16.12.2016

Kultura intymności przeciw kulturze patriarchatu

Zofia Krawiec, Ewa Majewska
Kultura intymności przeciw kulturze patriarchatu
W środowiskach twórczych nie ma zbyt wiele równościowych związków. W których z jednej strony mieć wspólne życie, dzielić afekty, a z drugiej strony negocjować kulturowe normy płci, a także świata sztuki, który jest światem konkurencji i wyzysku, często we wstrząsający sposób.

Ewa Majewska: Mam wrażenie, że jest niewiele sytuacji w naszej kulturze, w których kobiety komunikują się ze sobą bez pośrednictwa mężczyzn. Virginia Woolf pisała kiedyś o tym, że nie ma takich sytuacji w literaturze. Wspomina o tym w znanym fragmencie o Chloe i Olivii z Własnego pokoju.

Ostatnio sporo myślałam o kobiecych przyjaźniach, o edukacji między kobietami. Znamy Grzegorza Kowalskiego i jego pracownię, albo Mirosława Bałkę i jego pracownię. I nie ma fundamentalnych zastrzeżeń do tego, że to są świetne pracownie. Ale nie ma Zofii Kulik i jej pracowni. Albo Ewy Partum i jej pracowni. Chociaż one de facto istnieją, bo przecież są kobiety, które uczą się od tych kobiet. Ale nie dostajemy informacji o takich kobietach albo – poza bardzo rzadkimi sytuacjami – nie dostajemy informacji o tym, że robi projekt razem z kobietą. Wtedy zazwyczaj skupiamy się na tym, co jest treścią, a nie co dzieje się na linii tej transmisji, w sensie tego, co te kobiety do siebie mówią, w jaki sposób ze sobą współpracują. A to przecież też jest bardzo ważne.

Zofia Krawiec: To prawda. Ja na przykład czuję się mentalną córką Zofii Kulik, Ewy Partum i Natalii LL. Ich twórczość ukształtowała mnie w różnych aspektach. Każda z tych artystek dała mi co innego. Laurie Anderson powiedziała kiedyś, że o relacji syna z ojcem powiedziano już chyba wszystko, co można było powiedzieć. Za to relacja córki z matką jest bardzo słabo opisana, dlatego namawiała dziewczyny do opisywania swoich relacji. 

Dlatego pomyślałam sobie, że przed postawieniem ci tarota chętnie bym z tobą najpierw porozmawiała i dowiedziała się, czego teraz chcesz, nad czym aktualnie pracujesz. Dla siebie i dla czytelniczek tej rozmowy to może również okazać się ciekawe. Opowiedz mi jak wpadłaś na pomysł stworzenia książki Miłosny performans?

Zakochałam się i to był trudny czas. Składałam się z samych pulsujących emocji. Byłam wtedy chodzącymi Fragmentami dyskursu miłosnego. Czułam, że muszę coś z tym zrobić, bo inaczej wybuchnę. Szukałam w sztuce emocji, z którymi mogłam się utożsamić, to dawało mi ukojenie. Przede wszystkim byłam bardzo ciekawa jak z takim stanem radzą sobie inne osoby, artyści. Co robią inni, kiedy czują się w ten sposób? Czy ich związki udają się, czy nie? Szukałam dzieł sztuki, które były wyrazami silnych emocji. Intymnymi wyznaniami, często niekontrolowanymi. Takich dzieł sztuki, których powstania nie kalkulujesz, po prostu musisz je zrobić, żeby wyrazić swoje uczucia: ekstazę, frustrację, cierpienie. 

Ważne było dla mnie, żeby odnaleźć prace, w których została przekroczona jakaś granica, poświęcenie dla obiektu miłości, zrobienie czegoś bezinteresownie. Jakieś niewykalkulowanie. Podarowanie czegoś bardzo osobistego, czasami nawet bez nadziei, na to, że ta druga osoba zechce to przyjąć. Ryzyko kompromitacji, utraty reputacji. Działanie na granicy bólu i ulgi.

Jak dokonywałaś selekcji prac? Czy to był trop: chciałabym pracę o afekcie albo chciałabym pracę o miłości? Czy innego typu?

Adę Karczmarczyk znałam wcześniej, ale nie miałam pojęcia o jej uczuciu do Oskara ani o tym ile dla niego zrobiła. Któregoś dnia byłam po prostu przy rozmowie o niej, z której wynikało, że jest to jakaś szalona laska, właściwie wariatka, stalkerka.

