09.03.2018

Zaufać artystom. Rozmowa z Markiem Wasilewskim i Zofią nierodzińską

Piotr Policht
„Romantyczne przygody Beth Stephens, Annie Sprinkle i raka piersi”, fot. David Steinberg
Zaufać artystom. Rozmowa z Markiem Wasilewskim i Zofią nierodzińską
„Romantyczne przygody Beth Stephens, Annie Sprinkle i raka piersi”, fot. David Steinberg
Jako oficjalna galeria miasta Poznania z pełną premedytacją dążymy do różnicowania programu. Nie chcemy, żeby koncentrował się on wyłącznie na młodych artystach czy jakimś określonym rodzaju sztuki, dążymy do pokazywania artystów reprezentujących różne pokolenia i mentalności.

Na początku pana kadencji Aleka Polis zrealizowała w Arsenale performans z serii Rosa Rotes, który miał „odświeżyć atmosferę” w galerii. Jej działanie w tym kontekście niektórzy odebrali jako przemocowe wobec ówczesnych pracowników, o czym mówił między innymi Mikołaj Iwański. Jak przebiegała ta zmiana z pana perspektywy?

Marek Wasilewski: Zaczynałem pracę w Arsenale w atmosferze ostrego konfliktu politycznego. Performans Aleki Polis również był gestem politycznym, rzeczywiście chodziło o próbę oczyszczenia atmosfery, zaznaczenia w symboliczny sposób nowego otwarcia, jakbyśmy robili wiosenne porządki. Mycie szyb odnosi się też do bardzo ciekawej architektury galerii, która sugeruje jej transparentność. Arsenał jest instytucją miejską i to, co jest w środku powinno być widoczne z ulicy. I w drugą stronę – będąc w środku powinniśmy być w stanie zobaczyć to, co dzieje się na zewnątrz. To musi działać w obie strony. Mycie szyb było naturalnym poszukiwaniem odświeżenia. Pierwszego dnia urzędowania w galerii zastałem szyby oblepione plakatami z żołnierzami wyklętymi. Chodziło więc także o zmianę takiego jednoznacznie prawicowego i nacjonalistycznego przekazu. Ten performans różnił się od innych akcji Aleki Polis także tym, że brała w nim udział publiczność, kto chciał, mógł dołączyć. Miałem nadzieję, że pracownicy również się włączą do tej akcji, ale może było zbyt wcześnie. Atmosfera była napięta. Przedstawiano mnie jako osobę ciesząca się bardzo złą reputacją, jako człowieka, który zbezcześcił katedrę w Łodzi, wroga polskości. Pracownicy oczekiwali czystek i zemsty za to, że „jednomyślnie i dobrowolnie” podpisywali listy popierające poprzedniego dyrektora.

A więc pracownicy faktycznie potraktowali ten gest jako przemocowy?

M.W.: Trzeba by ich zapytać co myśleli. Tego zdaje się nikt z komentatorów nie zrobił. Rozumując w taki sposób można by powiedzieć, że wszystkie performansy Rosa Rotes miały charakter przemocowy, ponieważ podważały kompetencje osób sprzątających galerie. Dlaczego artystka musi sprzątać galerię? Bo jest brudno? Bo inni źle sprzątali? Czy dlatego, że chciała zwrócić uwagę na ich niewidoczny wysiłek? Wszystko zależy od tego jak ustawimy problem.

Aleka Polis, „Rosa Rotes, porządek panuje w Poznaniu”, Galeria Arsenał, Poznań, 2017, fot. Andrzej Pakuła
Aleka Polis, „Rosa Rotes, porządek panuje w Poznaniu”, Galeria Arsenał, Poznań, 2017, fot. Andrzej Pakuła
Aleka Polis, „Rosa Rotes, porządek panuje w Poznaniu”, Galeria Arsenał, Poznań, 2017, fot. Andrzej Pakuła

Jak później ułożyły się wasze relacje z zespołem zatrudnionym przez Piotra Bernatowicza? Jak zmieniła się ekipa Arsenału?

