09.02.2018

Niedowidzący krytyk rozmawia z rodziną o malarstwie Martyny Czech

Anna Markowska
Martyna Czech, „Ludzkie przetrwanie”
Niedowidzący krytyk rozmawia z rodziną o malarstwie Martyny Czech
Martyna Czech, „Ludzkie przetrwanie”
Czy malarstwo może być o tym, że nic nie widzimy? Nic o sobie nie wiemy? Czy może być o tym, żeby nie powtarzać jak papuga „szafka”, stół” „kubek”, „kupa”, tylko – przyglądając się światu – prowadzić nieustanną grę z tym, co nam wmówiono i tym, co nie daliśmy sobie wmówić?

Nie spodziewałam się akurat tu zobaczyć swój portret. Malarki nie znam, nigdy się nie widziałyśmy. Prawdopodobieństwo, że zobaczyła moje zdjęcie na fejsbuku w granicach jednego procentu. A jednak, na obrazie Koniec twoją ma twarz z cyklu Przyjaźń koniec jak koniec, ale ma faktycznie moją twarz: mam gęste rude tycjanowskie włosy i magnetycznie wielkie, zrobione, oko. Oczywiście, we śnie. No, jak się przyjrzeć, to ta rudość dość… pofarbowana, natapirowana, z taką nie do końca pasującą treską-peruką zwiększającą przerzedzony woljum, ale akurat po co się tak zbliżać i przyglądać, liczy się efekt. A skoro już mówimy o ostrości widzenia, to fakt, choć oczy mam piękne i duże, trochę niedowidzę. Nie, żeby bardzo, ho, ho, to i owo jeszcze dostrzegam, ale jak jestem w grupie to zawsze się okazuje, że jednak najmniej. Trochę głupia sprawa, jak się jest historykiem czy krytykiem sztuki, ale – umówmy się – tylko trochę. Bo zawsze można przecież podyskutować i ustalić w grupie co właściwie widzimy, na przykład porozmawiać z rodziną. Szczególnie, gdy w rodzinie wszyscy są malarzami. To naprawdę komfortowe i wzruszające – jak tylko trup wyłazi z kredensu czy śmieci spod dywanu wychodzą, zawsze można – pstryk! – powiedzieć coś o malarstwie. Zawsze jest ta inna perspektywa: śmieci są przecież malarskie, a trupy malownicze, choć rzeczywistość często skrzeczy.

Martyna Czech, „Koniec twoją ma twarz (z cyklu: Przyjaźń)”

Jot.: Zobacz jaką piękną kupą jest to namalowane. Właściwie prawie jak Dwurnik, chociaż nie, Dwurnik jest taki chamski w kolorze, a ona jest subtelna.

eM.: Szczerze mówiąc nie lubię jej prac, nie widzę w tym jej osoby, widzę tematy i styl innych artystów, nie jest dla mnie oryginalna. Powiela Waliszewską, Jabłońską i Kręcickiego. Nie rozumiem dlaczego promuje się artystów, którzy nie wnoszą nic nowego.

Wu.: Jabłońska jest lepszą malarką, po prostu!

Oj, krakusy, krakusy, nawet nie będę tych argumentów o wyższości krakowskiego malarstwa traktować poważnie (no, OK, Waliszewska nie jest z Krakowa). Ale jednak nie wytrzymałam: no, nie, Wu., błagam Cię, wiesz że się pogrążasz, co to znaczy „lepsza malarka”, przecież to definicja akademizmu. Tu wywiązała się dyskusja, że Martyna Czech maluje tak, jakby nigdy nie była na Akademii i że to jest jednak super.

Jot.: A u kogo była w pracowni?

Sprawdzam: Andrzej Tobis, Katowice. Musi być niezłym pedagogiem, że się nie odcisnął. Bo ludzie raczej lubią wytłaczać, nadrukowywać… sygnaturką przyozdobić, że ja, mnie, mojszość, naszość, pisiu-siusiu po terytorium, a tu nic; Martyna Czech jest ewidentnie sama jak palec, czy może raczej czysta jak łza, bo bez nadruku.

Wu.: No, OK, jest tu trochę dobrych obrazów, ale zraziła mnie łonowcami, tego nie lubię. To jest najgorszy sort babskiego surrealizmu.