Ta opowieść przez kilka miesięcy chodziła mi pogłowie. Duże wrażenie zrobiła na mnie determinacja i odwaga Ady. W jej zacięciu i walce zobaczyłam też swoje cechy. Poprosiłam ją o spotkanie. I wtedy okazało się, że nie jest żadną wariatką, tylko inteligentną i wrażliwą dziewczyną. Artystka wizualna Chris Kraus, autorka świetnej książki I Love Dick, jednego z najpiękniejszych Miłosnych Performansów, jakie znam, napisała, że wrażliwa artystka, odbierająca to, co się jej przytrafia „zbyt osobiście”, traktowana jest przez mężczyzn jak wariatka, „female monster”. Dziś uważam, że w tym sensie ja również jestem „female monster”. 

Tak, to jest zaprzeczenie mocno zakorzenionej w kulturze męskiej figury geniusza, który rzekomo świetnie wie, co chce wyartykułować i jakimi narzędziami. Kobiece zachowania, które mogą być trochę żenujące i niemieszczące się w podziałach kulturowych, zakłócają tę racjonalną genialność. Ściśle racjonalna i kulturowo męska postać sztuki zostaje tutaj skonfrontowana z wszystkim tym co cielesne, afektywne, niedomyślane nawet. Dlatego wydaje mi się to feministycznym pomysłem. W twojej książce nie ma tylko historii zwycięskich podbojów, są też porażki, słabizny, wariactwa.

W mojej książce bardzo interesowała mnie słabość jako droga do emancypacji. W słabości dostrzegam potencjał feministyczny. „Czy naprawdę jestem silną kobietą, jeśli muszę ukrywać swoją nadwrażliwość?” – pyta Kim Gordon w książce Dziewczyna z zespołu. 

Myślę, że współczesny feminizm jest ekskluzywny i w wielu kobietach pogłębia uczucie wykluczenia. Kieruje się on logiką kapitalistyczną. Jest synonimem siły, sukcesu ekonomicznego i udanego seksu. Tymczasem, uważam, że dzisiaj najbardziej potrzebujemy feminizmu, który nie jest wyłącznie pozytywny, nastawiony na manifestowanie kobiecej siły i dobrego samopoczucia. Współczesny feminizm  powinien zajmować się też historiami kobiecych porażek i cierpienia, którego nie można uniknąć w życiu. Tym bardziej nie unikną go dziewczynki i kobiety, ponieważ bycie kobietą w tym świecie, jest jedną z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych rzeczy.  Dlatego potrzebujemy raczej szczerych historii, które wzbudzą empatię, niż opowieści o spełnieniu, które wywołują poczucie wyalienowania.

Kulturowo emocje przypisywane są kobietom, ale prawo do mówienia o nich należy już do mężczyzn, mam na myśli poetów, pisarzy, piosenkarzy, reżyserów. Stendhal pisał, że kobieta 90% czasu w ciągu dnia myśli o miłości, a mężczyzna tylko 20%, bo przez resztę czasu myśli o pracy. Takie postrzeganie miłości jest szalenie wkurzające. 

Tak, bo to jest „ekspertyza”, która społecznie nadal postrzegana jest jako kompetencja mężczyzn, choć akurat ta wypowiedź pisarza z jakąkolwiek rzetelnością nie ma nic wspólnego.

Z kolei poradniki typu „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” radzą kobietom, żeby nie mówić o emocjach, udawać niedostępną i racjonalną. I za wszelką cenę nie okazywać, że kobiecie na tym związku piekielnie zależy, tak, żeby to mężczyzna „gonił króliczka”. Zależałmi na złamaniu tego schematu. Interesowały mnie momenty, kiedy kobiety pod wpływem miłości wychodziły poza bierność, która jest im na co dzień wtłaczana do głów, i zaczynały same zdobywać i walczyć o miłość, jak mężczyźni. I mówić o tym, nawet za cenę kompromitacji. Bo dla mężczyzny „dostanie kosza” jest czymś wpisanym w doświadczenie. Kobiety w swoim doświadczeniu mają to, że się je zdobywa, jak średniowieczne księżniczki. Interesowały mnie więc kobiety, które miały obsesję na punkcie mężczyzny, ale jednocześnie najważniejsza dla nich była szczerość. Wyjawienie mężczyźnie prawdy, mimo tego, że kulturowo jest to uznawane za najgorszą formę uwodzenia mężczyzny. A w tej obsesji paradoksalnie najważniejsza jest dziewczyna, która mówi co czuje. 

