10.08.2018

Szczecińska bezsilność

Piot Policht
Tomasz Armada, fot. Agnieszka Murak
Szczecińska bezsilność
Tomasz Armada, fot. Agnieszka Murak
Kondycja festiwalu inSPIRACJE oddaje ducha dzisiejszego instytucjonalnego pejzażu Szczecina, w którym nowe inicjatywy szybko tracą impet i przestają być widoczne poza lokalnym poletkiem. Póki co nadal, jak mawiają studenci Akademii Sztuki, w Szczecinie najlepszy jest Berlin.

inSPIRACJE to jeden z dziwniejszych festiwali w polskim świecie sztuki. Spiritus movens organizowanego od 2005 roku wydarzenia jest niezmiennie Ked Olszewski, w międzyczasie zdążyło ono jednak przejść sporą transformację. Jeszcze w pierwszej edycji Olszewski sam był sobie sterem, żeglarzem i okrętem, prezentując swoje prace i decydując o wyborze innych zaproszonych artystów. U zarania był to także festiwal fotograficzny; jak czytamy w opisie pierwszej edycji: „inSPIRACJE to cykl wystaw fotograficznych mających na celu prezentacje projektów Krzysztofa Keda Olszewskiego oraz szeroko rozumianej fotografii kreacyjnej, zorganizowanych na zasadzie pomostu między młodymi twórcami a znanym artystą”.

Po dwóch latach formuła została poszerzona, z nazwy zniknęła „fotografia kreacyjna”, zastąpiona „sztuką wizualną” (z niewiadomych powodów w liczbie pojedynczej). Zaczął się też rozrastać, a pierwsze skrzypce grał już nie Ked Olszewski, a zaproszeni z zewnątrz kuratorzy. Z dzisiejszej perspektywy określenie „festiwal” wydaje się cokolwiek nieadekwatne do realiów – inSPIRACJE składają się aktualnie z dwóch wystaw w Trafostacji Sztuki i pojedynczych wydarzeń towarzyszących. W swoim najlepszym finansowo okresie, gdy dotowane były nie tylko przez miasto, ale i MKiDN, inSPIRACJE potrafiły obejmować nawet trzydzieści wystaw. Choć oldskulowa przaśność nadal wylewa się z samej nazwy, dzisiejszy festiwal niewiele ma wspólnego z edycjami sprzed kilku lat, również pod względem skali. Wreszcie też hasło przewodnie stało się mniej bombastyczne i pretensjonalne niż wcześniejsze kwiatki w stylu sacrum – profanumglamour czy apocalypse; w tym roku jest to Powolność.

Kani Kamil, „Her voice”
Zuzanna Janin, „Dom”
Bartosz Kokosiński, z cyklu „Termokoloryzacja”
Od lewej: Dominika Skutnik, „Headhunter”, Maureen Conor ,„The Specula Project”

Główną kuratorką tegorocznej, trzynastej edycji inSPIRACJI została Aneta Szyłak, dyrektorka muzeum w budowie, czyli gdańskiego NOMUS i do niedawna organizatorka jednego z niewielu rodzimych festiwali na poziomie – Alternativy. W przeciwieństwie do swoich projektów trójmiejskich, w Szczecinie Szyłak nie próbowała nawiązać do lokalnej specyfiki, choć w swoim charakterze Powolność ma wyraźny Szyłakowy rys – w gruncie rzeczy wygląda jak mikro-Alternativa; od zaproszonych artystek (Anna Baumgart, Zuzanna Janin), przez charakter prac (spektakularne instalacje gęsto wypełniające przestrzeń Trafo), po polityczną wymowę całości.

Wystawa Anety Szyłak opowiada raczej o niemocy, niestety także kuratorskiej – urywa się, zanim się na dobre rozkręca, przede wszystkim ze względu na fakt, że w dużej mierze składa się z prac już kilkuletnich – czasem znakomitych, jak film Baumgart, ale dobrze znanych z licznych wcześniejszych wystaw.

