22.09.2017

O recentralizacji BWA raz jeszcze, czyli co (i dlaczego) powiedziałem podczas Ogólnopolskiej Konferencji Kultury

Jakub Banasiak
BWA Zielona Góra, fasada z reliefem Mariana Szpakowskiego, połowa lat 60., fot. archiwum BWA ZG
O recentralizacji BWA raz jeszcze, czyli co (i dlaczego) powiedziałem podczas Ogólnopolskiej Konferencji Kultury
BWA Zielona Góra, fasada z reliefem Mariana Szpakowskiego, połowa lat 60., fot. archiwum BWA ZG
Decentralizacja i neoliberalizm to ciągle święte krowy III RP, których krytyka naraża na argumenty „ad Stalinum”. Tymczasem centralizacja to neutralne narzędzie organizacji systemu politycznego, stosowane w wielu krajach Europy Zachodniej. Nie ma czego się bać.

14–15 września, w ramach Ogólnopolskiej Konferencji Kultury, miały miejsce obrady w dziedzinie sztuk wizualnych. Na zaproszenie Jarosława Suchana i Hanny Wróblewskiej wziąłem udział w dyskusji pt. Instytucje sztuk wizualnych. Rola, szanse i wyzwania (moderatorka: Ewa Łączyńska-Widz, paneliści: Bogna Burska, Marek Puchała, Joanna Rzepka-Dziedzic, Jarosław Suchan). Można powiedzieć, że byłem w komfortowej sytuacji: nie jestem etatowym pracownikiem ani współpracownikiem żadnej instytucji wystawienniczej, instytucjami zajmowałem się za to zawodowo, jestem ich stałym gościem, w końcu – słyszałem o nich multum historii z pierwszej, drugiej i trzeciej ręki. Postanowiłem tę wygodną pozycję wykorzystać. Podczas gdy pozostali paneliści – co zrozumiałe – planowali podzielić się swoimi doświadczeniami, akcentując już to silne, już to słabe strony pola instytucjonalnego, ja postanowiłem zarysować nieco szerszy obrazek, jednak przede wszystkim – zaproponować wizję recentralizacji galerii należących do dawnej sieci BWA. Cóż, nie zostałem chyba dobrze zrozumiany; już w kuluarach często słyszałem, że „o co mu właściwie chodziło z tą recentralizacją?”, mój postulat za „dziwaczny” uznał także Karol Sienkiewicz. Śpieszę więc wyjaśnić „o co właściwie mi chodziło” – poniżej pierwowzór mojego wystąpienia (w Krakowie z konieczności ograniczonego do najważniejszych haseł).

*

Kondycji polskiej kultury, w tym sztuk wizualnych, nie można rozpatrywać w oderwaniu od przemian ustrojowych po 1989 roku. Mówiąc inaczej, dzisiejsza sytuacja nie jest czymś „naturalnym” (choć często ją naturalizujemy), ale przeciwnie – jest wynikiem pewnego konkretnego projektu ideologicznego. Zanim do niego dojdziemy, przypomnijmy, że podczas obrad Okrągłego Stołu zwyciężył solidarny projekt ekonomiczny – tzw. „społeczna gospodarka rynkowa” wyrastająca jeszcze z ideałów Sierpnia. Jak dobrze wiemy, program ten został przekreślony wkrótce po powołaniu gabinetu Tadeusza Mazowieckiego. W 1990 roku przeprowadzono dwie wielkie reformy, które położyły fundamenty pod ustrój III RP: gospodarczą i samorządową. Pierwsza opierała się na deregulacji rynku, prywatyzacji mienia państwowego, znaczącej redukcji świadczeń socjalnych, ograniczenia interwencjonizmu państwowego itp. Druga zakładała głęboką decentralizację państwa. Sfera kultury, podobnie zresztą jak inne sektory państwa, została całkowicie podporządkowana tym dwóm reformom. Jak pisze socjolog Kazimierz Krzysztofek, „żadne z liczących się ugrupowań politycznych nie poświęcało w […] okresie przełomu zbyt wiele uwagi sprawom kultury i polityki kulturalnej”, zaś popularnym sloganem było: „najlepszą polityką kulturalna jest brak polityki kulturalnej”.

