drugiej, choć wobec siebie antagonistyczne, okazują się ostatecznie tak podobne. Co do mnie, to postuluję sztukę jako obszar wolności (włącznie z możliwością herezji), a nie pole bitwy, na którym dystrybuująca lekką ręką etykiety („reakcyjny”, „maczystowski”, „zblazowany”, „lis w kurniku” – to ostatnie na szczęście nie o mnie, tylko o Iwańskim) generalissima Agata Araszkiewicz ogłasza: kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. A poza wszystkim, z jakimi „nami”? Ja piszę w swoim imieniu o konkretnej wystawie, zaś Agata Araszkiewicz odpowiada mi w imieniu całego Czarnego Protestu oraz idei, które symbolizuje; ba, w imieniu wszystkich kobiet. Czy rzeczywiście wystawa Polki, Patriotki, Rebeliantki reprezentuje wszystkie kobiety – czy jednak w pierwszej kolejności te, które się pod nią podpisały?

Nie wierzę, by Agata Araszkiewicz nie dostrzegała, że w Polsce liberalny męski podmiot więcej łączy z liberalnym feministycznym podmiotem niż z męskim podmiotem kibolsko-narodowo-katolicko-faszystowskim i jego białoczerwonymi szalikami, których tak wiele było na wystawie Izy Kowalczyk. Te szaliki duszą także wielu polskich mężczyzn, ale mam wrażenie, że wygodniej Agacie Araszkiewicz ten fakt przemilczeć, tym bardziej, że unosi się nad nim niewygodny zapaszek klasizmu (skoro już rozmawialiśmy o tym, kto jest uprzywilejowany). Rzecz jednak w tym, że momencie dogmatycznego usztywnienia nie czas na niuanse. Ten moment dogmatyczny to chwila, w której każdy emancypacyjny, wolnościowy impuls balansuje niebezpiecznie na granicy, po przekroczeniu której zmienia się we własne przeciwieństwo. Wówczas zaczyna się lustrowanie oponentów, szukanie wrogów we własnych szeregach, demaskacje wilków w owczej skórze i lisów w kurniku, etykietowanie; w ruch idzie policyjny, dyscyplinujący język. Uważam, że tym, co odróżnia nas, (liberałów, liberałki, kobiety i mężczyzn mających pretensje do niezależnego, wolnego, krytycznego myślenia) od reakcyjnej konserwy nie jest umiejętność odpalania torped w poglądy antagonistów. Kryptofaszyści też uwielbiają odpalać torpedy. Różnicy tej nie konstytuuje również zdolność do zwierania szeregów – jeden naród, jeden ruch, jedna dogma czy jeden protest (choćby i Czarny), to znów domena ludzi niechętnych (lękających się) wolności, a nie aspirujących do swobodnego myślenia. Sądzę, że różnicę między „nimi” i „nami” określa raczej zdolność do przekraczania przekonań własnych, a nie tylko cudzych, gotowość do okiełznania własnych dogmatycznych instynktów, do poddawania własnego dyskursu permanentnej krytycznej korekcie. Ta niechęć do budowania monolitów od zawsze osłabiała taktycznie szeroko pojęte liberałki i liberałów wszystkich epok. Jednak z drugiej strony, po co w ogóle podejmować wysiłek spierania się z antagonistami, jeżeli mielibyśmy być dokładnie takie same i tacy sami jak oni?

[1] Tu się jednak zagalopowałem: Pawłowicz była kobietą!

Iwona Demko, Polka walcząca
Marta Frej, z cyklu: Czarny protest, 2017
Irena Kalicka, Autoportret, 2009–2010, fotografie analogowe, format 100 x 70 cm
Marta Frej, z cyklu: Czarny protest, 2017
Kawiorowa Patriotka, 2015, suknia uszyta z szalików kibiców reprezentacji polskiej, ok. 1,5 x 1,5 m
Polki, patriotki, rebeliantki, widok wystawy

Mikołaj Iwański

Nie bujaj się!

Pięć tygodni temu „Szum” opublikował moją recenzję wystawy Polki, Patriotki, Rebeliantki. Burza, jaka wybuchła po jej publikacji, nieco mnie zaskoczyła.

Szczerze mówiąc spodziewałem się, że kuratorka napisze sprostowanie lub polemikę. Bo wiem, że nie wszyscy są odporni na krytyczne uwagi. Chciałem zaznaczyć, że faktycznie do mojego tekstu wkradło się kilka drobnych nieścisłości, które jednak nie miały wpływu na konkluzję. Pomimo tego jedyne odczytanie literalnie spisanych uwag, jakie przyszło kuratorce do głowy, to zarzut, że wyręczam „prawicowych kolegów od sztuki w rozjeżdżaniu lewackiej wystawy”.

Zaskoczył mnie natomiast monumentalny esej napisany przez Agatę Araszkiewicz, w który autorka – odnoszę wrażenie – włożyła zdecydowanie więcej wysiłku niż kuratorka w research i przygotowanie koncepcji wystawy. Tekst obfituje zarówno w błyskotliwe aluzje, erudycyjne odniesienia, jak i grubo ciosane zarzuty, w tym paramedyczne diagnozy z obszaru domorosłej endokrynologii. Choć Araszkiewicz dwoi się i troi, dokonując spektakularnej ekwilibrystyki, Kongresu Kobiet wybronić się po prostu nie da – a w jego kontekście wystawy Kowalczyk.