M.W.: Pierwszego dnia zakomunikowałem, że nie zamierzam nikogo wyrzucać z pracy, że oczekuję tylko solidnej współpracy przy budowaniu na nowo tej zaniedbanej instytucji. Większość osób identyfikujących się z poprzednim programem natychmiast złożyła rezygnację. Uniknęliśmy sytuacji niedobrej walki wewnątrz galerii. To spowodowało, że mogłem też zatrudnić takie osoby jak Zofia czy Joanna Tekla Woźniak, która prowadzi znakomicie program edukacyjny. Większość zatrudnionych w galerii pracuje dużo dłużej niż kadencja poprzedniego dyrektora i będzie zapewne pracować też po moim odejściu. Dlatego staram się układać moje relacje z pracownikami na zasadzie maksymalnego profesjonalnego szacunku.

Na transparentność, o której pan mówił, zwracali również uwagę ludzie, którzy podpisali się pod apelem o uznanie decyzji komisji konkursowej, a nieidentyfikujący się z programem Piotra Bernatowicza. Zwracano uwagę na konieczność trzymania się procedur konkursowych, o których wypracowanie środowisko długo zabiegało, a które w tym przypadku zostały naruszone. Czy przyjmując nominację od prezydenta Jaśkowiaka nie miał pan problemu z tą rozbieżnością?

Zofia nierodzińska [pisownia na życzenie interlokutorki]: Oczywiście najlepiej jest wtedy, gdy ogłasza się konkursy na stanowiska i ich zasady są transparentne i przez wszystkich przestrzegane, z tego, co wiem w konkursie na stanowisko dyrektora Arsenału komisja konkursowa była ciałem doradczym, a nie decyzyjnym. Ostateczną decyzję podejmuje prezydent i jest to zgodne z prawem. Ja sama zgłosiłam się tutaj z open calla, można zobaczyć moje podanie, jest publicznie dostępne.

M.W.: Myślę, że ta dyskusja w dużej mierze wynikała z niedokładnej znajomości procedur. Jest tak, jak powiedziała Zofia – komisja rekomenduje, ale ostatecznego wyboru dokonuje prezydent miasta na podstawie wyników konkursu, analizy programów, tego, co działo się podczas przesłuchań kandydatów. Jest to praktyka dosyć powszechna. Poznański przypadek nie był wyjątkowy. Publicyści prawicowi przypominali również przypadek Piotra Piotrowskiego, który bez konkursu został powołany na stanowisko dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie, uznając to za skandal. Ale to powołanie nastąpiło wówczas w jakimś konkretnym celu, po to, żeby dokonać radykalnej zmiany w tej instytucji.

Od konkursu minął prawie rok. Kiedy zaczęliście realizować własny program?

M.W.: Nowy program musiał pojawić się w biegu, natychmiast, ponieważ ten, który zastałem, był w zasadzie tylko ogólnym planem działania. W pewnych przypadkach artyści nawet nie wiedzieli, że się w nim znaleźli, lub też nie zgadzali się na to, żeby mieć tutaj wystawę, a mimo to zostali do programu wpisani. Trzeba było w bardzo szybkim tempie ten program przebudować. Zależało mi też na tym, żeby z Arsenału wypłynęły mocne, czytelne sygnały na temat jakości sztuki, jaką chcemy pokazywać, na temat kierunków, w których chcemy iść. Ważne dla mnie były dwa otwarte spotkania o programie Arsenału, do których zaprosiłem różne pokolenia teoretyków, artystów i widzów. Słuchałem z uwagą tych różnych, sprzecznych, czasem pragmatycznych, a czasem utopijnych głosów i staram się o nich nie zapominać.

Tak naprawdę stuprocentowo nasz program realizować będziemy dopiero od tego roku, bo poprzedni poprzetykany był jeszcze wystawami projektowanymi przez poprzedniego dyrektora, umowy były podpisane, terminy dogadane, choć nie do końca wystawy te wpisywały się w naszą strategię.