Popatrz na tę zieleń, jak ona jest znaleziona, to jest mistrzostwo. To fakt, tematycznie jest to ohydne, ale właśnie przez tę subtelność kolorystyczną robi się ciekawie. To jest superzbitka.

Pominę tę uwagę z protekcjonalnym szacunkiem na jaki zasługuje seksizm, gdy służy jedynie do określenia własnych granic. Ale już wiem, że będę bronić tego malarstwa. Podejdę bliżej, będzie łatwiej. Ale głośno i nieco fałszywie podpuszczam: no, dwaj, dawaj. Wu. dał się podejść i strzela z grubej rury:

Wu.: Chodziło mi o to, że ona nie wykorzystuje materialności farby, a tylko przez istotowość można dojść do piękna.

Ja: Ojej, Heideggerem lecisz…

Wu.: Co ja poradzę, po prostu w to wierzę. Ona nie używa właściwych środków; gdyby w ramach swej ohydy przykleiła do płótna prawdziwe włosy jakąś galaretą, to środki byłyby adekwatne. Ważne jest uczciwe eksponowanie materiałów. Tego tu nie widzę. Tu farba jest nieuzasadniona.

Wchodzę w słowo: – Absolutnie się z tobą nie zgadzam. Właśnie dzięki farbie uzyskuje efekt niejednoznaczności. Nie wiesz przecież, czy to są włosy. To są włosy i nie włosy. Najczęstsze pytanie, jakie sobie zadawałam przed tymi obrazami brzmiało: Co to jest?

eM: Niech zgadnę, bo niedowidzisz?

No cóż, to musiało paść. Łykam ślinę i się nie załamuję. Te drobne czterdzieści lat wcześniej miałam przecież najbystrzejsze oczy na świecie. A może Martyna Czech też niedowidzi? Byłoby w tym coś złego?! A może to ja namalowałam te obrazy, tylko się podpisałam „Martyna Czech”? To żałosne argumenty. Wróćmy do piękna, bo piękno się przewija. Myślałam, szczerze mówiąc, że o pięknie nie ma co gadać. Ale sama się łapię…

Wu.: Piękno jest bardzo ważne.

Martyna Czech, „Jad 2”, BWA Tarnów, widok wystawy
Martyna Czech, „Jad 2”, BWA Tarnów, widok wystawy
Martyna Czech, „Jad 2”, BWA Tarnów, widok wystawy
Martyna Czech, „Jad 2”, BWA Tarnów, widok wystawy

No cóż, to możemy się rozejść po tym patosie, każdy obstaje przy swoim. Te obrazy są ohydne, koniec kropka?

Wu.: Nooo, nieee, plus, że do dzikich nawiązuje. I że świat jest czytelny jako całość; zdajemy sobie sprawę, że to jest jednoosobowy punkt widzenia.

Nie, nie, nie potrafię rozmawiać o malarstwie. Przecież koniec końców to są jakieś paranoiczne argumenty modernistyczne o stylu sygnaturowym. Tymczasem słyszę coś z zupełnie innej beczki.

Myślę „piękny obraz”, ale trochę boję się to powiedzieć głośno. Po pierwsze, uwaga dość banalna, po drugie, chciałoby się to piękno przyszpilić, jakby to miałby być jakiś sukces. Kolor, forma, wszystko trafione.

Jot.: Popatrz na tę zieleń, jak ona jest znaleziona, to jest mistrzostwo. To fakt, tematycznie jest to ohydne, ale właśnie przez tę subtelność kolorystyczną robi się ciekawie. To jest superzbitka.

Wu.: No, dobrze, przyznaję, że materia jest ruszona, tyle że tematy mi nie leżą. Myślę, że ona sobie robi takie życie-dzieło sztuki.

– Tak kombinujesz? Ale czy to znaczy, że się opancerza? – pytam Wu. Ale on się tylko uśmiechnął i zniknął.

Następnego dnia, spokojnie, przy kawie, w ogrodzie, już we dwoje z Jot., oglądamy obrazy jeszcze raz.

