20.04.2018

Przycinać, wypalać, wyrywać (na Stajudę za „Szum”)

Jakub Banasiak
projekt: Emma Dajska
Przycinać, wypalać, wyrywać (na Stajudę za „Szum”)
projekt: Emma Dajska
Krytyk albo wartościuje, albo zdaje sprawę. To pierwsze musi wiązać się z przyjęciem perspektywy subiektywnej: wypowiedzeniem własnego zdania, przyjęciem indywidualnego punktu widzenia. Ten, który informuje, referuje, opisuje – jest przekaźnikiem, czyli podaje treści wytworzone przez innych. Tylko samodzielny podmiot jest w stanie zmienić reguły gry.

Ceremonia wręczenia Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy, tyleż przemiła co nobliwa, nie przewiduje wystąpień programowych laureatów. Kapituła nagrody przyjęła model inny – laudacji, która – wygłaszana przez znakomitych przedstawicieli naszej dyscypliny – sama w sobie jest jednym z elementów wyróżnienia. Zakłada się przy tym – bez wątpienia słusznie – że zgromadzona publiczność zna dorobek nagrodzonych. Czy jednak zna motywacje stojące za poszczególnymi tekstami, recenzjami, esejami, rozmowami…? Czy, mówiąc inaczej, wie, w jaki sposób laureaci rozumieją krytykę artystyczną, jej powinności i funkcje? Z tego powodu – krótkie wystąpienie, które (gdyby był taki obyczaj) mogłoby zostać wygłoszone 16 kwietnia w Zachęcie. Na Stajudę za „Szum”.

Nieco ponad 60 lat temu, w 1957 roku, Aleksander Wojciechowski pisał, że „tania nowoczesność” – dominujący idiom artystyczny jego czasów – to w dużej mierze skutek „grzecznościowej krytyki”, która „potrafi jedynie chwalić”. Redaktor naczelny „Przeglądu Artystycznego” rozpoznawał dwa modele takiego pisania o sztuce. Pierwszy to „krytyka ściśle związana z konkretną grupą, którą lansuje, popiera, ba, niekiedy nawet przesadnie wychwala, wierząc w przyszłość tego właśnie gatunku sztuki”. Wojciechowski krytykę taką – dziś mówimy o niej: krytyka towarzysząca – rozgrzeszał, uznawał bowiem, że stoi za nią realne zaangażowanie czy wręcz ryzyko piszącego. Nie godził się natomiast na model drugi, czyli krytykę, która – jak pisał – widziała w odwilżowej nowoczesności „słabą roślinę”. To właśnie tacy autorzy mieli zamienić wartościowanie na „pobłażliwe opiniowanie”, sumiennie brukując przy tym piekło. Tymczasem „krytyka artystyczna bez sądów wartościujących spełnia jedynie funkcje informacyjne”, przypominał Wojciechowski. Kiedyś zaś zanika wartościowanie, „słaba roślina” wcale nie kwitnie, lecz przeciwnie: zastyga w „stadium unormowanej wegetacji”.

Również i dzisiaj nie brakuje botaników zatroskanych o rozwój tej czy innej grządki. Bo przecież sztuka w Polsce jest słaba. Zawsze była. Bo komunizm, bo kapitalizm, bo transformacja, bo społeczeństwo, bo Tusk, bo Kaczyński. Słyszymy więc: „Nie krytykujmy, lecz rozmawiajmy, tłumaczmy, szukajmy porozumienia, nie psujmy języka!”. Tymczasem wokół rozwijają się bujne chwasty. Niektóre przesłaniają nawet instytucje! Mimo to dyrektorzy, kuratorzy, galerzyści, działacze i wszyscy ci dobrzy ludzie, którzy zawodowo zajmują się sztuką, wołają: „nie krytykować! Nie szkodzić! Właśnie osiągnęliśmy kruchą równowagę!”. To nie najgorszy probierz siły krytyki: najbardziej wyrzekają na nią ci, którzy najgłębiej wrośli w system. Niestety, chwasty szybko zamieniają się w las, a świat sztuki zaczyna prowadzić „grę w nic”. Wszystko letnie, wszystko bez wyrazu. Wielka maszyna, zasilana najlepszymi olejami, pracuje z całych sił, ale nie posuwa się do przodu. Wegetuje.

Krytyka artystyczna to jedna z tych dyscyplin, które regularnie kładą się na kozetce, aby dokonać wnikliwej autoanalizy. Jest w tym coś z masochizmu, ale i z trzeźwego przekonania, że kryzysy sztuki zawsze idą w parze z kryzysami krytyki.

