06.04.2018

Przyjaciele moich przyjaciół są moimi… Rozmowa z Piotrem Drewko i Michałem Lasotą

Adam Przywara
Ben Burgis & Ksenia Pedan, „Untitled (jersey shore)”, 2017. Dzięki uprzejmości Union Pacific
Przyjaciele moich przyjaciół są moimi… Rozmowa z Piotrem Drewko i Michałem Lasotą
Ben Burgis & Ksenia Pedan, „Untitled (jersey shore)”, 2017. Dzięki uprzejmości Union Pacific
Galerie warszawskie nie mają wpływu na to, co nasi partnerzy zagraniczni przywiozą, a jedynie na to, w jaki sposób się to zaprezentuje. Wartościowa jest szansa na znalezienie wspólnego języka galerzystów, arystów, którzy w większości przypadków nie mieliby okazji pracować w tak bliskiej zależności i na tak bardzo wspólnym gruncie.

Adam Przywara: Czym jest organizowane przez was wydarzenie Friend of a Friend?

Piotr Drewko: Jest to inicjatywa, której historia sięga trochę głębiej niż to się zwykle sądzi, czyli do londyńskiego Condo. Ale o tym za chwilę. Ogólnie rzecz ujmując, jest to sytuacja, w której lokalne galerie dzielą się swoją przestrzenią z galeriami międzynarodowymi. Wraz z prezentacjami z goszczonych galerii, gospodarze mają okazję pokazać także prace swoich artystów. Chodzi o przygotowanie grupowych prezentacji i wykorzystanie potencjału relacji pomiędzy gościem a gospodarzem. I choć jako oficjalną referencję podajemy Condo, to takie inicjatywy pojawiały się już wcześniej w historii. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych w latach 90. galerie wymieniały się przestrzeniami na okres wakacji. W polskim kontekście mieliśmy już do czynienia z podobnymi wydarzeniami organizowanymi w środowisku galerii Raster.

Michał Lasota: Tak, w gruncie rzeczy to Willa Warszawa, która miała miejsce już ponad 10 lat temu (2006) jest wydarzeniem pokrewnym. Tyle tylko, że w kontekście kolejnych edycji tamtego wydarzenia, czy to w Rejkiawiku, czy w Tokio, wszyscy uczestnicy się przemieszczali, gospodarzem było w jakimś sensie docelowe miasto. W Friend of a Friend mocno podkreślamy relację gościa i gospodarza.

Londyńskie Condo przeniosło się do innych miast, takich jak São Paulo czy Mexico City. Czemu zatem organizujecie nowe wydarzenie, zamiast podłączyć się pod tamtą inicjatywę i zainaugurować Condo Warsaw?

ML: Oczywiście to był nasz pierwszy pomysł, na początku tak właśnie chcieliśmy zrobić. Condo doszło do skutku dzięki inicjatywie Vanessy Carlos (Galeria Carlos/Ishikawa). Zwróciliśmy się do niej z inicjatywą zorganizowania tego wydarzenia w Warszawie. Jednak wytłumaczyła nam, że jej pomysł, którego na razie stara się przestrzegać, polega na organizacji jednego Condo na kontynent. Zatem jeśli w Europie, to w Londynie, jeśli w Ameryce Północnej, to w Nowym Jorku, Ameryce Środkowej — Mexico City, Ameryce Południowej — São Paulo. Z tego co wiem, inicjatywa niedługo ma się rozrosnąć o kolejne miasta, tym razem w Azji, gdzie będzie to Szanghaj. Być może wiąże się to także z brakiem zainteresowania Vanessy dzieleniem się tą rozwijającą się marką. Ostatecznie uważam, że dobrze się stało, a my możemy skupić się na budowaniu nowej wartościowej inicjatywy.

Will Benedict, „I AM A PROBLEM (Enemy Ladder)”, 2017. Dzięki uprzejmości Neue Alte Brücke oraz Fondazione Giuliani
Jean-Marie Appriou, „Zebu and Nutmeg”, 2018. Dzięki uprzejmości Jan Kaps
Bontond Keresztesi, „Pinball fantasies II”, 2017. Dzięku uprzejmości Future Gallery

Stereo wraz z Galerią Dawid Radziszewski goszczone było już w Londynie przez galerię The Sunday Painter.