Tekst Agaty Araszkiewicz jest na swój sposób magiczny. Przenosi nas w równoległą rzeczywistość, gdzie najważniejszy konflikt społeczny to konflikt wokół symboli narodowych. Araszkiewicz kreuje przestrzeń political fiction, w ramach której konstruuje najwyraźniej kompletnie niezrozumiały dla niej proces transformacji ustrojowej jako diaboliczne przejście z totalitarnego systemu do liberalnej demokracji. W owym „totalitaryzmie” nie było jednak religii w szkołach, istniał rozdział kościoła od państwa, zaś aborcja była legalna. Podczas gdy w liberalnej demokracji aborcja jest zakazana, kościół skutecznie miesza się do wszystkiego, a religia staje się podstawą edukacji. Niemniej te nieścisłości nie zakłócają wartkiej opowieści o wystawie w poznańskim Arsenale jako o zdarzeniu, które jest czystą kuratorską perfekcją.

W relacji autorki na wystawie Polki, Patriotki, Rebeliantki splatają się różne wątki najnowszej historii, by osiągnąć eschatologiczny punkt, w którym wszystkie narracje otrzymują ostateczny sens. Każda decyzja kuratorki jest w tej opowieści trafiona, przesiąknięta wręcz cząstką boskiej mądrości. Wobec tego każda uwaga krytyczna, czy chociażby niepochlebne słowo, zyskują walor straszliwej herezji. Bo jak można dyskutować z doskonałością, która objawiła się w sposób tak bezdyskusyjny?

Osobiście dostrzegam daleko posuniętą symbiozę między środowiskami liberalnymi i prawicowymi populistami, dlatego dumne określanie wystawy jako „projektu lewackiego” jest mocno na wyrost.

Kongres Kobiet jest animowany głównie przez kobiety, które na co dzień są zaangażowane w promowanie antypracowniczej i antysocjalnej polityki. Wiele razy obserwowałem jak kierowana przez Henrykę Bochniarz organizacja pracodawców walczyła m.in. z każdą propozycją podniesienia płacy minimalnej. Sam Lewiatan jest partnerem kongresu, więc chyba można założyć jakąś zbieżność ideową. Może gdyby Henryka Bochniarz była mniej skuteczna w swojej antypracowniczej krucjacie, to na ulicach polskich miast byłoby mniej symboli narodowych, mniej skrajnej prawicy, ksenofobii i antykobiecej polityki, z którą tak dzielnie potem walczy zarówno kuratorka, jak i sam Kongres Kobiet. Osobiście dostrzegam daleko posuniętą symbiozę między środowiskami liberalnymi i prawicowymi populistami, dlatego dumne określanie wystawy jako „projektu lewackiego” jest mocno na wyrost.

Jak twierdzi Araszkiewicz, intencje recenzenta można rozgryźć już po stawianiu kroków – sposobie w jaki wchodzi na wystawę (nie zdziwię się jeśli Kongres Kobiet, który posiada już swój gabinet cieni, ustanowi klon „ministerstwa głupich kroków”, który ukróci dowolność w tym zakresie). Jeśli taki pacjent ma zbyt pewny krok – to znaczy, że się „buja”. Wówczas należy go „zbanować” zarzutem „przemocowego znużenia”. Najgorsze jednak, że nie poddaje się religijnemu uniesieniu, które według Araszkiewicz jest miarą wiarygodności.

Podchodząc do lektury zastanawiałem się, czy będzie „strzał” z Romana Sklepowicza. To jakże wyrafinowane zestawienie ze Sklepowiczem rozbłyska dopiero w drugiej części artykułu, w mrokach „testosteronowego autyzmu”. Świeci niczym trudna prawda, którą trzeba mieć odwagę powiedzieć, niczym Mariusz Max Kolonko w katakumbach YouTube’a. W Polsce toczy się wojna o prawa kobiet. W takich warunkach trzeba walić z moździerzy w każdą wioskę, która mogła współpracować z wrogiem. Pod ręką niezawodna amunicja: zarzut seksizmu albo – zrozumiały tylko dla wtajemniczonych – zarzut „dyskretnego seksizmu”, tudzież „seksistowskiego posmaku”. „Seksizm” w rozumieniu Araszkiewicz to nie tylko dyskryminowanie ze względu na płeć. To każde działanie, które nie zyskuje jej akceptacji. Jeśli komuś skojarzy się to z maccartyzmem, to tylko potwierdza jego winę. Nie ma przecież obowiązku tłumaczenia się z czegoś tak oczywistego.

Z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem utwierdzałem się w przekonaniu, że gesty oraz idee potrafią obronić się same. Szczególnie jeśli są tak trafne, jak możemy to wyczytać z obszernej recenzji Araszkiewicz. A ściślej – z recenzji recenzji.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaChór Czarownic/Witches Choir, Iwona Demko, Monika Drożyńska, Marta Frej, Irenka Kalicka, Kolaborantki, Kolektyw Złote Rączki, Zofia Kuligowska, Dawid Marszewski, Karolina Mełnicka, Ewa Partum, Liliana Piskorska, Jadwiga Sawicka, Ewa Świdzińska, Agata Zbylut; fotoplastikon: Mateusz Budzisz, Barbara Sinica, Radosław Sto
WystawaPolki, Patriotki, Rebeliantki
MiejsceGaleria Miejska Arsenał w Poznaniu
Czas trwania8.09–8.10.2017
KuratorIzabela Kowalczyk
FotografieDiana Lelonek
Strona internetowaarsenal.art.pl
Indeks

Zobacz też