Dla mnie to jest emancypacyjna strategia wyjścia z zakonu. Pytanie czym byłaby cywilizacja bez afektu? Bez umiejętności przeżywania emocji, dbania o kogoś? Moim zdaniem ta cywilizacja zmierza do śmierci, właśnie w tych momentach, kiedy odłącza się od emocji. Męskie modele geniuszu, heroizmu, tworzenia, opierają się między innymi na wykluczeniu afektu. Afekt tymczasem jest elementem doświadczenia, twórczości, życia ludzi i musi znaleźć swoje miejsce tak w sztuce, jak i jej regułach czy omówieniach.

Myślałam nawet o tym, żeby zadać ci wprost pytanie o to jak ci się funkcjonowało w związku z facetem, który posiada wysoką pozycję i ogromną władzę w polskim świecie sztuki. Zastanawiałam się jak to sformułować elegancko i grzecznie, żeby nie zabrzmiało paternalistycznie czy nieuprzejmie. Ale przysięgam, że tego typu myśl bardzo mnie nurtowała. Co to jest za sytuacja – być  z kimś, kto w dużej mierze dzieli i rządzi? Nie wiem, czy to jest miłe, zadawać takie pytanie. Pomyślałam sobie, że na co dzień mieszkanie z pomnikiem musi być bardzo męczące.

Kiedy dzielisz z kimś codzienność, widzisz, jak nosi zakupy, wyrzuca śmieci, sprząta po szczeniaku, to oczywiście nie traktujesz go jak pomnik. Ale często przypominają ci o tym inni. Kiedy poznaliśmy się z Łukaszem Rondudą, byłam bardzo młoda, kończyłam studia, między nami była przepaść wieku i zawodowych doświadczeń. Dostałam spięcia żołądka z obawy przed kliszą ładnej dziewczynie, która żyje w cieniu genialnego mężczyzny. Chris Kraus rozpoczyna swoją książkę I Love Dick od opisania sytuacji, w której wraz ze swoim znacznie starszym mężem, uznanym krytykiem i uniwersyteckim wykładowcą, idzie na spotkanie z jego znajomym, również intelektualistą. Mężczyźni rozmawiają tam, zupełnie pomijając jej obecność. Wiele razy doświadczyłam takiego protekcjonalnego traktowania. Dlatego wydawało mi się, że aby utrzymać związek przy życiu, musi w nim zachodzić partnerska wymiana, równowaga sił. Klisza cienia byłaby dla mnie śmiercią za życia. Wiedziałam, że muszę dużo pracować, dojrzeć i rozwinąć się. Jednak z perspektywy czasu: wydanej książki i rozstania z Łukaszem, myślę, że związki w świecie sztuki są ekstremalnie trudne, ponieważ ludzie tutaj są wybitnie nakierowani na samych siebie. A podstawą udanego związku jest coś zupełnie odwrotnego. 

To jest kompletna zmora. Myślę sobie, że w środowiskach twórczych nie ma zbyt wiele równościowych związków. Z jednej strony mieć wspólne życie, dzielić afekty, a z drugiej strony negocjować kulturowe normy płci, a także świata sztuki, który – jak Kuba Szreder świetnie pokazał – jest światem konkurencji i wyzysku, często we wstrząsający sposób.

Nieliczne wzorce, które byłyby interesujące, zostały skutecznie skopane. Myślę tutaj o relacji Zofii Kulik i Przemka Kwieka, która na pewno nie była idealna, bo żadna nie jest. Ale ona była interesująca, ponieważ przynajmniej kilka norm kulturowych dotyczących kobiecości i męskości zostało w tej relacji mocno naruszonych na rzecz emancypacji kobiety. Rozumiem, że ludzie nie chcą publicznie mówić o swoich relacjach, które i tak są skomplikowane. Wydobywanie ich na światło dzienne może zwiększyć konflikty, które pewnie i tak tam są. Myślę, że upublicznianie własnego związku musi byś strasznie skomplikowane, a z drugiej strony, nie mając dostępu do prawdziwych historii innych ludzi, sami nie wiemy, jak nawigować w swoich własnych.

Dlatego konfesja w literaturze i w sztuce jest taka ważna.  

