26.06.2013

Śpiewać nie każdy może. Sztuka i muzyka na festiwalu The Artists

Jakub Banasiak
Śpiewać nie każdy może. Sztuka i muzyka na festiwalu The Artists

Zorganizowany przez stołeczną Zachętę festiwal The Artists to bez wątpienia apogeum zjawiska, które najogólniej można określić mariażem sztuki i dźwięku. Piotr Bazylko, którego dostrzegłem w pierwszym rzędzie amfiteatru w Parku Skaryszewskim, mógł mieć powody do dumy: to w dużej mierze dzięki zapałowi ArtBazaar (a ściśle: labelu ArtBazaar Records) udało się zbudować platformę, na której spotkali się artyści-muzycy z kompletnie różnych artystycznych światów, budując w ten sposób uniwersalne, wyraziste zjawisko. Czas pokaże, czy teraz nastąpi spadek zainteresowania publiczności, mediów i instytucji, czy też odwrotnie – związki muzyki i sztuki staną się czymś tak normalnym, że aż niezauważalnym. Na pewno warto kuć żelazo póki gorące: kiedy dźwiękowa instalacja Konrada Smoleńskiego rozbrzmiewa w weneckich Giardini, a swoje płyty publikują artyści tak rożni jak Mariusz Tarkawian, Piotr Bosacki czy Maciej Sieńczyk, kiedy zawiązują się kolejne zespoły (a inne rozpadają) i odkurza się muzyczne eksperymenty artystów średniego i starszego pokolenia, słowem – kiedy muzyka w przestrzeni sztuki nie jest już tylko „czekadełkiem” serwowanym gościom przed wernisażem, ale pełnoprawnym artystycznym bytem. Jednak, jak to zwykle bywa, apogeum oznacza również modę, a ta wiadomo – rozcieńcza każde wartościowe zjawisko. Dobitnie pokazał to festiwal The Artists.

Fot.  Paweł Biedrzycki

Fot. Paweł Biedrzycki

Pomysł był prosty, aż dziw, że wcześniej nikt na to nie wpadł: kilkanaście zespołów, lato, darmowe piwo, kipiący zielenią park, a w jego sercu – oldskulowa muszla koncertowa, której walory akustyczne nie są bynajmniej najważniejsze. Dodatkowo kilkaset metrów dalej, na Stadionie Narodowym, trwał koncert Paula McCartneya, a więc żartom i żarcikom nie było końca… Tak więc – to nie mogło się nie udać. I udało się: świetna atmosfera, mnóstwo ludzi, szybkie zwroty akcji, dużo bezpretensjonalnej zabawy i sztuka bez przydługich kuratorskich opisów. Można powiedzieć: festiwal The Artists to był wernisaż permanentny, na którym nikogo nie krępowały rozmowy i śmiech. A wiadomo, że wszyscy najbardziej lubimy wernisaże. To jedna strona medalu – bez wątpienia istotna, bo festiwal bez atmosfery to synonim żenady. Niech jednak aura letniego popołudnia i oszronione buteleczki popularnego wernisażowego piwa nie przysłonią nam meritum, czyli występów poszczególnych formacji.

By tak rzec – wszystko zaczęło się od Gówna, które jest klasą samą w sobie i warszawski koncert tylko to potwierdził. Zresztą: związki polskiej sztuki i punka zawsze były silne i wszyscy je znamy, więc komentarz w tym miejscu wydaje się zbędny. Następnie na scenę wkroczył post-szantowy tercet Kashanti rozkołysany chyba nie tylko morskimi falami. Psychodeliczne, rozwleczone do granic kawałki, tyleż „śmieszne” co przydługie dialogi wykonawców i rzężenie przechodzące w wycie zamiast wokali – to mogło się udać tylko na fali entuzjazmu wygenerowanego przez Gówno. Oczywiście Kashanti ma urok kabaretu, ale panowie – występ powinny poprzedzić próby! Tym razem chyba ich zabrakło. Tym łatwiejsze zadanie miał zespół Galactics, czyli pastisz disco polo w najlepszym stylu. Galactics to legenda, która rozgrzewała już gości niejednego wernisażu – tu mogli pokazać pełnię umiejętności. I pokazali. Tłum pod sceną szalał, wykonawcy nie wychodzili ze swoich ról również w przerwach pomiędzy piosenkami, bisy sypały się jeden za drugim, a goście, którzy zwabieni darmowym trunkiem zboczyli z udeptanych ścieżek „skaryszaka” – mogli poczuć się w pełni usatysfakcjonowani. Podobnie publiczność; wiadomo – inteligent prawdziwej ekstazy doznaje dopiero w kontakcie z kulturą określaną zwyczajowo mianem „niskiej”.

Kashanti

Kashanti

Galactics. Fot. Lara Szypszak

Galactics. Fot. Lara Szypszak

Galactics ustawili poprzeczkę na tyle wysoko, że upadek z niej musiał być bolesny. I był – Cipedrapskuad – w zamierzeniu, jak rozumiem, feministyczna odpowiedź na seksistowski do granic rap – postanowił wydestylować z tego ostatniego jedynie wulgaryzmy. Panie zapomniały niestety zarówno o lirycznym, jak i muzycznym wyrafinowaniu tego gatunku muzyki, pozostawiając zdezorientowaną publiczność z kawałkami w rodzaju apoteozy „zarośniętej cipy”, na której „łamią się żyletki”. Być może zdegustowałoby to pensjonarkę, jednak wykonawczynie zapomniały chyba, że występują przed publicznością, która transgresję wyssała – pardon – z mlekiem matki.