Co oznaczało to dla sztuki wizualnych (wówczas: plastyki)?

Zacznijmy od reform gospodarczych. Już w 1989 roku nastąpiło zmniejszenie zatrudnienia w jednostkach upowszechniania kultury i instytucjach artystycznych o 10%, czyli ok. 8000 osób. Płace spadły także w samym resorcie. 1 stycznia 1990 roku Leszek Balcerowicz podjął decyzję, że MKiS nie może finansować działalności statutowej podlegających mu instytucji (a jedynie przedmiotową, czyli, mówiąc dzisiejszym językiem, wybrane projekty). Nowe ustawy gospodarcze nie przewidywały jakichkolwiek ulg dla instytucji artystycznych. Regulatorem został rynek, a nie, tak jak wcześniej, państwo. Plastycy stracili świadczenia emerytalne, świadczenia socjalno-bytowe i preferencyjne czynsze na wynajem pracowni, a nowe władze zignorowały postulat przeznaczenia 1% budżetu państwa na kulturę (wysuniętego przez środowiska twórcze jeszcze w 1980 roku). Jednym słowem – mecenat państwowy się zwijał. Jednocześnie zaczęto stymulować rozwój mecenatu prywatnego, kłaść nacisk na partnerstwo publiczno-prywatne, wspierać tzw. trzeci sektor.

I druga reforma. 8 marca 1990 roku Sejm uchwalił ustawę o samorządzie gminnym, która przekształcała dotychczasowe rady narodowe w rady gmin o znacznie szerszych uprawnieniach. Kultura została wpisana do zadań własnych tzw. Jednostek Samorządu Terytorialnego. Zmiany objęły ponad dwa tysiące gmin, tym samym ustanawiając w Polce samorząd. Pod jego władztwo przesunięto szereg placówek upowszechniania kultury o charakterze lokalnym.

Ustawa wskazywała podział na narodowe, państwowe i samorządowe instytucje sztuki. Te pierwsze, jako jedyne, zostały objęte bezpośrednim mecenatem państwa. W obrębie sztuki współczesnej były to Zachęta, CSW i Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku. Placówki państwowe podlegały wojewodom i były tylko wspomagane przez MKiS. Samorządowe w całości podlegały gminom. W konsekwencji tych zmian około 15% galerii sieci BWA zlikwidowano, a reszta przeszła na poziom państwowy. Wsparcie państwa było jednak iluzoryczne. Departament Plastyki mógł bezpośrednio współfinansować tylko imprezy o charakterze ogólnopolskim i te „o walorach znaczących dla kultury narodowej”, których jednak, z natury rzeczy, w galeriach sieci BWA było niewiele. Ustawa z 8 marca nie pozwalała MKiS przekazywać środków jednostkom terenowym, Departament masowo odmawiał więc dofinansowania remontów, bieżącego programu, adaptacji nowych przestrzeni itp. W momencie zmiany ustroju galerie BWA funkcjonowały w 47 z 49 województw, przy czym niejednokrotnie oprócz głównych placówek funkcjonowały mniejsze galerie filialne, co daje ok. 60 instytucji. Według raportu MKiS z 1989 roku BWA dysponowały rozległą, choć zdewastowaną infrastrukturą, były niedofinansowane, a niejednokrotnie niedobrze zarządzane, jednak próbowały się modernizować i pełnić przypisaną im funkcję społeczną. Poszczególne galerie wciąż organizowały po kilkadziesiąt wystaw rocznie.