Był to więc rok pewnej improwizacji, ponieważ w marcu i kwietniu budowałem program na ten sam rok. Udało się pokazać kilka bardzo mocnych wystaw, na początek zjawiskową odsłonę zmiażdżonego przez „Szum” projektu Katarzyny Krakowiak i Mirosława Bałki, potem wystawy Dominika Lejmana, Jarosława Kozakiewicza, Martina Parra i Rimaldasa Vikšraitisa, Polki, Patriotki, Rebeliantki, o których w „Szumie” można było właściwie ciągle czytać… Nastąpiła zmiana w dynamice działania galerii, nie tylko na tym poziomie, który widać najbardziej, czyli wystawienniczym, ale także w działalności edukacyjnej. Arsenał otworzył się bardzo mocno na współpracę z innymi instytucjami, nie tylko z Uniwersytetem Artystycznym czy Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza, ale też z różnymi organizacjami pozarządowymi i przede wszystkim środowiskami reprezentującymi niezależne galerie w Poznaniu. Widać w naszych statystykach, że znacznie więcej ludzi tutaj przychodzi. Mam wrażenie, że udało się zrealizować to, co zapisałem w programie – Arsenał zaczyna być miejscem lubianym, do którego ludzie chcą przychodzić. Bardzo mnie to cieszy, a dopiero się rozkręcamy.

Z.n.: Tak naprawdę stuprocentowo nasz program realizować będziemy dopiero od tego roku, bo poprzedni poprzetykany był jeszcze wystawami projektowanymi przez poprzedniego dyrektora, umowy były podpisane, terminy dogadane, choć nie do końca wystawy te wpisywały się w naszą strategię.

M.W.: Zmiana będzie bardzo wyraźna, bo nowy program w stosunku do ubiegłorocznego będzie znacznie bardziej międzynarodowy.

Polki, patriotki, rebeliantki, widok wystawy
„Polki, Patriotki, Rebeliantki”, widok wystawy, fot. Diana Lelonek
„Polki, Patriotki, Rebeliantki”, widok wystawy, fot. Diana Lelonek

To będzie najważniejszy kierunek dla Arsenału?

Z.n.: To jest bardzo ważne, choć nie wyobrażam sobie w ogóle dzielenia sztuki na polską i zagraniczną, od wielu lat nie funkcjonuję w ten sposób. Raczej dzielę sztukę na bardziej i mniej interesującą. Ważna jest dla nas edukacja, wątek feministyczny, który w tym roku będzie mocno eksplorowany. Nie uciekamy też od wątków politycznych. Równie ważne jest to, co dzieje się wokół wystaw, by publiczność nie była tylko biernym odbiorcą, ale też wpływała na to, co się tu dzieje. By Arsenał był „punktem energetycznym”, miejscem, do którego ludzie chętnie przychodzą i rozmawiają na tematy, do których dajemy impulsy, a nie alienującym white cubem skoncentrowanym na prezentacji artefaktów.

M.W.: Dialogiczność jest dla nas ważnym sposobem szukania nowego programu, wykraczającego poza klasyczne wystawy. Będzie to widoczne w Warsztatach z rewolucji, których Zofia jest kuratorką, tak samo pomyślany jest projekt, którego autorką będzie Magdalena Starska, a jesienią projekt Dziewczyństwa i Coven. Staramy się przesunąć ciężar w stronę dynamiki rozmowy, wspólnego uczenia się artystów i publiczności, współtworzenia, a nie tylko suchej reprezentacji. W marcu rusza też eksperymentalny program Pawilonu na ul. Ewangelickiej, do którego programowania zaprosiliśmy Agnieszkę Kilian i Andrzeja Pakułę. Tam pojawi się kino, teatr, muzyka, warsztaty i debaty.