Mało przyglądamy się narracjom kobiet w tym środowisku, mało jest tych opowieści. Dlatego wokół tarota chciałabym bardzo trochę tej kobiecej opowieści wygenerować. Zobaczymy, co z tego przetrwa w druku, a co nie. Takie opowieści mnie najbardziej interesują, poza wymiarem statystycznym, gdzie są badania dotyczącego tego ile zarabiają kobiety w świecie sztuki, a ile mężczyźni. I ile kobiet zostaje profesorkami. To są super ważne i wstrząsające statystyki, na niekorzyść  kobiet. Ale oprócz tego mamy także nasze przeżywane doświadczenie, żywe kobiety, które w tym świecie sztuki tworzą, mają relacje, próbują być szczęśliwymi i twórczymi osobami. Myślę, że brakuje sytuacji, w których skupiamy się wyłącznie na kobiecych sprawach. Najgorzej jest, kiedy stawiamy kobiety w roli osób, które nie mają żadnej metody badania świata ani wiedzy o kulturze, a tak przecież nie jest.

Jak to się stało, że zainteresowałaś się tarotem? 

Tarot zainteresował mnie wskutek czytania Italo Calvino, jego opowiadań o tym jak np. wędrowcy przemieszczali się, a potem nie mogli mówić i musieli używać kart, żeby obrazkami opowiedzieć sobie o tym, czego wcześniej doświadczyli (Zamek krzyżujących się losów). Pomyślałam, że to jest świetna strategia. Bardzo syntetyczny system 78 kart, którymi możesz opowiedzieć różne historie. Później zaczęłam czytać trochę o samej historii tarota. Dla mnie tarot jest dzieckiem renesansu. Pojawił się, kiedy wszyscy mieli już po dziurki w nosie czytania biblii, ręcznie przepisywanych ksiąg, których nie było za dużo, bo nie było jeszcze druku. A jak już były, to na ogół teologiczne. To nie były takie czasy jak dzisiaj, kiedy co sekundę publikuje się nową książkę. W pewnym momencie ktoś wpada na pomysł: dlaczego nie zrobić kart? Moim zdaniem jest to pomysł w pierwszej kolejności na zabawę. Jemy kolację i byłoby fajnie mieć przy tym jakąś formę zabawy, na przykład w postaci kart.

Tak rozumiesz tarota? Nie jako metafizyczną drogę do mądrości, tylko rodzaj komunikowania się i wspólnego spędzania czasu, stawiania sobie szarad?

Dokładnie tak. Kiedy rozkładasz karty, każda z nich ma jakieś znaczenie. Używa się określonego typu rozdań, więc każde miejsce w rozdaniu też ma swoje znaczenie. Cały bajer polega na tym jak z tego wszystkiego zbudować sensowną, inspirującą historię.

Czasami ludzie przychodzą z konkretnym kłopotem, mówią np.: „Słuchaj, czy ten facet/ facetka w końcu się ze mną prześpi, czy nie?”. I to jest bardzo proste pytanie. W takiej sytuacji, jeżeli podejmuję się zadania „ulżenia” cierpiącej osobie, żyjącej w niepewności. Naprawdę nie mam poczucia, że potrafię przewidzieć przyszłość. Nie uprawiam metafizyki czy mistycyzmu.

Zawsze stawiasz tarota w określonej intencji?

Typy ludzkie są różne, bywają osoby, które mi nic nie mówią. Ale są też osoby, które wchodzą w rozmowę i wtedy rozmawiamy o tej sytuacji, o tej wymarzonej kobiecie na przykład. Na ogół jest tak, że osoba, z którą czyta się karty odnajduje w tym coś interesującego. Opowieść kart zaczyna być nagle opowieścią o kawałku czyjegoś życia. I ktoś może sobie popatrzeć na własne życie od zupełnie innej strony. Od strony przypadkowo wylosowanych kart. W 99 procentach tych rozdań okazuje się nagle, że jest jakaś historia, którą ktoś zaczyna rozumieć jako własną, jako opowieść o nurtującym go zagadnieniu, o tej wymarzonej kobiecie albo studiach, na które chce się dostać, albo o pracy habilitacyjnej, którą chce obronić.

Janek Sowa, który głęboko nie wierzy w „te gusła”, powiedział: „OK, to ja chcę dowiedzieć się, czy umrę na wojnie”. To było jedno z bardziej zabawnych rozdań. Początkowe karty były relatywnie nudne i tak je sobie odczytywaliśmy, Janek coraz bardziej się nabijał, i na końcu wyszła karta śmierć. W tym momencie wszyscy podskoczyli. Haha.