Jednak centralizację kojarzono jednoznacznie źle – nie tylko z podległością centrum politycznemu, ale także z Centralnym Planem Wystaw. Dlatego wraz z decentralizacją kultury zdecydowano się wspierać rozmaite formy „outsourcingu”, cedując działalność kulturalną na niższe szczeble państwowe i sektor prywatny.

Wszelkie badania pokazują, że po przełomie środowisko plastyków uległo znacznej pauperyzacji. Jeżeli przyjmiemy, że w 1989 roku wydatki na kulturę wynosiły 100%, to w roku 1990 było to 70%, w 1991 – 50%, zaś w 1992 – 45%.

Środowiska plastyczne, skupione wówczas wokół ZPAP, protestowały przeciwko obu tym rozwiązaniach – decentralizacji i, w większym stopniu, likwidacji mecenatu państwowego. Po uchwaleniu ustawy zrównującej czynsze pracowni i lokali dla najemców prywatnych Jacek Sempoliński mówił o „paleokapitalizmie”, któremu bezrefleksyjnie ulega nowa władza. Takich jak on nikt jednak wówczas nie słuchał. Podział publicznych instytucji kultury na trzy wspomniane typy sankcjonowała uchwalona 25 października 1991 roku Ustawa o organizowaniu i prowadzeniu działaności kulturalnej. Ustawa ta, po kilku nowelizacjach, obowiązuje do dziś. W kolejnych latach proces zwijania państwa postępował – także w obszarze sztuki. W 1992 roku zlikwidowano Departament Plastyki („restrukturyzacja”). W 1993 przyjęto pierwszy (!) po 1989 program polityki kulturalnej państwa, w którym podtrzymano dotychczasowe kierunki rozwoju (?) kultury. Podważono w nim m.in. dalszy udział MKiS w finansowaniu placówek z poziomu wojewódzkiego, a więc również BWA. „Budżet państwa nie jest w stanie unieść pełnych kosztów utrzymania i działaności całej dotychczasowej sieci instytucji”, zapisano w programie. Zgodnie z obowiązującym wówczas „menedżerskim” językiem, ministerstwo widziało swoją rolę jako bezstronnego, merytorycznego organizatora instytucji kultury – podmiotu zarządzającego. Za priorytety nowego programu uznano ochronę dziedzictwa narodowego oraz ochronę książki. Na temat plastyki dokument nie wspominał.

Wszelkie badania pokazują, że po przełomie środowisko plastyków uległo znacznej pauperyzacji. Jeżeli przyjmiemy, że w 1989 roku wydatki na kulturę wynosiły 100%, to w roku 1990 było to 70%, w 1991 – 50%, zaś w 1992 – 45%.

Kiedy przygotowywałem się do tego wystąpienia, przeczytałem rozmaite raporty o stanie kultury po 1989 roku. Uderzyło mnie w nich jedno – powszechna krytyka wpływu reformy samorządowej na kulturę (po kilku rytualnych pochwałach o „największym osiągnięciu”), a także, co mniej zaskakujące, neoliberalnej doktryny ekonomicznej. Spójrzmy na kilka takich krytyk.

Skala zaniedbań w sferze kultury stała się jasna w trakcie procesu akcesyjnego Polski do UE. Ministerstwo zostało wówczas zobligowane do zamówienia tzw. analizy SWOT. Analiza w punktach wykazała skutki wieloletnich zaniechań i uzależnienia kultury od innych sektorów funkcjonowania państwa.