Z.n.: Oboje z Markiem również jesteśmy artystami, mamy wykształcenie artystyczne, co sprawia, że jesteśmy w instytucji trochę queerowi, przekraczamy granice. Ja nigdy wcześniej nie pracowałam na takim stanowisku, to dla mnie nowe doświadczenie. A ze względu na moje wykształcenie nie jest to najbardziej oczywista ścieżka kariery. W naszym programie będzie się to odzwierciedlać, pozycja kuratora i artysty, kwestie tego, kto jest twórcą, czym jest utwór, będą stawiane pod znakiem zapytania. To wszystko będzie w ruchu.

M.W.: Pomocne jest to, że nasze role jesteśmy w stanie potraktować z dystansem, kwestionować je. Traktujemy to jako rodzaj performansu, działa sztuki. Nie jestem urodzonym dyrektorem, tylko performuję rolę, która w tej chwili mi przypadła. Nie chodzi też o to, by w tej roli pozostać do końca życia, traktuję to bardziej jako pewne dzieło do wykonania.

Wieczni dyrektorzy w mniejszych ośrodkach bywają nimi nie tylko z własnej woli, ale i braku potencjalnych następców.

M.W.: Tak, gdybyśmy zrobili teraz czystkę wśród dyrektorów galerii powołując się na potrzebę zmiany dla samej zmiany, to prawdopodobnie zostawilibyśmy pustynię instytucjonalną, bo rzeczywiście jest bardzo niewiele osób, które byłyby w stanie podołać tym obowiązkom w taki sposób, w jaki robi to wiele znakomitych dyrektorów i dyrektorek w tej chwili. Warunki ekonomiczne w Polsce nie zachęcają do mobilności i wielu z tych super doświadczonych ludzi nie ma już praktycznie dalszej drogi awansu.

Z.n.: Z drugiej strony dobrze jest otwierać ścieżki kariery instytucjonalnej, a w Polsce w wielu miejscach są one zabetonowane. Ale nie znam odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób robić to mądrze. Trzeba by jej poszukać wspólnie.

Mówił pan wcześniej o przywiązaniu do wartości artystycznych, wspominał wystawę Polki, Patriotki, Rebeliantki i dyskusję wokół niej. W negatywnych recenzjach powracał jednak przede wszystkim wątek właśnie jakości artystycznej wielu prezentowanych na niej prac.

M.W.: Jakość dzieła sztuki to dzisiaj pojęcie bardzo subiektywne, zależne od przyjętych czysto arbitralnie kryteriów. Aby mogła działać jako argument, musi być najpierw precyzyjnie przez autora tekstu zdefiniowana. W tekstach napisanych wokół wystawy te same prace były oceniane w sposób skrajnie różny. Swoją drogą krytyka oceniająca, rozdająca punkty wydaje mi się staroświecka i mało interesująca, o wiele ciekawsza jest krytyka wchodząca w dialog, poszukująca dla dzieł nowych interpretacji, zadająca istotne pytania artystom. Zaprosiliśmy Izabelę Kowalczyk, która jest jedną z najwybitniejszych specjalistek w zakresie sztuki feministycznej w Polsce, daliśmy jej wolną rękę. Oczywiście każda wystawa podlega krytyce. Zarówno ja, jak i Zofia oglądając ją myśleliśmy, że pewne rzeczy rozwiązalibyśmy inaczej, może zaprosilibyśmy inne osoby; wiadomo, że każdy kurator tę opowieść poprowadziłby w inny sposób. Warto jednak zwrócić uwagę na pewien schemat, który ujawnił się przy okazji krytyki wystawy Izy Kowalczyk. Mieliśmy generalnie trzy pozycje, z których wystawa była krytykowana: konserwatywno-prawicową, liberalną i lewicową. Te krytyki krzyżowały się w pewnych punktach i nawzajem sobie zaprzeczały. Bardzo dużo zależało od tego, z jakiej pozycji opinia była wygłaszana, czego przykładem są halki Chóru Czarownic. Dla lewicowców były zbyt jedwabne i zbyt atrakcyjne, dla konserwatystów z kolei za mało atrakcyjne, obrzydliwe i nieestetyczne…