A nie zdarzyły ci się chwile zwątpienia, że jest w tym jednak metafizyka?

Zdarzyły mi się telefony o północy: „Ten tarot, który kiedyś mi stawiałaś sprawdził się w stu procentach”. Jeżeli komuś faktycznie ta historia się w jakimś sensie realizuje, czyli jeżeli scenariusz tej rozmowy staje się kanwą do interpretacji zdarzeń, które przychodzą później, to dla mnie mówi to głównie o naszym ludzkim przywiązaniu do  narracji. Czasami interpretując wydarzenia odwołujemy się albo do wcześniejszych wydarzeń historycznych, które są znarratywizowane, albo do legend, baśni. Bardzo często zdarza mi się taka sytuacja, że muszę opuścić jakąś sytuację towarzyską o północy, bo mam ostatnie metro, i wtedy mówię, że „robię  Kopciuszka”. Istnieje opowieść o dziewczynce, która musi opuścić bal przed północą i ja jej używam. Dla mnie ta opowieść, która buduje się przy tarocie również funkcjonuje jako taka bajka. I może się tak zdarzyć, że późniejsze wydarzenia pasują do tej opowieści.

Przychodzi mi na myśl, że tarot jest mostem pomiędzy sztuką wizualną a literaturą. 

Możesz tworzyć własne opowieści. Po to uczyłam się tego wytrwale, tych wszystkich 78 kart, historii o tych kartach. Istnieje bardzo dużo różnych talii. One na ogół pokrywają się znaczeniowo, ale są przesunięcia. Np. Aleister Crowley, który był legendarnym mistykiem, ale także osobą, która eksperymentowała z narkotykami, z seksualnością itd., stworzył własną talię wraz z malarką Friedą Harris. Tam interpretacja karty „diabeł” jest zupełnie inna niż w innych interpretacjach, dlatego że dla niego „diabeł” oznaczał przede wszystkim wrota do poznania, ludzkiej ciekawości, dążenia do wiedzy. On nie traktował diabła jako zło metafizyczne czy moralne, ale jako poszukiwanie wiedzy.

A jaka jest twoja interpretacja?

Kartę diabła interpretuję według modelu nakreślonego przez Dostojewskiego. W Biesach, Idiocie, Zbrodni i karze, w głównych powieściach Dostojewskiego, zawsze jest taki moment, kiedy namiętności zrywają się z łańcucha. Prowadzi to często do bardzo kontrowersyjnych moralnie czynów, rozpadów relacji, szaleństwa, czasami nawet zabójstw, ale jest też momentem wyzwalającym, którego nikt nie kontroluje. I z tego wyzwolenia mogą wyniknąć rzeczy wspaniałe albo rzeczy absolutnie okropne. Nie spotkałam się z tym, że ktoś jeszcze odwoływał się do Dostojewskiego przy tej karcie, więc postrzegam to jako własny mini wkład do  interpretacji tych kart. Moja postawa jest zainspirowana Crowleyem i tym, żeby automatycznie nie nakładać etykiety zła, która przez tradycję chrześcijańską kojarzy się w ten sposób. Zależało mi na tym, żeby uchylić to zło etyczne i – trochę po Foucaultowsku – zobaczyć jakiego typu mechanizmy, urządzenia siedzą w tej karcie i co one sygnalizują.

Ale przejdźmy do twojego rozdania. Twój proces główny to karta, którą Crowley nazywa „Obfitość”. To jest mała karta. Trójeczka pucharów. Ale z drugiej strony jest to mocna karta, ponieważ ona mówi o czerpaniu szczęścia. Doświadczaniu świata jako obfitości, na zasadzie „dla wszystkich wystarczy”. Z tej zabawy, najważniejszym elementem jest spokój, który wiąże się z z tym, że będzie ok, że będzie dobrze. Miłe spędzanie czasu z ludźmi, które wyzwala poczucie spokoju. I to jest twój proces główny, czyli twoja aktualna sytuacja.

A z drugiej strony, jako blok, jest karta „Piątka mieczy”. Ona mówi o sytuacjach, w których niepotrzebnie wchodzimy w spory i konflikty. Małe zadry, pretensje… One blokują cię. Tak jakbyś miała z jednej strony dużo uciechy i generowania radości, a z drugiej strony spory o pierdoły.

