06.01.2014

Moje okropne intelektualne życie: Witkowscy w Leto

Ania Diduch

„Dzień dobry, mam na imię Ania i jestem depresyjną optymistką”. Tak zaczęłabym moją autoprezentację na terapii antydepresyjnej, gdybym tylko na takową chodziła. Ale nie chodzę. Zamiast tego wolę czytać książki poszukując balsamu na dręczące mnie egzystencjalne bóle. Wychodzi zdecydowanie taniej.

W tym samym celu i z takich samych powodów odwiedzam galerie sztuki współczesnej. Wiem, co myślicie: „Naiwniaczka!”. A ja sądzę, że lepsze to niż galerie handlowe, bo nie muszę się spinać, że mnie na nic nie stać. Lekarz zdecydowanie zabronił mi się denerwować.

W myśl powyższej filozofii ostatnio wybrałam się do galerii Leto na warszawskiej Pradze-Kamionku. Trwa tam właśnie wystawa Temp Anny i Adama Witkowskich, małżeństwa artystów z Gdańska. Wprawdzie lekko zaniepokoił mnie opis ekspozycji (cytuję: „Na wystawie są obiekty, wykonane głównie z prowizorycznych materiałów konstrukcyjnych – tektura, taśma klejąca, drewno oraz rysunki i grafiki na papierze”), jednak mając w pamięci ich przezabawny, sztuczny, świecący w nocy księżyc, który widziałam na tegorocznym sopockim festiwalu ArtLoop, po prostu zignorowałam sygnał ostrzegawczy.

Czemu ostrzegawczy? No bo w zasadzie czego można się spodziewać po banalnych materiałach, przeróżnej maści ready-madesach albo obiektach nawiązujących dialog z codziennym otoczeniem? W zasadzie: niewiele. Zawsze kiedy widzę takie strategie, mam wrażenie, że artysta próbuje na siłę być kolejnym Duchampem. Tymczasem Duchamp jest jak James Bond, czyli the one and only –niepowtarzalny. Z drugiej strony coraz częściej nawiedza mnie przeczucie graniczące z pewnością, że taki epigonizm jest nieunikniony, bo generalnie wszystko już w sztuce było.

TEMP_7

Anna i Adam Witkowscy, Temp, widok ogólny; zdjęcie dzięki uprzejmości galerii

I teraz, po tak obszernym wstępie, w zasadzie powinna nastąpić anty-tyrada na temat rzeczonej wystawy Witkowskich w Leto, zrównująca tę ekspozycję z ziemią oraz mieszająca ją z epigonicznym błotem. Ale nie, surprise-surprise: podobało mi się i miło spędziłam czas oglądając ich prace.

Kiedy napiszę – obiekty i rysunki zgromadzone w Leto, są w pewien sposób sztuką „rekreacyjną” – nie chcę niczego ujmować twórczości Witkowskich. Reakcyjną, to znaczy taką, która (wyobrażam sobie) powstaje niejako „bez wysiłku”, pomiędzy obiadem a kolacją, ponieważ jej inspiracją jest codzienne życie twórców. Taka sztuka nie rości sobie również praw do podnoszenia ważnych tematów ani poszukiwania odpowiedzi na ogólnoludzkie pytania. Ciężar gatunkowy tych prac zawiera się, paradoksalnie, w ich bezpretensjonalnej banalności. Co za ulga i co za radość dla kogoś tak pretensjonalnego jak ja.

Bo jak inaczej niż „banalnymi” określić tworzone długopisem kaligrafie Adama (skądinąd bardzo efektowne)? Albo co myśleć na temat tekturowej konstrukcji przypominającej wigwam, której nadano tytuł Pejzaż_2? Bądź jak oglądać linoryty Ani, przypominające zmontowane niegdyś zasupłane w gigantyczną rzeźbę w Zachęcie rury kanalizacyjnych (tamta praca nazywała się Zeitgeist, może ktoś widział)?