Z.n.: …a dla liberałów obciachowe. Z wielkim zainteresowaniem czytałam te teksty, bo bardzo dużo mówiły one o osobach, które je pisały. Przestałam w pewnym momencie myśleć o samej wystawie, tylko o wrażeniu, jakie wywarła ona na krytykach. Cała dyskusja dużo mówiła o pozycji kobiety w przestrzeni publicznej, zwłaszcza że skrajne opinie formułowali jednak mężczyźni.

W instytucjach sztuki ważne jest, by nie bać się eksperymentu, nie kontrolować w stu procentach wszystkiego i zaufać artystom, że są oni w stanie wytworzyć na miejscu rzeczy, które również dla nich są nowe i ciekawe.

Skoro jesteśmy przy przestrzeni publicznej i feminizmie – czy możesz powiedzieć coś więcej o przygotowywanych przez ciebie Warsztatach z rewolucji?

Z.n.: Cała sytuacja programowana jest przez dwa podmioty: Arsenał i Teatr Ósmego Dnia, który był pomysłodawcą uczczenia w ten sposób Maja ’68, później jako partner projektu dołączyła jeszcze Estrada Poznańska, w której gestii leży Plac Wolności. Instytucja jako miejsce i jako konstrukt myślowy gra istotną rolę w projekcie, to z instytucjami, takimi jak teatry czy uniwersytety, związane były rewolucje lat 60. Każda utopia musi mieć miejsce. Role instytucji kultury zostaną w naszym projekcie odwrócone, w galerii odbywać się będą warsztaty i wydarzenia performatywne, a w teatrze wystawa.

Do zorganizowania warsztatów zaprosiłam między innymi The Army of Love, czyli grupę stawiającą znak równości pomiędzy komunizmem i egalitarną potrzebą miłości, kolektyw Ultra Red z Londynu, zajmujący się dźwiękiem traktowanym jako narzędzie polityczne w przestrzeni publicznej, Feminist Health Care Research Group, grupę feministyczną z Berlina, eksplorującą temat zdrowia i potencjału rewolucyjnego w nim zawartego, Gyne Punk z Barcelony, czyli cyber wiedźmy ginekologii szerzące wiedzę o ciele w kontekście postpornografii, warszawskie KPP do organizacji zjazdu i debaty na temat Wielkiej Wystawy Antyfaszystowskiej w przyszłym roku oraz poznański „Czas Kultury” do wspólnego, rewolucyjnego czytania w ramach spotkań „Współczytnik rewolucyjny“.

M.W.: Idea polega na tym, żeby nie mówić o tej rewolucji, która była, ale by pamiętając o niej nauczyć się robić nowe rewolucje. By nie była to izba pamięci, a żywe laboratorium.

Z.n.: Na Placu Wolności funkcjonować będzie z kolei alternatywne radio, w którym będzie można wysłuchać na przykład słuchowiska Ultra Red o rewolucji, która jeszcze się w Polsce nie odbyła, a w Teatrze Ósmego Dnia na wystawie zaprezentowane zostaną filmy między innymi Alexandra Kluge czy Jasminy Metwaly z jej kolektywem Mosireen, odnoszące się do Arabskiej Wiosny. Zależy mi też na niezachodniocentrycznym spojrzeniu na rewolucje, na tym by głosy pozaeuropejskie były słyszalne. Oprócz Jasminy Metwaly do współpracy zaprosiłam Karine Griffith, kanadyjską reżyserkę pochodzenia jamajskiego, która oprócz dokumentów o ruchach POC we wschodnich Niemczech, poprowadzi panel dyskusyjny o samoorganizacji czarnoskórych kobiet w latach 60. w USA i o ich wpływie na ruchy w Europie.

A na czym polegać będzie projekt Magdaleny Starskiej?