ML: Tak, byliśmy w Londynie w tym i zeszłym roku. Wraz z galerią odwiedzaliśmy też podobne wydarzenie pod nazwą Okey-Dokey w Düsseldorfie.

I jak wspominasz doświadczenie gościnnego pobytu w Londynie?

ML: Myślę, że było to istotne doświadczenie właśnie w kontekście przygotowania takiego wydarzenia w Warszawie. Na pewno uformowało to nasze myślenie o tym, jak chcielibyśmy coś podobnego zorganizować. Zazwyczaj kiedy odwiedzasz jakieś wydarzenie, masz dystans i możesz pozwolić sobie na dozę krytyki, stwierdzić, gdzie są plusy, a gdzie minusy całej inicjatywy. Po wizycie w Londynie miałem wrażenie, że dużo elementów można poprawić. Jednym z tych elementów, które różnią też Friend of a Friend od Condo jest całkowita darmowość wydarzenia. W Londynie zaproszone galerie musiały płacić za uczestnictwo w nim. Co prawda niedużo — około 650 funtów — ale jednak. Podobno te pieniądze idą na obsługę strony internetowej i imprezy. Strona internetowa rzeczywiście robi wrażenie, ale po imprezie, innymi słowy także ogólnej gościnności, można było za tę cenę spodziewać się więcej.

Obok galerii i artystów po raz pierwszy odwiedzi Polskę także szereg osób bezpośrednio związanych z zachodnim rynkiem sztuki oraz ważnymi europejskimi ośrodkami instytucjonalnymi.

W Polsce zamiast opłaty jest współpraca z Instytutem Adama Mickiewicza (IAM), partnerstwo publiczno-prywatne.

PD: Tak, współpraca z IAM na pewno ułatwia tego typu sytuację. Jesteśmy z tego bardzo zadowoleni, między innymi ze względu na fakt, iż zaangażowanie Instytutu w ogromnej mierze usprawnia finansową organizację całego wydarzenia. Jednocześnie jego obecność nadaje całemu wydarzeniu pożądaną rangę i spełnia publiczno-instytucjonalne założenia i ambicje, rozwijając kontakty polskiego środowiska artystycznego z zagranicznym. Istotny jest również program wizyt studyjnych organizowanych przez będącą naszym partnerem organizacyjnym ze strony IAM Ewę Borysiewicz. Część jego budżetu została przeznaczona na zaproszenie do Warszawy ponad 30 osób z zagranicy — kuratorów, ekspertów i kolekcjonerów. Zatem obok galerii i artystów po raz pierwszy odwiedzi Polskę także szereg osób bezpośrednio związanych z zachodnim rynkiem sztuki oraz ważnymi europejskimi ośrodkami instytucjonalnymi.

Nawiązując do samego tytułu wydarzenia — czy zaproszone galerie to sami znajomi? Jak wyglądał proces dobierania galerii?

PD: Lista gości była od początku projektowana przez nas — Wschód i Stereo – co narzucało sytuację dosyć wyraźnie ustrukturyzowaną. Nasi międzynarodowi goście to galerie, które biorą czynny udział w ważnych targach sztuki, mają przy tym interesujący i szeroki program, nie tylko z reprezentowanymi przez siebie artystami. Są to oczywiście dość rozległe kryteria obarczone naszymi subiektywnymi decyzjami, ale w sytuacji kuratorowanej, lub mówiąc inaczej projektowanej, był to jedyny sposób na zachowanie odpowiednio wysokiego poziomu. Gospodarze zostali wybrani, a następnie zaproszeni według dwóch głównych kryteriów: aktywność międzynarodowa oraz stosunkowo ciekawy program wystaw tu w Warszawie z udziałem artystów zagranicznych. Lista tych galerii nie jest jednocześnie stała i może ulec modyfikacjom w kolejnych edycjach.

Mając wpływ na dobór galerii nie macie jednocześnie wpływu na to, co zostanie przez nich tu w Warszawie zaprezentowane?