Tytuł wystawy może być nieco mylący, właściwie należałoby go przedzielić na dwa słowa – „Po wolność”. Ekspozycja nie ma bowiem wiele wspólnego z wątkami późnokapitalistycznego akceleracjonizmu i strategiami oporu wobec niego. Skupia się raczej na walce o elementarną wolność w świecie coraz gwałtowniej skręcającym politycznie na prawo, przede wszystkim – wolności kobiet. Wystawę otwiera mocny akcent, umieszczony jeszcze przed właściwymi przestrzeniami wystawienniczymi. Na telewizorze w galeryjnej kawiarnio-recepcji wyświetlane są Świeże wiśnie Anny Baumgart, film poświęcony prostytucji w nazistowskich obozach koncentracyjnych.

W pierwszej sali wystawowej temperatura na początek nieco stygnie – pośrodku przestrzeni króluje monumentalny Wodopój Agnieszki Kalinowskiej, łączący kremlowskie złote drzwi, w tym przypadku misternie uplecione niczym ogromny szałas z patyków, oraz minimalistyczny ogród zen. Po przejściu przez złote wrota natrafiamy na dopełniające rzeźbę wideo nakręcone w zoo, przedstawiające ptaki tworzące gniazda – domy wewnątrz więzień. Nie mogło też zabraknąć wątków czarnoprotestowych. Obok metaforycznej i dość kiczowatej pracy Kalinowskiej swój bardziej dosadny komunikat wywiesiła Aleksandra Ska – na zamienionym w rzeźbiarską formę, pomalowanym opalizującą farbą znaku graficznym przygotowanym przez artystkę przy okazji Manify widnieje hasło Jestem wkurwiona.

Agnieszka Kalinowska, „Wodopój”
Dominika Skutnik, „Headhunter“, Agnieszka Kalinowska, „Wodopój”
Agnieszka Kalinowska, „Wodopój”

Ella de Burca odnosi się do analogicznej walki o prawa kobiet do stanowienia o własnym ciele na gruncie irlandzkim – nieopodal emblematu Ska przez całą wysokość galerii ciągnie się poruszany powietrzem z ustawionych w kręgu wiatraków pas białej tkaniny, transparent-welon, któremu towarzyszy dźwiękowa narracja artystki, wcielającej się w role różnych kobiet, najczęściej na skraju załamania. Od bieżących wydarzeń politycznych, jak irlandzkie referendum aborcyjne i czarne protesty, kuratorka przechodzi do wątków historycznych. Obok zwisającego w przestrzeni ostrza gilotyny (Headhunter Dominiki Skutnik) dochodzimy do opowieści Maureen Connor i Institute for Wishful Thinking o korzeniach ginekologii, do rozwoju której przyczyniły się operacje na afroamerykańskich niewolnicach, które, jak uważano, nie odczuwają bólu tak jak biali.

Bez budżetu porównywalnego do tego sprzed kilku lat, festiwal organizowany przez Keda Olszewskiego, równie najntisowego, co wystawa Darii Grabowskiej, ale w tym złym sensie, jako żywa skamielina, nie oferuje praktycznie niczego, a nawet niesie z sobą bagaż złych skojarzeń z poprzednimi edycjami.

W narracji Powolności opresja kobiet jest więc ahistoryczna i właściwie niemożliwa do przekroczenia. Wymowę wystawy zgrabnie podsumowuje nowa praca Zorki Wollny, zatytułowana tak samo, jak cała wystawa, przygotowana wspólnie z Małgorzatą Mazur, gdzie typowe dla artystki rozczłonkowywane głosu na pojedyncze dźwięki, syki, pomruki i warknięcia, wplecione jest w wideo, w którym mieszają się historyczne konwencje. Wystawa Szyłak opowiada więc raczej o niemocy, niestety także kuratorskiej – urywa się, zanim się na dobre rozkręca, przede wszystkim ze względu na fakt, że w dużej mierze składa się z prac już kilkuletnich – czasem znakomitych, jak film Baumgart, ale dobrze znanych z licznych wcześniejszych wystaw.