Po tym smutnym epizodzie publiczność pogrążył skład Boring Drug (Igor Kłaczyński, Tomek Kowalski i Łukasz Jastrubczak), którego nazwa – trzeba przyznać – została dobrana z cokolwiek masochistyczną szczerością. Część gości udała się więc do pobliskiej Biedronki (darmowe piwo również i w tym wypadku skończyło się zbyt szybko), część zapadła w miły wieczorny stuporek, a używanie mieli chyba tylko fani art-rocka tudzież rocka symfonicznego (nie wiem, czy to właściwie analogie – przyznaję, że nazywam tak wszystkie muzyczne smęty, które jakimś cudem wyrodziły się z psychodelii 60.).

Po wstrząsającym secie Boring Drug potrzebny był ożywczy wstrząs. Niestety w kolejce czekał już zespól Rano, czyli brawurowy miks twórczości Pana Japy (Bobi Peru) i Pikeja (Tomek Saciłowski). Nie wiem kogo bawią jeszcze przeróbki hip hopu, ale wiem, że w tej kategorii Rano na głowę biją starzy dobrzy T-Raperzy znad Wisły – Japa i Pikej mogliby się tu sporo nauczyć. Aha, duży plus za potencjalny hit o kawie „za 6,20” i kokainie „za dwie stówy”. Szkoda, że to wyjątek, a nie reguła.

Zbliżamy się do finału. Koncertów Krzysztofa Dysa (wykonał kompozycję Piotra Bosackiego) i Anny Zaradny nie będę komentował, bo się nie znam – to była muzyka rodem z sekcji współczesnej Warszawskiej Jesieni – ale amatorzy kiwali z uznaniem głowami. Potem na scenę wjechał ciężki sprzęt, a głośniki ustawiono w masywne ściany – temperatura rosła, bo nadszedł czas na Napalm of Death, czyli kolejne dziecko niestrudzonego Macio Morettiego (tym razem w składzie z Igorem Krenzem, Patrykiem Dąbrowskim i Piotrem Zabrodzkim). Wszyscy spodziewali się, że będzie to coś w rodzaju Baaby Kulki (Pikej – tak się robi pastisze), ale nie – Napalm of Death okazał się czystym muzycznym konceptualizmem (copyright Łukasz Ronduda). Chłopcy zagrali dwa kawałki z czego każdy trwał może 2 sekundy, ale za to – była to bez wątpienia esencja. Nareszcie coś nie tylko dla ucha, ale i dla głowy.

1044804_529464943768332_1800719932_n

I wielki finał, czyli gwiazda wieczoru – panie i panowie, Wojciech Bąkowski z nowymi utworami z jeszcze ciepłej płyty solowej Kształt! I tu mam problem. Bo niby wszystko fajnie, a Bąkowski to twórca poważny i profesjonalny, który poniżej pewnego poziomu nie schodzi, ale… może w tym tkwi właśnie problem. Wiadomo co dostaniemy i dostajemy to (rzeczowniki odczasownikowe okraszone imiesłowami przymiotnikowymi), tyle że dostajemy to po raz enty. Bąkowski to solidna firma, więc trudno się czepiać (nie chcesz, nie oglądaj), ale patrząc na ten występ, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oto nadszedł moment, w którym twórca Filmów mówionych dotarł do granicy autopastiszu. Jasne – Bąkowski zaserwował kilka hitów (No Disc nucę do dziś), ale… No właśnie.

Wojciech Bąkowski. Fot. Joanna Kinowska

Wojciech Bąkowski. Fot. Joanna Kinowska

A potem upojny wieczór trwał w klubie Na Lato, gdzie drugi gwiazdorski set zaprezentował nowy duet x0, czyli Adam Witkowski i Konrad Smoleński. I wszyscy cmokali głośno i z uznaniem kiwali głowami, ogłuszeni tyleż kakofonicznym jazgotem, co famą artysty reprezentującego Polskę na biennale w Wenecji. Ale hałas nikomu już nie mógł przeszkadzać, bo upał nieco zelżał, a Park Kultury im. Śmigłego-Rydza nie jest przecież gorszy od Parku Skaryszewskiego…

Co zostało z tego wieczoru miłośnikowi sztuki? Kilka refleksji o rewolucjonistach ostatniej godziny i przekonanie, że nawet największy hit nie zastąpi konsekwentnej artystycznej roboty.

Ale wolę potraktować festiwal The Artists jako huczne wesele, na którym małżeństwo sztuki i muzyki została oficjalnie zawarte. Teraz czas na prozę życia…

Fot. Lara Szypszak

Fot. Lara Szypszak

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaGówno, Galactics, Kashanti, Cipedrapskuad, Boring Drug, Rano, Napalm of Death, Krzysztof Dys, Piotr Bosacki, Anna Zaradny, Wojciech Bąkowski, x0
WystawaThe Artists
MiejsceMuszla koncertowa w Parku Skaryszewskim, klub Na lato
Czas trwania22 czerwca 2013
KuratorKatarzyna Kołodziej, Magdalena Komornicka, Stanisław Welbel
FotografieLara Szypszak, Joanna Kinowska, Paweł Biedrzycki
Indeks

Zobacz też