To wszystko prawda. Niezwykłe. Haha.

Kolejna karta. Teraz jesteśmy w miejscu w rozdaniu, które pokazuje to, co jest wypychane do nieświadomości. I tutaj jest karta „Siedem mieczy”. Miecze to są karty, które na ogół dotyczą narzędzi intelektualnych, a więc pojęć, sposobów rozumienia świata itd. Ten gość na karcie ma miecze i widać, że zaraz będzie z nimi gdzieś umykał. Natomiast pewien francuski artysta – Jassem Hindi – zrobił taką interpretację tej karty, że po pierwsze dorysował tych mieczy o dwa więcej, więc kiedy masz choćby minimalne pojęcie, to patrząc na jego wersję tej karty rozumiesz, że coś tu nie gra. Czyli strategia tricksterska jest zawarta już w tym, że on powiększył liczbę mieczy, naruszył kompozycję itd. Ale oprócz tego, on opowiada o tej karcie jako o karcie, w której zyskujemy autonomię. To my decydujemy o tym jak nazywamy, czy interpretujemy świat, a nie poddajemy się normom, które już istnieją. Złodziej mieczy, bo tak też czyta się tę kartę, ponieważ jest na niej osoba, która próbuje je wykraść. Dla wspomnianego artysty jest to postać symbolizująca człowieka, który po prostu stara się być autonomiczny i samemu rozporządzać (dyrygować) tym co ma. To jest też feministycznie ciekawy trop. Hélène Cixous pisze o tym, że kobiety powinny być jak sroki i podkradać narzędzia istniejącej kultury. Przy czym to nie jest upubliczniona transformacja, na zasadzie jasnej deklaracji „od dzisiaj przestaję być idealistką i staję się materialistką”. Ale dokonywana prywatnie. To się dzieje, a ty albo starasz się tego nie widzieć albo nie dajesz temu dostępu do świadomości. Sugerowałabym – zrób to, bo wtedy ten szum informacyjny, który teraz przeżywasz, związany z dogryzaniem, jakimiś małymi, a upierdliwymi rzeczami, może zostać uporządkowany. To, co teraz sobie kombinujesz, przekształcasz, to, że wzmacniasz swój intelektualny świat, może pomóc w tym, żeby to trochę uprzątnąć i uwolnić radość. Natomiast ty, na poziomie świadomym, skupiasz się na tym, że jesteś w pułapce.

Istotnie, tak to wygląda. 

To jest karta „Osiem mieczy”, która pokazuje osobę otoczoną mieczami wbitymi w ziemię. Zwróć uwagę, że tutaj jest bardzo dużo przestrzeni, żeby ta osoba z tej „pułapki” wyszła.  Te miecze ustawione są bardziej przez nią samą, nie przez świat wokół. Ta karta mówi o tym, że sytuacje, które postrzegamy jako kompletnie paraliżujące, mogą być bardziej wytworem naszego umysłu niż obiektywną sytuacją. To zaczyna się robić bardzo spójne. Tak jakbyś z jednej strony miała do czynienia z różnymi sposobami myślenia o świecie i zastanawiała się, który wybrać.

A z drugiej strony, jakbyś była przytłoczona tym wszystkim i myślała, że nie ma wyjścia. Ale rozwiązanie tego konfliktu pomiędzy twoim poczuciem „dajmy temu spokój” a światem na zewnątrz i twoim intelektem jest takie, że trzeba doprowadzić to zaczęte dzieło do końca. Czyli, innymi słowy, to, co wymyśliłaś teraz jako swoje własne autonomiczne podejście do świata, trzeba poprowadzić dalej i wyjść z tej pułapki.

Idźmy dalej. Wcześniej (w przeszłości) był „Król mieczy”, który oznacza, że nastąpiło spotkanie z mężczyzną, z intelektem. (śmiech) Ty zaczynasz przekształcać w sobie różne rzeczy, ale tak jakbyś nie dopuszczała ich jeszcze do głosu. Tymczasem to się dość obficie dzieje. Natomiast to poczucie pułapki jest dominujące. Można je zmienić, ponieważ i jedno, i drugie jest w tobie, jednak ty skupiasz się na pułapce.

Czuję się jak w piosence Killing me softly, jakbyś czytała moje intymne listy. 