ML: Zgadza się. My zadbaliśmy o dobór galerii warszawskich i zagranicznych. Później ustalaliśmy również, który z gospodarzy przyjmie którego z gości. Ucieszyło nas to, że ostatecznie, poza nieznacznymi perturbacjami, każdy z gospodarzy przyjął proponowanych przez nas gości. Na tym poziomie kończy się nasza funkcja kuratorska.

PD: Jest to też zasadnicza różnica pomiędzy nami a Condo. To znaczy odgórnie zaprojektowany dobór partnerów, który wytworzyć może interesujące i niespodziewane efekty. Pomimo wykluczenia do jakiegoś stopnia przypadkowości, wcale się nie ograniczamy i nie budujemy przewidywalnych sytuacji. Taka struktura będzie już stałem formatem FOAF. Chyba że mówię nieprawdę i za rok będzie już można zapraszać własnych gości?

ML: Nie, nie ma niczego takiego w planach. Bardzo zależy nam na tym, żeby te zestawienia dały dobre efekty. Skoro organizacja całego wydarzenia kosztuje nas dużo wysiłku, to chcielibyśmy zachować maksymalną kontrolę, tak, aby samemu być zadowolonym z efektów. Ale oczywiście nasze decyzje wiązały się też z rozmowami i sugestiami galerii-gospodarzy. Jeśli któraś z galerii miała sugestię kogo z naszej listy chciałaby gościć, to się zgadzaliśmy, ale nie zapraszaliśmy do tego w sposób otwarty.

PD: Tak. Można by tę sytuację określić jako lekko opresyjną, ale dzięki temu całe wydarzenie zyskuje ambitniejszy charakter.

Jiří Thýn, „Composition 4818”, 2017. Dzięki uprzejmości Hunt Kastner
Petrit Halilaj, „Several birds fly away when they understand it (15)”, 2013. Dzięki uprzejmości ChertLüdde

Zatem w każdej z partycypujących w wydarzeniu przestrzeni odnajdziemy zbiorowe wystawy artystów i artystek z galerii-gospodarza i dwóch do trzech galerii-gości? Praca nad tymi wystawami pozostawiona jest na poziomie pojedynczych galerii?

ML: W ostatecznym efekcie nie spodziewałbym się żadnych wystaw z silnym konceptem kuratorskim, będzie to raczej improwizacja. Bo każdy z gości przywiezie raczej prace dobrane ze względu na ich indywidualny program. Co może być szczególnie interesujące, to właśnie ta przypadkowość zestawień, gdyż w wielu przypadkach galerie będą się poznawać wzajemnie po raz pierwszy.

Zatem randka w ciemno?

PD: Na dwoje babka wróżyła. Na pewno jest to sytuacja, która w pewien sposób zaburza program galerii goszczących i wymusza na nich powściągliwość oraz stosunkowo dużą otwartość, uczy kompromisu. Galerie warszawskie nie mają wpływu na to, co nasi partnerzy zagraniczni przywiozą, a jedynie na to, w jaki sposób się to zaprezentuje. Wartościowa jest szansa na znalezienie wspólnego języka galerzystów, arystów, którzy w większości przypadków nie mieliby okazji pracować w tak bliskiej zależności i na tak bardzo wspólnym gruncie.

FOAF to przykład niekoniecznie kontrapunktu wobec aktualnych tendencji w świecie sztuki, co naturalnej potrzeby budowania możliwości równoległych.

Friend of a Friend ogłosiło też współpracę z Towarzystwem Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

ML: Tak, jesteśmy z tego bardzo zadowoleni. Towarzystwo chętnie zgodziło się ufundować nagrodę. Jury wybrane przez Towarzystwo będzie wybierać pracę prezentowaną w ramach Friend of a Friend. Wybrana praca zostanie zakupiona i trafi do kolekcji MSN. To jest kolejna rzecz, której nauczyliśmy się podróżując po innych tego typu wydarzeniach. Komercyjne czy mniej komercyjne imprezy powinny wprowadzać różne rodzaje możliwych gratyfikacji, związanych z partycypacją. To sprawia, że stają się one bardziej atrakcyjne i przyjemniejsze. Nie chodzi tu o konkurowanie między uczestnikami, bo trudno sobie wyobrazić taką konkurencję pomiędzy artystami. To ma być pewnego rodzaju wisienka na torcie.