M.W.: Gdy teraz rozmawiamy, w głównej sali galerii Małgorzta Dmitruk i Leon Tarasewicz kończą pracę nad swoją wystawą o charakterze site-specific i wciąż nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jaki będzie tego rezultat, nie są tego w stanie powiedzieć sami artyści. Podobnie będzie z Magdaleną Starską, ale też indyjską artystką Mithu Sen, która będzie miała wystawę w czerwcu, a jesienią też prawdopodobnie z Tatianą Wolską. Staramy się wprowadzić do galerii element ryzyka, oddać pole artystom po to, żeby mogli realizować prace site-specific, eksperymentować. W instytucjach sztuki ważne jest, by nie bać się eksperymentu, nie kontrolować w stu procentach wszystkiego i zaufać artystom, że są oni w stanie wytworzyć na miejscu rzeczy, które również dla nich są nowe i ciekawe. A wracając do projektu Izabeli Kowalczyk warto zaznaczyć, że nie porzucamy tego tematu. Przenosimy go na inny poziom, rozwijamy. W tej chwili pracujemy nad książką poświęconą problemom wywołanym przez tę wystawę, ale też do tego obiegu wprowadzamy nowe podmioty. Można powiedzieć, że ta wystawa była w pewnym sensie klasyczna i zwrócona w przeszłość i teraźniejszość, ale staramy się też patrzeć w przyszłość. Dlatego też zaprosiliśmy grupę Coven i Dziewczyństwo, będziemy patrzeć na to, co robią kolektywy młodsze, działające w innym kontekście kulturowym i politycznym.

Z.n.: To też było ciekawe w tej dyskusji – ciężko się spodziewać po kuratorce, która wyrosła ze sztuki krytycznej, że nagle zwróci się w stronę myśli kolektywnej i to też jest OK, to bardziej moje doświadczenie jako artystki i aktywistki. Jak wspomniał Marek, temat został rozpoczęty, a podmioty zbiorowe, których najbardziej brakowało na Polkach, Patriotkach, Rebeliantkach, będą się materializować podczas wystawy Dziewczyństwa i Coven, gdzie doświadczenie wspólnotowości będzie podstawą do konstruowania wielowątkowych podmiotów żeńskoosobowych.

M.W.: Podmiot zbiorowy był już obecny w postaci Chóru Czarownic, ale w klasycznym paradygmacie scenicznym, w formie chóru, który wygłasza coś ze sceny do widza, teraz wejdziemy w inną relację już nie z publicznością czy widownią, ale współuczestnikami wydarzenia.

Z.n.: To też wydaje mi się sednem praktyk feministycznych, praktyk feministycznego tworzenia czy kuratorowania, które reprezentują Coven i Dziewczyństwo.

Małgorzata Dmitruk, Leon Tarasewicz, „Zaleszany”, widok wystawy
Małgorzata Dmitruk, Leon Tarasewicz, „Zaleszany”, widok wystawy
Małgorzata Dmitruk, Leon Tarasewicz, „Zaleszany”, widok wystawy
Małgorzata Dmitruk, Leon Tarasewicz, „Zaleszany”, widok wystawy

Uzależnienie od finansowania publicznego i programów grantowych nie ułatwia chyba prowadzenia galerii opartej na projektach nieposiadających określonych z góry założeń, zdanych na to, co artyści zrobią na miejscu?

M.W.: To kwestia umiejętnego opisu celu projektu. Miasto nie wymaga od nas rozliczania się z metrów kwadratowych namalowanych obrazów, ale z tego jak zostały wydane pieniądze przeznaczone na projekty artystyczne. Wszystko jest do zrobienia, choć oczywiście ten realizm budżetowy jest dla nas pewną nowością. Uczymy się, że każdy ruch wykonany w instytucji publicznej pociąga za sobą skutki finansowe. Trzeba nauczyć się przewidywać te skutki, po to, żeby ruchy były racjonalne i żeby prowadziły nas do celu.