Już profesor Irena Lipowicz, jedna z architektek drugiego etapu reformy samorządowej, wskazywała na liczne niedociągnięcia ustaleń z 1990, wprowadzanych jej zdaniem pośpiesznie i niestarannie. Lipowicz podkreślała, że po wprowadzeniu zmian w 1990 roku władze centralne wyspecjalizowały się w „decentralizacji kłopotów”, czyli cedowaniu na gminy kolejnych zadań bez zapewnienia im finansowania. Jednocześnie ustawa nieprecyzyjnie definiowała obowiązki gmin, co pozwalało lokalnym władzom uchylać się od zaleceń centrali. Lipowicz wskazywała ponadto, że reforma nie zlikwidowała lokalnych interesów i zależności, a nowy aparat urzędniczy identyfikował się ze starym, partyjnym. Powszechny był także nepotyzm – w poszczególnych gminach (szczególnie małych) powstawały całe rodzinno-przyjacielskie „klany”. Poszczególne instytucje nie były więc, jak chcieli twórcy reformy, samorządne, lecz często zależne także od lokalnych układów.

Problemy te występowały także w sferze kultury. Jak zauważa Andrzej Gontarz, „ustawa samorządowa zalicza działalność kulturalną do zadań własnych gminy. Nie określa jednak dokładnie sposobów realizacji owej działaności ani nie precyzuje obowiązków ciążących w tym zakresie na władzach komunalnych. Kształt życia kulturalnego zależy więc w dużej mierze od woli i zaangażowania miejscowego samorządu, a także od aktywności i siły perswazji przedstawicieli ośrodków kulturalnych”.

Dobitnie potwierdzają to niedawne badania Jakuba Dąbrowskiego nad cenzurą w sztuce polskiej po 1989 roku. To nieformalne naciski władz lokalnych (w tym kleru) były przyczyną działań cenzuralnych i autocenzuralnych w odniesieniu do sztuki. Bardzo często obawa przed reakcją lokalnych władz była silniejsza niż autonomia placówek artystycznych.

Skala zaniedbań w sferze kultury stała się jasna w trakcie procesu akcesyjnego Polski do UE. Ministerstwo zostało wówczas zobligowane do zamówienia tzw. analizy SWOT. Analiza w punktach wykazała skutki wieloletnich zaniechań i uzależnienia kultury od innych sektorów funkcjonowania państwa. Minister Waldemar Dąbrowski konstatował: „Wyniki były szokujące. Okazało się, że państwo polskie w najmniejszym stopniu w Europie finansuje aspiracje kulturalne swoich obywateli”.

Wymienię tylko kilka najważniejszych uwag z listy kilkudziesięciu: „Brak jasno określonej polityki kulturalnej państwa”; „Brak spójnej polityki kulturalnej jednostek samorządu terytorialnego i Ministerstwa Kultury”; „Brak zarządzania strategicznego w kulturze, koncentracja jedynie na zarządzaniu operacyjnym”; „Niski budżet ministra kultury”; „Zły stan techniczny infrastruktury infrastruktury instytucji kultury”; „Niewydolny system zarządzania instytucjami kultury”; „Wysoka zależność instytucji kultury i dyrektorów od organizatorów tych instytucji”; „Zła struktura kosztów instytucji kultury (wysoki i wciąż rosnący udział kosztów stałych)”. Wszystkie te punkty odnoszą się również do obszaru sztuki.

Dąbrowski deklarował potem: „Najpoważniejszym błędem była reforma samorządowa z końca lat 90., nieprzygotowana, robiona szybko, jakby robiona z pragnieniem wpisania się w cykl wielkich reform rządu premiera Jerzego Buzka. Kulturze ta reforma przyniosła kolosalne szkody, bo pomieszała wszystko, co można było pomieszać. Województwom przypisano instytucje o randze narodowej, powiatom – o randzie wojewódzkiej”.

W przypadku sztuki tymi instytucjami były BWA.

Przyjęcie Narodowej Strategii Rozwoju Kultury – a potem akces Polski do UE – stało się największym impulsem modernizacyjnym polskiej kultury po 1989 roku, jednak impulsem głównie o charakterze infrastrukturalnym. Najlepiej obrazuje to plan finansowy programu: ponad 70% środków miało pochodzić z funduszy europejskich i innych źródeł pozabudżetowych. Jednak plan ten właśnie się kończy – w 2020 roku zamknie się ostatnia perspektywa budżetowa UE, której jesteśmy beneficjentem. Granty unijne bez wątpienia przeniosły infrastrukturę polskich instytucji sztuki na zachodnioeuropejski poziom. Powołano także program Znaki Czasu i Narodowe Kolekcje Sztuki Współczesnej.

