24.02.2017

Radosny taniec delfinów. „To” Marty Ziółek w Nowym Teatrze

Wojciech Albiński
To. Marta Ziółek, Nowy Teatr, fot. Tomasz Ćwiertnia
Radosny taniec delfinów. „To” Marty Ziółek w Nowym Teatrze
To. Marta Ziółek, Nowy Teatr, fot. Tomasz Ćwiertnia
W spektaklu Ziółek otulającej muzyce towarzyszy taniec – nic z pierwszych potrzeb Maslowa, nic z drugich, ani nawet ostatnich i wyższych, mamy tylko radosny taniec delfinów. Może uwierzyłbym w tę dokonaną już rewolucję, gdyby nie…

Przeżyłem małą, łechcącą i osobistą przyjemność gdzieś w drugiej trzeciej spektaklu, kiedy ze sceny padło słowo „rewolucja”, nie raz, a dla upewnienia kilkanaście razy. Jakby dla mnie, bo już od pierwszych gestów, od samego zaproszenia na widownię, wygłaszanego przez Ziółek, tancerkę i autorkę przedstawienia, z dźwigu nad sceną, wiedziałem, że będzie to o tym, co będziemy robić po rewolucji. Skąd wiedziałem?

O Marcie Ziółek, „talencie poszerzającym pole ekspresji kinetycznej człowieka” (mam nadzieję, że dobrze cytuję dwutygodnik.com) nie czytałem wcześniej nic, recenzje z teatru omijam jak tabele piłki nożnej, ale skwapliwie i ochoczo oglądam wszystkie gify płynące szerokim strumieniem przez Facebooka, przez Tumblra i co ciekawsze teledyski na shotsach. Stąd.

To. Marta Ziółek, Nowy Teatr
To. Marta Ziółek, Nowy Teatr, fot. Tomasz Ćwiertnia
To. Marta Ziółek, Nowy Teatr, fot. Tomasz Ćwiertnia
To. Marta Ziółek, Nowy Teatr, fot. Tomasz Ćwiertnia

O tych najlepszych, czyli gifach z kąpiącymi się w różowej poświacie obłymi ciałami para-delfinów, para-teletubisi, z głaskami autoramentu co najmniej kosmicznej pramatki nawet redaktorzy szanownych (i właśnie zamykanych z powodu braków ministerialnych dotacji) czasopism lewicowych zwykli się wypowiadać: „tak będziemy zachowywać się po rewolucji”. Na Facebooku oczywiście. W żartach.

Bo sam ten tekst, nim jeszcze o Ziółek, w zestawieniu z gifami, wydawał mi się niezwykle przezorny, detonujący te wszystkie lewicowe eschatologie, punkt Omega i możliwy koniec czasów – „nie tacy my głupi, by nie wiedzieć, że walka klas nie kończy się nigdy, a jeśli już, to jedynie iluzją.”

No i właśnie przez estetykę do takiej porewolucyjnej rzeczywistości dotarłem dzięki Marcie Ziółek i jej spektaklowi „To” w Nowym Teatrze. Mamy tam niby bluebox, limbo, nic, czasem snujący się dym z dymiarki i troje przerośniętych nastolatków bawiących się teledyskowymi figurami i przekrzykującymi „to”, „to”. „To”. Zaiste tak już przecież wygląda świat demokracji liberalnych po rewolucjach, czy nie pamiętamy tego z domówek? Ktoś podchodzi do komputera, zmienia muzykę i znów nowy bodziec, i znów nowy taniec, i znów – „to”, „to”. Syn sąsiadów, kiedy dzieci przestawały zauważać go w piaskownicy, mówił nieco dłużej: „pacie do mnie”. Wydano też ileś książek o narcyzach.

Słowem, świat po rewolucji wygląda u Ziółek przekonująco. Muzyka – którą dziś słyszałem wszędzie, w stajni, w dyskoncie spożywczym, w aucie i restauracji na koniec dnia, a mogę ją włączyć nawet zaraz do snu (!); tam, w teatrze stała się nagle rzeczywista, otulająca – jakby pokazując, że nigdy jeszcze nie mieliśmy tylu bodźców, które wystrzeliwują nas do świata wolnego od fizjologii (leciwa Doris Lessing w swych wspomnieniach przyznała się do poglądu, który sama uznała za dziwny, że zachowanie ludzi w XX wieku zmieniła najbardziej muzyka, masowa, rytmiczna muzyka). Muzyce towarzyszy taniec – nic z pierwszych potrzeb Maslowa, nic z drugich, ani nawet ostatnich i wyższych, mamy tylko radosny taniec delfinów. I może uwierzyłbym w tę dokonaną już rewolucję, gdyby nie…

To. Marta Ziółek, Nowy Teatr, fot. Katarzyna Szugajew / Nowy Teatr
To. Marta Ziółek, Nowy Teatr, fot. Katarzyna Szugajew / Nowy Teatr
To. Marta Ziółek, Nowy Teatr, fot. Katarzyna Szugajew / Nowy Teatr

I tu można spoilerować to przedstawienie, albo symbolicznie przejść do jeszcze jednego osobistego wrażenia z dnia, dotyczącego tejże przemiany. Kiedy jechaliśmy do teatru, autostrada wspinała się na ślimak, zjeżdżała z niego i znowu wspinała się na słupach w górę. I jeśli ta pętla Mobiusa jeszcze piętnaście lat temu cieszyłaby mnie w nieskończoność właśnie jako spełniona rewolucja, teraz – kiedy wiem, że wszystko to jest nietrwałe, a niewiele dalej burzą miasta, nie daje już radości. Porewolucyjna nostalgia gospodyń domowych, którą ze zgrozą opisywał Günter Grass, podając wibrator za główne narzędzie budzenia jakichkolwiek wrażeń, znikła i znikło poczucie samej możliwości zmiany.

Wyśpiewuje to i Ziółek, dla mojej radości wtedy to oficjalnie cytując te wszystkie klisze teledyskowe „your revolution will not be televised”; nie będzie też taka, ani inna, być może nie będzie jej wcale. No właśnie. Estetyczny koncept czerpiący ze Spring Breakers Harmony’ego Korine’a, czy pisania Donalda Barthelmego idzie dalej – do dwuznacznego końca, który bez wyrzutów sumienia o spoiler można opowiedzieć tutaj. Bo na końcu wszyscy się rozbierają i nacierają oliwką, kładą i wyglądają –  no właśnie: jak po orgii, jak martwe ciała, jak na plaży.

Ludzie klaszczą, Ziółek wstaje i mówi, że wszystko się udało, ale coś się stało ze światłem i nie świeci. I albo chodziło tylko o techniczny, jednorazowy błąd, albo o ostateczną, skrytą puentę – złowieszczą, a może ekstatyczną właśnie – tego, co pokazali. Światło czy brak światła? Warto zobaczyć. Nie tylko dla tego, co widać, ale i tego, co to do nas mówi.

Stopka

Zobacz też