PD: Jest to przykład udanej współpracy pomiędzy najważniejszą w Polsce publiczną instytucją zajmującą się sztuką a resztą środowiska – galeriami, czyli podmiotami komercyjnymi, ale też kuratorami, krytykami. To wszystko wybrzmiewa i ma ogromne znaczenie. Taka sytuacja może pozwolić na wzbogacenie kolekcji o prace, które wymykają się określonej, stałej lini zakupowej obarczonej też konkretnymi proceduralnymi zasadami. Nagroda w ramach Friend of a Friend będzie w pewnym stopniu elementem nieoczywistym w kolekcji Muzeum.

Czyli to właśnie galerie, które zgodziły się odwiedzić Warszawę, będą mogły liczyć na wygraną?

ML: Tak, w sumie mamy nadzieję, że ta kooperacja przebiegnie w ten sposób, a nagrodzona zostanie galeria z zewnątrz. To dałoby nam dobrą perspektywę na kolejną edycję wydarzenia, bo oczywiście myślimy o Friend of a Friend jako o wydarzeniu cyklicznym. Chcielibyśmy, aby rozeszła się wieść, że udział w tym wydarzeniu to także szansa dla artystów na pojawienie się w kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Patrząc na Friend of a Friend w szerszym kontekście można powiedzieć, że wydarzenie wpisuje się w incjatywy, które dążą do wytworzenia alternatywnych modeli działania dla małych i średnich galerii. Zamiast „konkurencji” pracujecie nad „gościnnością” czy „współpracą”. Bo, jak donosi szereg branżowych pism, małe i średnie galerie zostają skutecznie zdławione przez galeryjne molochy jak Hauser & Wirth czy David Zwirner.

ML: Tak, problem funkcjonowania małych i średnich galerii dotyczy nas samych. Rzeczywiście takich artykułów zaczęło się pojawiać coraz więcej. Już właściwie przestałem je czytać, bo dotarło do mnie, że wiem o tym od samego początku. Działanie w tej skali generuje szereg problemów i wymaga ogromnych nakładów pracy. Jednak nawiązując do słowa, którego użyłeś, słowa „konkurencja” — myślę, że nie jest ono do końca precyzyjne i odpowiednie. W gruncie rzeczy galerie konkurują ze sobą w bardzo specyficzny sposób, bo to nie jest sport czy gra giełdowa. Należy założyć, że zainteresowanie intelektualne czy komercyjne jednym artystą nie ma związku z brakiem takiego czy innego zainteresowania drugim. A współpraca i kooperacja ma sens z wielu względów.

PD: Także ze względu na artystów i budowanie kapitału symbolicznego – zazębiające się relacje z galeriami zagranicznymi, kuratorami, krytykami. Moment sprzedaży i gromadzenia wokół galerii kolekcjonerów jest przecież wypadkową tych wszystkich czynników, jak właśnie wspominana wcześniej współpraca międzynarodowa podbijająca rozpoznawalność, wzmacniająca pozycję oraz wzbogacająca program. FOAF to przykład niekoniecznie kontrapunktu wobec aktualnych tendencji w świecie sztuki, co naturalnej potrzeby budowania możliwości równoległych.

ML: No właśnie, takie były też nasze wnioski z tych wydarzeń w Londynie. Dla mnie uderzające było to, jak korzystne jest to wydarzenie dla gospodarzy. Miałem w Londynie jako gość raczej poczucie niedopieszczenia. Być może chodzi o mało rozwiniętą kulturę gościnności na wyspach. Chciałbym, żeby Friend of a Friend odwróciło to doświadczenie Londynu i pozwoliło poczuć się naprawdę komfortowo naszym zagranicznym gościom. Żebyśmy mogli poćwiczyć tu na miejscu tę naszą sławną wschodnią gościnność.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też