TEMP_3

Adam Witkowski, Listopad 2013; zdjęcie dzięki uprzejmości galerii

Oczywiście, można te dzieła interpretować tworząc im piętrowe nadbudowy teoretyczne. Krótki opis prasowy wystawy podsuwa kilka aforyzmów w tym klimacie: „W ekspozycji autorzy przywołują i rozwijają wątki oraz formy znane z ich wcześniejszych realizacji – poszukiwanie odosobnienia, cykliczność, wewnętrzną podróż. Tym razem jednak kierują uwagę na poczucie nietrwałości oraz braku możliwości schronienia w fizycznej rzeczywistości”.

Można i tak, ale na szczęście – nie trzeba, a wręcz: nie powinno się. Oczywiście nie chodzi o to, że chcę pouczać galerie jak mają promować i interpretować własnych artystów. Takie wydumane opisy w końcu, ktoś (w sensie: artyści których one dotyczą) zatwierdza. Naiwnością byłoby więc sądzić, że to „poczucie nietrwałości” czy (o matko!) „wewnętrzna podróż” są całkowicie wyssane z palca.

Jeden z moich wspomnianych wyżej bólów egzystencjalnych polega na tym, że kiedy idę na wystawę lubię wyobrażać sobie zabłąkane, niesplugawione kulturą duszyczki, które wiedzione ślepym losem tudzież zawirusowanym GPS-em, trafiają do galerii po raz pierwszy. Wtedy to już jest krótka piłka: jak z sygnałem podprogowym wysyłanym przez reklamę telewizyjną. Jakieś pięć sekund na zainteresowanie zanim widz przełączy na inny kanał.

Hipotetycznie wygląda to jak w kawale: „Wchodzi laik do galerii, a tam sztuka”. Patrzy, patrzy i nic nie rozumie. Ot jakieś rysunki. Obok piramida z papieru. Szuka ratunku w opisie wydrukowanym i ułożonym w równy stosik obok wejścia. Czyta. Tym bardziej nic nie rozumie. Wychodzi. Potem na weekendowej imprezie opowiada owo zdarzenie jako zabawną anegdotkę. „A wiecie, byłem w galerii pooglądać sztukę współczesną!” – zaczyna. Śmiechy, chichy, pobłażliwe spojrzenia.

Tymczasem prace Witkowskich mają szczególny potencjał dla zainteresowania osób spoza kręgu stałych bywalców wernisaży. Przecież to czysta przyjemność wpatrywać się w długopisowe mazańce i poddawać się optycznym iluzjom, jakie tworzą. Albo badać karbowaną fakturę tektury, z której powstał Pejzaż_2.  Lub przyglądać się lekkiej konstrukcji Szkieletu wykonanego z jasnych, drewnianych deseczek.

Anna i Adam Witkowscy, Pejzaż_2; zdjęcie dzięki uprzejmości galerii

Anna i Adam Witkowscy, Pejzaż_2; zdjęcie dzięki uprzejmości galerii

Oswajanie tych form przynosi ulgę prostoty dzięki obcowaniu z samym tylko materiałem. „To jest papier, to jest drewno, to-jest-to” – można wyliczać. To jest właśnie owa siła banalności, o której wspomniałam. Po co ją dodatkowo zaklinać? Komu potrzebna jest wiedza na temat źródeł inspiracji? Czy trzeba pytać od jakich przedmiotów wzięły swe formy prezentowane dzieła?

To wszystko zbędne. Dobra sztuka przykuwa uwagę i broni się sama: rzemiosłem, wyczuciem, syntezą formy. Niestety, świat został urządzony tak, że dobrą sztukę łatwo zepsuć zawiłym opisem, a złą – odpowiednim opisem wywindować. W przypadku Temp Witkowskich zaszła pierwsza z sytuacji.

Na koniec zastanawiam się tylko: czy już kompletnie obnażyłam się jako do cna naiwna jednostka? Zgaduję, że tak… I pocieszam samą siebie, że niestety nie wynaleziono jeszcze pigułki na „bycie idealistą”. I to jest jeden z wielu powodów, dla których Moje Intelektualne Życie jest po prostu totalnie Okropne.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaAnna i Adam Witkowscy
WystawaTemp
MiejsceGaleria Leto
Czas trwania01.12.2013 — 11.01.2014
FotografieGaleria Leto
Strona internetowaleto.pl
Indeks

Zobacz też