Wystawę główną uzupełnia druga ekspozycja, kuratorowana przez Darię Grabowską i zatytułowana Życie jest podwórkiem. Druga wystawa to reanimowany trup jednego ze stałych punktów programu inSPIRACJI – konkursu dla młodych artystów, który w pierwszych edycjach owocował pozbawionymi jakiejkolwiek myśli przewodniej i zupełnie niepotrzebnymi wystawami prac wyłonionych z open calla. Grabowska przekształciła ten element festiwalu w pełnoprawną wystawę, która z opowieścią Szyłak wydaje się raczej polemizować, niż ją dopełniać.

Życie jest podwórkiem to wystawa znacznie skromniejsza od Powolności, zarówno pod względem ilości artystów, przestrzeni, jak i skali samych prac, jednak wbrew liczbom, znacznie bardziej skondensowana i spójna. Czasami na granicy autorytarnego podporządkowania prezentowanych prac kuratorskiej wizji, no ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Na wstępie wita nas Oddech Jana Baszaka – kryształowa miseczka z landrynkami, do których lepią się pojedyncze ludzkie włosy, zebrane z podłogi w prosektorium. Cukierki teoretycznie zapraszają do tego, by się nimi częstować, choć z oczywistych względów nikt raczej nie sięgnie po nie równie chętnie, co po elementy cukierkowych prac Felixa Gonzaleza-Torresa. Stawiający na efektowny kontrast artysta nieco jednak przeszarżował – włosy z prosektorium ciągną pracę w stronę nieznośnego project artu, ubogiej szczecińskiej wersji wanitatywnej nonszalancji w duchu YBA.

Jan Baszak, „Boję się dotknąć tego czego nie widzę”
„Życie jest podwórkiem”, widok wystawy

Dalej jednak jest już znacznie lepiej. Wystawę na wernisażu otwierał performans Izabeli Sobczak, która występując w stroju zaprojektowanym przez Tomasza Armadę – połączeniu dresu, roboczego kombinezonu i eleganckiego garnituru stworzyła monodram oparty na fragmencie Innej duszy Łukasza Orbitowskiego. Pełna czułości, humoru, ale przede wszystkim bólu opowieść o relacji z ojcem alkoholikiem w aranżacji artystki dobrze rymuje się z charakterem całej książki i wystawy w Trafo – Inna dusza to literacka fikcja, ale z fabułą oplecioną wokół faktycznego przestępstwa, do którego doszło w Bydgoszczy. Oczywiście w latach 90., odmalowanych z dużą dozą nostalgii, podobnie jak w mocno najtisowej wystawie Grabowskiej.

Armada, młody łódzki projektant związany z Domem Mody Limanka, to jeden z głównych bohaterów wystawy. Oprócz kostiumu Izabeli Sobczak na wystawie znalazł się jeszcze jeden jego kostium, wyeksponowany jak awangardowy gobelin, co podkreśla charakter wzoru, przypominającego z jednej strony abstrakcję geometryczną w stylu Josefa Albersa, z drugiej kiczowate narzutki czy ceraty z lat 90. Ostatnimi pracami Armady są dwie fotografie samego autora ubranego w kreacje swojego projektu i pozującego na tle pastelowych blokowisk. Pod jedną z fotografii leży stos kostek Bauma – praca Macieja Cholewy, który w jednej z nich zatopił własny krąg szyjny, wycięty podczas operacji.