Z.n.: Z drugiej strony takie finansowanie daje duży komfort – dla mnie jest to duża odmiana w stosunku do artystycznego życia projektowego; pracując w instytucji mam okazję projektować program w perspektywie dwóch czy trzech lat.

M.W.: Oboje mamy doświadczenie z pracy w organizacjach pozarządowych działajacych w ciągłej niepewności, gdzie trudno myśleć o tym, co będzie za rok jeśli nie wie się, czy dana organizacje będzie jeszcze wtedy w ogóle istniała. Stabilność finansowania instytucji publicznej powoduje, że można o wiele rozsądniej planować działania i kilkuletnie linie tematyczne, budować pewien kapitał wiedzy, pracy, dzięki któremu kolejne projekty będą coraz lepsze.

Z.n.: Mamy też projekty badawcze, o których nie wspomnieliśmy. Chcemy poruszyć temat moralności w sztuce, to będzie projekt odchodzący od formatu wystawy, być może w ogóle trudny do sklasyfikowania w polu sztuk wizualnych, będziemy kłaść nacisk głównie na rozmowy z socjologami i antropologami.

M.W.: Mamy kilka takich projektów, które w tym roku w ogóle nie będą jeszcze widoczne, bo opierać się będą na researchu, dopiero później efekt wypłynie na wierzch. Jako oficjalna galeria miasta Poznania z pełną premedytacją dążymy do różnicowania programu. Nie chcemy, żeby koncentrował się on wyłącznie na młodych artystach czy jakimś określonym rodzaju sztuki, dążymy do pokazywania artystów reprezentujących różne pokolenia i mentalności. Z jednej strony nestorów sztuki współczesnej, a z drugiej bardzo młodych twórców, dla których będzie to pierwsza poważna wystawa. Nie wykluczamy nikogo z powodu wieku, płci czy tego, że zajmuje się na przykład niemodnym dziś rodzajem sztuki. Staramy się nie myśleć w kategoriach modny/niemodny, ale zastanawiać się nad tym o czym chcemy rozmawiać, co zaproponować ludziom, którzy tu przychodzą.

Przy okazji obchodów stulecia niepodległości planujemy wystawę Życie codzienne w Polsce w pierwszej połowie XXI wieku, o rzeczach zwyczajnych, codziennych, które też powinny wejść w spektrum sztuki – nie tylko martyrologia, ważne wydarzenia historyczne, przeżywanie traumy naszej polskości.

I jakie to są propozycje?

M.W.: Chodzi o to żeby mówić o rzeczach, które ludzi obchodzą. Pokazać, w jaki sposób sztuka może mówić o ważnych tematach. Przy okazji wystawy Polki, Patriotki, Rebeliantki rozmawiałem z kobietami w różnym wieku, które były bardzo dalekie od sztuki współczesnej. Zazwyczaj gdy rozmawiamy z takimi ludźmi dochodzimy do bariery formy, słyszymy: „Ale ja tego nie rozumiem, bo nie wiem, czy to jest sztuka”. A te kobiety mówiły, że odnajdują siebie na tej wystawie, że ją rozumieją, bo to są ich sytuacje. Ludzie, którzy przychodzili na tę wystawę, rozumieli ją, bo mówiła o sprawach dla nich ważnych. Istotne jest budowanie takich mostów, pokazywanie tego, co nas dziś obchodzi, co nas martwi, czego się boimy, jakie mamy nadzieje.

Z.n.: Ale też zostawianie miejsca na rzeczy bardziej banalne. Przy okazji obchodów stulecia niepodległości planujemy wystawę Życie codzienne w Polsce w pierwszej połowie XXI wieku, o rzeczach zwyczajnych, codziennych, które też powinny wejść w spektrum sztuki – nie tylko martyrologia, ważne wydarzenia historyczne, przeżywanie traumy naszej polskości.

Zachowaliście w galerii fotoplastykon, zainstalowany tu przez poprzedniego dyrektora. Jaki macie pomysł na jego wykorzystanie?