Plastyka nie tylko zależy od politycznych kalkulacji lokalnych władców, ale zazwyczaj jest także najmniej poważaną dyscypliną kultury, w wyścigu o lokalne fundusze przegrywając nawet z tzw. kulturą eventową (fregaty, jarmarki itp.).

Jednak zmiana infrastruktury nie oznacza zmiany struktury systemu. Raport Instytucje kultury w XXI wieku: wartość, konieczność czy przeżytek? powstały w 2009 roku w przededniu Kongresu Kultury i podsumowujący kolejną dekadę, dowodzi jak silne są uwarunkowania z 1990 roku. Jak piszą jego autorzy, „proces decentralizacji w ramach niezbędnej reformy administracyjnej był w obszarze kultury instytucjonalnej całkowicie nieprzygotowany, a decyzje przypisujące daną instytucję kultury do danego samorządu często przypadkowe. Tak przeprowadzona decentralizacja spowodowała powstanie sytuacji tzw. »mijających się kompetencji«. Kultura jest dziś jedynym dużym sektorem publicznym w Polsce, który nie został poddany głębszej transformacji w ciągu ostatnich 20 lat”.

Podobne wnioski znajdziemy także w raporcie prof. Doroty Ilczuk, który – między innymi – znalazł się w materiałach Ogólnopolskiej Konferencji Kultury

Problemów jest więcej. Przede wszystkim, plastyka nie tylko zależy od politycznych kalkulacji lokalnych władców, ale zazwyczaj jest także najmniej poważaną dyscypliną kultury, w wyścigu o lokalne fundusze przegrywając nawet z tzw. kulturą eventową (fregaty, jarmarki itp.). Odpowiedź decydentów na taki stan rzeczy jest jedna: granty (rozwińmy: grantoza, prekariat, projektariat). Warto zwrócić również uwagę, że dziś o jakości byłych galerii BWA decydują kadry, a nie przejrzyste procedury. Galerie, które kojarzymy jako „dobre”, są wszak takie dzięki charyzmatycznym liderom, którzy niejednokrotnie piastują swoje stanowiska przez długie lata (10, 15, 20…), co, między innymi, blokuje rozwój młodszym pokoleniom (zjawisko „wiecznych dyrektorów”). Trudno uznać to za rozwiązanie systemowe – to raczej wielka porażka systemu, chociaż nietrudno zrozumieć jej mechanizm („może przyjść ktoś gorszy i co wtedy”). Ile jednak jest takich „dobrych” placówek? Trzy? Pięć? Siedem? Tymczasem warto zauważyć, że to zdecydowana mniejszość galerii z dawnej sieci BWA – reszta często pełni funkcje zbliżone do funkcji domów kultury, a nie dynamicznych placówek popularyzowania sztuki współczesnej.

Jednak nie powtarzalność diagnozy stanu kultury lokalnej zdumiała mnie najbardziej, ale powtarzalność recept. Wszystkie wymienione raporty hołdują bowiem zasadzie „więcej tego samego”. Decentralizacja i neoliberalizm w kulturze nie działają? W takim razie były aplikowane zbyt nieśmiało! Konieczne jest jeszcze więcej samorządności, partnerstwa publiczno-prywatnego i organizacji pozarządowych w kulturze. To dobrze rozpoznane przez badaczy prawo: jeżeli regiony półperyferyjne (jak Polska) automatycznie aplikują rozwiązania wypracowane w centrach, mechanizm zawsze jest podobny: jeśli dane rozwiązanie nie działa, jesteśmy przekonywani, że było wdrażane nie dość stanowczo. I musi być bardziej.