Rośliny należy przycinać, nie wystarczy na nie chuchać i dmuchać – wie to każdy ogrodnik. Jeśli się rozplenią – użyć sekatora. Przy jesieni – wypalić. Chwasty – wyrwać. Zresztą – zwał jak zwał, metafory nie są tu najważniejsze. To, o czym pisał Wojciechowski, można ująć wielorako. Zatem nie tylko krytyka „grzecznościowa” i „wartościująca”, ale też „informacyjno-sprawozdawcza” i „ekspercko-kreacyjna” (Stefan Morawski), „komentująca” i „krytyczna” (Wiesław Juszczak), „ekspertów” i „poetów” (Mieczysław Porębski), „racjonalna” i „emocjonalna” (James Elkins). Oczywiście wszystkie te perspektywy różnią się, wszystkie należą do swoich czasów – jednak wszystkie dokonują elementarnego rozróżnienia: albo krytyk wartościuje, albo zdaje sprawę. To pierwsze musi wiązać się z przyjęciem perspektywy subiektywnej: wypowiedzeniem własnego zdania, przyjęciem indywidualnego punktu widzenia. Ten, który informuje, referuje, opisuje – jest przekaźnikiem, czyli podaje treści wytworzone przez innych. Tylko samodzielny podmiot jest w stanie zmienić reguły gry, wystawiając swoją opinię na publiczny osąd, a w konsekwencji generując krytyczny spór – i w tym jest największa siła krytyki wartościującej.

„Szum” zawsze opowiadał się za tym, aby „zrezygnować z taktyki na rzecz prawdy”. „Prawdy” – to znaczy pisania tego, co naprawdę się uważa, „mówi prywatnie”, subiektywnie, w pierwszej osobie i na własny rachunek. Publikujemy więc krytykę emocjonalną, wartościująca, poetycką, krytykę gonzo, performatywną, a nawet zwykłe krytykanctwo.

Krytyka artystyczna to jedna z tych dyscyplin, które regularnie spoglądają w lustro, aby dokonać wnikliwej autoanalizy. Najpierw jednak, jakby pragnąc zaprzeczyć odwiecznemu cyklowi, krytycy regularnie definiują momenty wyczerpania, łakomie wypatrując nowych tendencji, radykalnego zwrotu, który zmieni krajobraz sztuki; znajdziemy ten motyw na łamach „Współczesności”, „Sztuki”, „Odry”, „Obiegu”, „Rastra”… Kiedy jednak krytycy skonstatują już, że nowe zjawiska artystyczne nie powstają na skutek nawoływań tych czy innych autorów, nieodmiennie kładą się na kozetce. Jest w tym coś z masochizmu, ale i z trzeźwego przekonania, że kryzysy sztuki zawsze idą w parze z kryzysami krytyki. Bywają terapie indywidualne i zbiorowe, realizowane na łamach, ale nic nie przynosi takich rezultatów jak pojawienie się kilku żółtodziobów (Stajuda zaczął pisać w wieku 21 lat). Starszym krytykom pozostaje wtedy dorównać kroku młodym, opowiedzieć się za lub przeciw. Bo krytyka, podobnie jak sztuka, to sprawa pokoleniowa – i każde pokolenie musi odpowiedzieć sobie na pytanie co jest „tanią nowoczesnością” jego czasów. Próbujemy robić to w „Szumie”, każdy na swój sposób.

kolaż: Emma Dajska

„Wszyscy się do siebie uśmiechają. A gdyby tak – pisał w 1960 roku Andrzej Osęka, inny zwolennik odchwaszczania, wówczas dwudziestoparolatek – podejść znienacka i wyrżnąć kogoś pałą? To znaczy – napaść w biały dzień, napisać o kimś coś, co na ogół mówi się tylko prywatnie?”. W tekście Splendor kawiarniany krytyk zauważał, że środowisko artystyczne ma skłonność do przesiadywania w tytułowych przybytkach. Miewa to, pisał, działania zbawienne, jednak „lokale w podziemiach” nazbyt często zamieniają się w miejsca, w których czcza gadanina i klepanie się po plecach wypiera krytyczny namysł. W takim ujęciu kawiarnie to „cmentarze talentów, idei, ambicji, skupiska twórców bez dzieła”, samowystarczalne przestrzenie nieuchronnie zastygające w „stadium unormowanej wegetacji”.

Każde pokolenie ma swoje kawiarnie i każde ma swoich krytyków, którzy mordują swych poprzedników. „Osęka znowu stęka”, pisał więc „Raster” po czterdziestu latach, szydząc, że krytyk „zaraża czytelników swoim chorobliwym (starczym?) obrzydzeniem dla wszystkiego co stworzono w sztuce po 1960 roku”. Oto raz jeszcze nowe pokolenie rozpoznaje kolejny kryzys krytyki i formułuje nowy jej język, który – znowu: nic nowego – szybko staje się krytyką towarzyszącą. My też dostrzegamy ten problem: chcemy być pismem w najlepszym znaczeniu tego słowa środowiskowym, ale jednocześnie zachowywać wobec środowiska artystycznego autonomię, rezerwę, dystans.

„Szum” zawsze opowiadał się za tym, aby – raz jeszcze zacytujmy Wojciechowskiego – „zrezygnować z taktyki na rzecz prawdy”. „Prawdy” – to znaczy pisania tego, co naprawdę się uważa, „mówi prywatnie”, subiektywnie, w pierwszej osobie i na własny rachunek, nie zaś tego, co – być może – mogłoby pomóc roślinkom. Publikujemy więc krytykę emocjonalną, wartościującą, poetycką, krytykę gonzo, performatywną, twerkującą, a nawet zwykłe krytykanctwo. Krytyka taka zawsze dyscyplinowana jest w jeden i ten sam sposób. „Nie powinniście tego publikować. I tego. Oraz tego. Tak nie wolno. Szkodzicie”.

Powinniśmy. Przeciw konsensusowi (który zawsze jest niedemokratyczny).

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też