Z.n.: Okazało się, że będziemy go jednak przenosić do Wydawnictwa Miejskiego Posnania, Romantyczne przygody Beth Stephens, Annie Sprinkle i raka piersi to ostatnia wystawa w fotoplastykonie. Na początku nie bardzo wiedzieliśmy, co mamy z nim zrobić, bo jednak produkcja wystawy do fotoplastykonu jest dość kosztowna. No i rzeczywiście kojarzył się on z poprzednią władzą galerii. Zmieniło się to wraz z podjęciem decyzji o zmianie jego lokalizacji, nagle pomysły na jego wykorzystanie zaczęły się pojawiać jeden po drugim. Aktualnie prezentujemy w nim, jak już wspomniałam, fotografie Annie Sprinkle i Beth Stehens we współpracy z Davidem Steinbergiem z serii Cancer Erotica, obrazujące zmagania partnerek z chorobą Annie. Biust zawsze był dla performerki, byłej seksworkerki, narzędziem kreacji artystycznej, od lat 70., kiedy grała w klasycznych już filmach pornograficznych, do dziś, kiedy na dobre weszła w pole sztuk wizualnych.

M.W.: Okazało się, że decyzją zastępcy prezydenta Grobelnego, Dariusza Jaworskiego, fotoplastykon został przekazany do Arsenału, mimo że Wydawnictwo Miejskie było jego legalnym właścicielem, bardzo chciało mieć go u siebie i przeznaczyło środki na jego renowację. Wydaje mi się, że był to element świadomej polityki zmiany paradygmatu działania tej instytucji. Chciano ją przesunąć z pola sztuki współczesnej w kierunku rozrywki miejskiej, dzięki czemu generowano pewną frekwencję. Ale okazało się, że kiedy przestaliśmy tak bardzo koncentrować się na prezentacjach w fotoplastykonie, frekwencja i tak rośnie, ludzie po prostu przychodzą na wystawy. Pierwszym gestem wyraźnie przekraczającym dotychczasową konwencję fotoplastykonu było pokazanie w nim reportażu z czarnego protestu na wystawie Polki, Patriotki, Rebeliantki. Staraliśmy się w miarę możliwości poszerzyć pole oddziaływania tego urządzenia, trochę poeksperymentowaliśmy, a teraz oddajemy go w dobre ręce.

„Romantyczne przygody Beth Stephens, Annie Sprinkle i raka piersi”, fot. David Steinberg
„Romantyczne przygody Beth Stephens, Annie Sprinkle i raka piersi”, fot. David Steinberg
„Romantyczne przygody Beth Stephens, Annie Sprinkle i raka piersi”, fot. David Steinberg

Za moment otwieracie Twardą awangardę. Jaka jest idea tej wystawy?

Z.n.: To jak najbardziej klasyczna propozycja wystawiennicza, bazująca na romantycznym micie artysty awangardowego. Jej kuratorem jest Włodzimierz Nowaczyk z Muzeum Narodowego w Poznaniu, który zaproponował nam połączenie trójki artystów z różnych pokoleń: Henryka Stażewskiego, Zdzisława Sosnowskiego i Wojciecha Bąkowskiego. Tematem jest postać artysty mierzącego się z mitem twórcy awangardowego, a w przypadku Bąkowskiego kontynuacja tego mitu, jakby postmodernizm nigdy się nie wydarzył.

M.W.: Ta wystawa pokaże, jak w różnych momentach autokreacja artysty awangardowego była traktowana. Nie będzie jednoznaczna, sam tytuł Twarda awangarda jest już lekko ironiczny i o to nam też chodzi.

Nie jesteście znużeni tym tematem po Roku Awangardy?

Z.n.: Nie, my jeszcze niczego na ten temat nie zrobiliśmy. Jesteśmy ariergardą (śmiech).

M.W.: To nasza kropka nad „i”, komentarz do Roku Awangardy.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też