Cóż, skoro nie działało przez 28 lat, to może to naprawdę nie działa?

Pomyślałem więc, że pewnie i ta konferencja skończy się jeszcze jednym raportem, gdzie powtórzone zostaną te same diagnozy i recepty. Decentralizacja i neoliberalizm to ciągle święte krowy III RP (nie bez przyczyny idące w parze), których krytyka naraża na argumenty ad Stalinum (taki też pojawił się w Krakowie w stosunku do mojego wystąpienia, a jakże). Tymczasem centralizacja to neutralne narzędzie organizacji systemu politycznego, stosowane w wielu krajach Europy Zachodniej. Nie ma się czego bać.

Jak przywrócić więc świetność BWA? Recentralizując sieć. Proponuję następujące rozwiązania:

  1. Centralizacja finansowania, wpisanie w struktury MKiDN – powrót BWA do pozycji instytucji narodowych (przecięcie zależności lokalnych).

  2. Niezależność programowa każdego ośrodka.

  3. Rezygnacja z budżetowania w perspektywie rocznej na rzecz co najmniej 2-letniej, zwiększenie budżetu kosztem rokrocznych konkursów ministerialnych.
  4. Przejrzysty konkurs (z konsultacjami, komisją ekspercką itp.), a nie mianowanie (odsyłam do bardzo pouczającej dyskusji sprzed 7 lat).
  5. 6-letnia kadencja dyrektora – tak, żeby wybór nie pokrywał się z wyborami parlamentarnymi. Wzorcem jest tu Narodowy Bank Polski, który jako jedna z nielicznych polskich instytucji publicznych hołduje tej zasadzie.
  6. Zmiany uchwalone w danej kadencji Sejmu wchodzą w życie po następnych wyborach.
  7. Jedna osoba może piastować stanowisko dyrektorskie przez maksymalnie dwie kadencje.
  8. W kilku największych miastach (pułap liczby mieszkańców do ustalenia) konkurs ma charakter międzynarodowy.
  9. Aby wystartować w konkursie, niekonieczne jest doświadczenie na stanowisku dyrektorskim.
  10. 25% programu danej placówki musi dotyczyć twórców lokalnych.
  11. Ustalenie maksymalnego procenta przestrzeni galerii przeznaczonej na cele pozaartystyczne (księgarnia, kawiarnia) i przyjęcie zasady, że przestrzeń tę prowadzi sama galeria (państwo), a zyski przeznacza się na działalność placówki (odejście od prywatyzacji instytucji sztuki).
  12. Wspólna (i spójna) identyfikacja wizualna galerii sieci, wspólny bilet (karta), mapki, promocja sieci, zniżki PKP dla posiadaczy karty itp.

Jarosław Suchan, którego wypowiedź przytacza Karol Sienkiewicz, argumentował, że pomysł recentralizacji jest zły, bo do tej pory decentralizacji było po prostu – tak, tak! – za mało: „Tu skontrował go [mnie – JB] Jarosław Suchan, zauważając, że za administracyjną decentralizacją reformy samorządowej nie nastąpiła faktyczna decentralizacja świata sztuki, trend jest wręcz odwrotny”. Czyli: więcej tego samego, a na pewno zadziała! Warto przy tym podkreślić, że Suchan kieruje placówką… scentralizowaną.

Tymczasem recentralizacja to nie jest zadanie niewykonalne, nie jest też substancjalnie gorsze lub lepsze od innych. Co więcej, bazuje na wnioskach, które doskonale znamy, i to od lat. Nie jest też drogie. Budżet Programu Narodowe Kolekcje Sztuki Współczesnej w skali roku to 6,5 mln złotych. Koszt budowy jednego kilometra autostrady to 9 mln euro. Państwo polskie stać na recentralizację sieci BWA.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!

Stopka

Zobacz też