(śmiech) Teraz przechodzimy do miejsca w tarocie, które mówi o potencjalnej przyszłości. Karta, która tutaj jest, mówi o rozczarowaniu. Przeprawy z mieczami, których masz dużo w swoim rozdaniu, mogą doprowadzić do sytuacji, w której pojawi się poczucie rozczarowania i porażki. Warto pamiętać, że każda praca intelektualna jest najeżona takimi sytuacjami. Nigdy nie generujemy intelektualnych narzędzi bez ryzyka, poczucia porażki. Może więc być tak, że kiedy będziesz próbowała się z tym wszystkim uporać, będziesz miała kryzys „to wszystko na nic”, ale sugerowałabym, żebyśmy teraz poczekały do końca rozdania i przekonały się, co to wszystko właściwie oznacza. Nastaw się na to, że przemodelowanie własnego intelektualnego zasobu nigdy nie jest drogą przez róże. Wiąże się raczej z tym, że czasami nas ktoś skrytykuje albo okaże się, że się mylimy itd.

No tak, przekonałam się już, że tak jest.  

Kolejna karta, to jest „As kijów”, który mówi, że ty, tu i teraz, marzysz o tym, żeby działać. Ta karta mówi „cała energia w działanie”. Czyli najwyraźniej jesteś już chyba tak zmęczona baniem się, tworzeniem nowych intelektualnych narzędzi, wchodzeniem w konflikty, że najchętniej wzięłabyś i zrobiła coś, zamiast męczyć się z tym wszystkim. To jest naturalne i bardzo dobre. Ale chodzi o to, żeby sobie tą pałą nie przyłożyć. Te trzy miecze, jako zapowiedź na przyszłość, mogą oznaczać skierowanie mieczy do siebie, a nie na zewnątrz.

Idźmy dalej. Ludzie wokół ciebie to są „Królowie kijów”. Czyli jest przy tobie konkurencyjna osoba rodzaju męskiego, która jest bardzo interesująca, albo masz wokół siebie bardzo dużo męskiej energii i działania. Z jednej strony to jest na pewno inspirujące do wykonania tego ruchu pałką. Inspiracja płynąca z twojego otoczenia bardzo cię popycha do tego, żeby wziąć tę pałkę i gdzieś przyłożyć. Praca nad narzędziami intelektualnymi tymczasem jest pracą koronczarską, więc mam sugestię, żeby nie reagować pałą, tylko pracować. Chociaż rozumiem, że chciałabyś załatwić wszystko jednym mocnym uderzeniem. Innymi słowy, masz bardzo mocną dominantę tego męskiego działającego żywiołu, przez co nie dostajesz być może wystarczającego wsparcia dla siebie i własnego procesu twórczego, który jest bardzo skomplikowany i wielowarstwowy.

Natomiast kolejne miejsce w tarocie jest miejscem twoich najskrytszych marzeń. I tutaj mamy kartę „Królowa pucharów”. Mówi ona o tym, że  bardzo byś potrzebowała i chciała uzyskać dużą emocjonalną mądrość, być osobą, która pozwala, żeby wszystko płynęło. Moim zdaniem w tym marzeniu tkwi pragnienie, żeby ktoś ciebie wsparł. Jak widać, masz tutaj rozprawy z mężczyznami i mieczami, czyli dużo sytuacji, które siłą rzeczy są dość wojownicze. Pytanie, jak tę wiedzę przyswajać w łagodniejszy sposób, żeby wszystko było bardziej harmonijne, żeby łatwiej ci było wprowadzać te zmiany we własne życie, żebyś była bardziej stabilna i zintegrowana. Wydaje mi się, że to jest bardzo ładne i bardzo logiczne marzenie w twojej sytuacji. Oprócz tych wszystkich mocno męskich rozgrywek, byłoby dobrze znaleźć kontekst kobiecy i z niego korzystać.

Ostatnia karta pokazuje bardzo fortunne zakończenie całej sytuacji. To jest jedno z Arkan Wielkich – „Mag”. Na stoliku Maga leżą wszystkie narzędzia, czyli puchary, dyski, kije i miecze. Mag nie tylko je ma, ale także posiada wiedzę jak z nich skorzystać. To jest karta twórczości, sensownego sięgnięcia po swoją wiedzę. Coś zostanie wygenerowane. W kategoriach omenu wygląda na to, że batalie, które toczysz, nie tylko zostaną rozwiązane, ale również uda ci się zrobić coś twórczego i sensownego. To bardzo fortunna zapowiedź na przyszłość.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

FotografieKarolina Zajączkowska
Indeks

Zobacz też