Gdy dochodzimy do Domowego przedszkola oboje jednocześnie wydajemy z siebie przeciągłe „łaaaaaał”, a potem „nooooo”. Potem Jot. sprawdza, czy dobrze przeczytał tytuł, bo zazwyczaj czyta pierwszą połowę wyrazu, a potem zmyśla. Myślę „piękny obraz”, ale trochę boję się to powiedzieć głośno. Po pierwsze, uwaga dość banalna, po drugie, chciałoby się to piękno przyszpilić, jakby to miałby być jakiś sukces. Kolor, forma, wszystko trafione. To jest chyba taka wisząca zabawka dla niemowlaka. Karuzela z dyndającymi maskotkami, przemieniającymi się niepostrzeżenie w spotworniałe, krwawe i drapieżne stwory, jakby zdekapitowane eumenidy z Three Studies for Figures at the Base of a Crucifixion Francisa Bacona. Dla zachowania tradycji, także widziane od góry. Bo nie ma jak tradycja! W szarościach i różach, z całym kosmosem znaczeń różowego i szarego. Niby Czech, a de facto la Spagnoletta, dosadna, okrutna i niepokojąco piękna. Nonszalancko i wytwornie skomponowany koszmar. Przypomina zaklęty krąg… niby młodopolskie metafory masek, kręgów, to znaczy nieporadnie i epizodycznie nałożonych masek oraz kręcenia się, upiornego, wokół własnego ogona – taka opowieść o życiu, no dobrze – powiem to głośno – o moim życiu, choć się z Martyną Czech nie znamy. OK, dobrze, ale wróćmy do pytania, co to jest. Pokazuję Ludzkie prze-trwanie.

Martyna Czech, „Domowe przedszkole”

Ja: Czy to jest to co myślę? – rano w ogrodzie bywam zaskakująco delikatna.

– A co myślisz? – podstępnie pyta Jot.

Będę kręcić, nie dam się sprowokować.

– No, tzw. kret. Znasz chyba określenie „wypuścić kreta”? A na nim białe robaki.

– Chyba żartujesz – na to Jot.

Znam ten podstęp, chce mi uświadomić mój żałosny, przyziemny horyzont. Postanawiam się bronić:

– To może też być prawdziwy krecik, o, tu jest mordka. Po prostu patrzysz i musisz kombinować… Zresztą, poczekaj, zacytuję ci tak zwanego prawdziwego malarza: „Oglądałem posągi faraonów w Egipcie upstrzone wapiennym kałem ptactwa, bez uszanowania. Flauberta widok ten fascynował, wspomina o nim wiele razy, obsesyjnie. Nie pozostaje nam nic innego, jak uświęcić ptaki”[1]. Ludzkie prze-trwanie uświęca ptaki – niepotrzebnie kończę patetycznie, taki akademicki nawyk, żeby moje było jednak na wierzchu.

Zobacz, jakie to liryczne! Na niby-gałęzi trochę leżą a trochę stoją dwie postacie scalone w miłości soixante-neuf (z namaszczeniem spolszczam na słasantnef). Wyglądają jak jeden bardzo dziwny pasikonik, jakiego jeszcze nie odkryli entomolodzy lub nieznany ornitologom oskubany nielot.

Zatrzymujemy się przy Stale zmiennych. Leżący facet ma zamiast rąk coś jakby dwa kaktusy. O ile to są kaktusy. O ile to są ręce. To trzeba było wymyślić. Z brzucha wychodzi mu wąż, coś jakby alien. Niżej głowa kobieca dogadza mu seksem oralnym, ale uwaga, penis jest też jakby stopą, a żołądź jakby sercem. Nad głową wisi różowa pierś, wielkości głowy, z ssącymi wargami. A pod głową też coś obłego i niepokojącego. Co to może być? Poznaję dziewczynę, to ta z Koniec twoją ma twarz, tyle że bez wyjściowego mejk-apu. Znowu ja? Co ja tu robię?! To właściwie taki Almodovar à rebours: facet jest w śpiączce, wykorzystywany przez gady i kobiety. Nogi ma sztuczne i doczepione niezbyt precyzyjnie, choć jedna może jednak funkcjonuje jako organizm karmiący aliena. Zielone ramiona pięknie harmonizują z cielistym tułowiem. Ornamentowo potraktowany penis-stopa ma czerwony obrys efektownie osadzony na błękitnym tle. Jest w tym coś pierwotnego, jak zestawienia kolorystyczne polichromii z archaicznych przyczółków Partenonu wystawione w muzeum Bernarda Tschumiego u stóp Akropolu. Plus ci dziwni chtoniczni wężo-ludzie. Czy to jest Kuba Banasiak? – pyta niespodziewanie Jot. – Daj spokój, mówię, wzruszając ramionami; przechodzimy do kolejnego obrazu: X jest niewątpliwie o tym, że wszyscy jesteśmy kanibalami – cieszę się, że mówię wreszcie coś krótko i prosto. Jot. patrzy na fioletowego baranko-kurczaka rozpostartego na tacy, z sałatą zamiast głowy i zielonym pieluszko-nadzieniem w okolicach brzucha (czy Martyna Czech oglądała moje dziecko, jak było malutkie?! – przez chwilę kamienieję ze strachu) i zdaje nie podzielać mojej pewności.