Tytułowe podwórko w realizacjach Armady i samej wystawie zyskuje rys scenografii do modowej sesji w stylu Goshy Rubchinskiego, tyle że niskobudżetowej. Wszelkie traumy sprzed lat zostają przefiltrowane przez lajfstajlowy filtr i podlane dużą dozą nostalgii. Ta stylizacja na soviet chic pochłania wszystko wokół, włącznie z pamięcią o własnych trudnych doświadczeniach, które przekształcone zostają w literacką fikcję i ubrane w ładny, instagramowalny obrazek. O ile więc Szyłak opowiada o bezsilności, o tyle Grabowska odmalowuje pejzaż, w którym postkolonialna podwórkowa rzeczywistość oswajana jest przez postkolonialne Verwerfung, oswajana w najtiswave’owym tonie – strategii, jak wydaje się sugerować wystawa – naturalnej dla pokolenia urodzonego już w pierwszych potransformacyjnych latach.

Tomasz Armada, fot. Agnieszka Murak
Maciej Cholewa, „Behaton”, drugi plan: Tomasz Armada, fot. Agnieszka Murak

Festiwalowe ramy wydają się jednak obu wystawom bardziej szkodzić, niż pomagać – obie mogłyby jedynie zyskać jako autonomiczne, pełnoprawne wystawy w Trafo. Bez budżetu porównywalnego do tego sprzed kilku lat, festiwal organizowany przez Olszewskiego, równie najntisowego, co wystawa Grabowskiej, ale w tym złym sensie, jako żywa skamielina, nie oferuje praktycznie niczego, a nawet niesie z sobą bagaż złych skojarzeń z poprzednimi edycjami. Choć wcześniej, jak podczas jubileuszowej dziesiątej edycji, inSPIRACJE gościły już w Trafo, ich punkt ciężkości leżał w podupadających 13 Muzach. Po objęciu dyrektury w Trafostacji festiwal przytulił Stach Ruksza –  kurator o bardzo ciekawym dorobku, który jednak w nowej instytucji wytracił impet, jaki charakteryzował jego działalność z czasów bytomskich. Jeśli wprowadza do Trafo wystawy „w swoim stylu”, to są to odgrzewane kotlety, jak Nagrobki, zaprezentowane w Szczecinie chwilę po Bytomiu, co w połączeniu z brakiem nowego kuratorskiego zespołu sprawia, że co ciekawsze projekty przychodzą do instytucji z zewnątrz, jak Przechwałki i pogróżki Piotra Sikory i Łukasza Białkowskiego. Miękko wchodzący w szczecińskie środowisko Ruksza nie kopie się więc z koniem i zamiast zawalczyć o drastyczną reformę inSPIRACJI lub zastąpienie ich czymś nowym, stwarza dla anemicznego festiwalu warunki, w których mogą przynajmniej powstać wystawy na poziomie. Tymczasem kondycja samego festiwalu oddaje ducha dzisiejszego instytucjonalnego pejzażu Szczecina, w którym nowe inicjatywy, jak Obrońców Stalingradu 17 czy Próżnia, szybko tracą impet i przestają być widoczne poza lokalnym poletkiem. Póki co nadal, jak mawiają studenci Akademii Sztuki, w Szczecinie najlepszy jest Berlin.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaWystawa „Powolność”: Ella de Burca, Mauree Connor, Aneta Grzeszykowska, Elżbieta Jabłońska, Zuzanna Janin, Agnieszka Kalinowska, Kani Kamil, Anna Królikiewicz, Małgorzata Mazur i Zorka Wollny, Hanna Nowicka, Annee Olofsson, Krystyna Piotrowska, Joanna Rajkowska, Aleksandra Ska, Dominika Skutnik; wystawa „Życie jest podwórkiem”: Tomasz Armada, Jan Baszak, Maciej Cholewa, Bartosz Kokosiński, Adrian Kolarczyk, Julia Popławska, Konrad Królikowski i Marta Zabłocka, Izabela Sobczak
Wystawa13. MFSW inSPIRACJE „Powolność”
MiejsceTrafostacja Sztuki w Szczecinie
Czas trwania6.07–30.09.2018
Kurator„Powolność”: Aneta Szyłak; „Życie jest podwórkiem”: Daria Grabowska
FotografieAndrzej Witczak
Strona internetowainspiracje.art.pl
Indeks

Zobacz też