Martyna Czech, „Stale zmienne”

Tymczasem wokół nas w ogrodzie śpiewają ptaki, do karmnika z rozsypanym ziarnem słonecznika podfruwa kowalik, budząc postrach sikorek. Jest zabójczy, z długą czarną pręgą na oku, która jakby przedłuża mu dziób, a jednocześnie upodabnia do Zorro. Kowalik jak prawdziwy maczo bierze do dzioba kilka ziaren, a sikorki, ciamajdy, tylko po jednym. „Uświęcić ptaki” – powtarzam w myśli. Miłośnie patrzę na swojego do-pary-ptaszka w romantycznych okolicznościach przyrody i przekierowując wzrok na Różną jedność, kolejny obraz Martyny Czech, wzdycham: – Zobacz, jakie to liryczne! Na niby-gałęzi trochę leżą a trochę stoją dwie postacie scalone w miłości soixante-neuf (z namaszczeniem spolszczam na słasantnef). Wyglądają jak jeden bardzo dziwny pasikonik, jakiego jeszcze nie odkryli entomolodzy lub nieznany ornitologom oskubany nielot. Na zielonym tle, zupełnie jak w naszym ogrodzie. Może to my, w ekstazie? Pamiętasz, jak którejś nocy zmieniłeś się w ptaka i waliłeś głową w szybę, bym Cię wpuściła? A ja, głupia, nie domyśliłam się, że to byłeś ty. Myślałam, że śpisz na piętrze. Popatrz, tu jest taka niepokojąca czerwona kropka, coś jakby… nie, nie wiem co to może być. Wzrok przenoszę na krzaki borówek i aronii – słodkie kropeczki osłonięte firankami. Uświęcać ptaki? By je czcić, trzeba znać ich spryt i je przechytrzyć. Nie zjedzą nam w tym roku jagód! Firankowe zasłony oddają hołd mądrości, pozbawiając nas jednocześnie widoku. Przesłonięte krzaki tworzą obrazy pobudzające wyobraźnię. Za firanką zdarzyć się może więcej niż przed nią. Uświęcając ptaki, tworzymy najfantastyczniejsze wizje tego, czego się jedynie domyślamy, kierowani niewyczerpaną oskomą. Ptaki zdecydowały: możemy albo zjeść jagody, albo je oglądać. Na szczęście ciągle coś nas przewyższa.

Martyna Czech, „Różna jedność”

Czy malarstwo może być o tym, że nic nie widzimy? Nic o sobie nie wiemy? Czy może być o tym, żeby nie powtarzać jak papuga „szafka”, stół” „kubek”, „kupa”, tylko – przyglądając się światu – prowadzić nieustanną grę z tym, co nam wmówiono i tym, co nie daliśmy sobie wmówić? Czy malarstwo jest zatem po to, by stawiać opór zbanalizowanemu językowi, który już nic nie mówi, tylko sprzedaje i oferuje towary? Przyznałam się, że niedowidzę. Czas na ostateczne zwierzenie: nie wiem. Po prostu nie wiem. Bardziej niż w domniemanych portretach, właśnie w tym „nie wiem” odnajduję się w obrazach Martyny Czech.

Tekst pochodzi z katalogu Martyna Czech. Jad, wyd. Galeria Bielska BWA.

[1] J. Cybis, Notatki malarskie. Dzienniki 1954–1966, red. D. Horodyński, Warszawa 1980, s. 238. „Nazwisko Cybis oznacza w starym języku słowiańskim to samo co czajka”, tamże, s. 60.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaMartyna Czech
TytułMartyna Czech. Jad
WydawnictwoGaleria Bielska BWA
Data i miejsce wydania2017, Bielsko Biała
Strona internetowagaleriabielska.pl
Indeks

Zobacz też