28.06.2015

Zawsze chciałem być artystą, ale mogę tylko o nich pisać: Łukasz Surowiec

Wojciech Albiński i Szymon Rogiński
Zawsze chciałem być artystą, ale mogę tylko o nich pisać: Łukasz Surowiec
Łukasz Surowiec

Łukasz Surowiec, fot. Szymon Rogiński

„Musisz odkryć w sobie skurwysyna.” – powiedział podobno kiedyś Żmijewski. Surowcowi zapadło to w pamięć i od tego zaczyna. Sam żałuję, że moja pamięć nie zapamięta więcej i pierwszy raz żałuję, że nie mam dyktafonu. Można by wspaniałe nagranie nakręcić, jakby trafić na zabawę Berlusconiego albo innych katabasów, którzy w atolach swoich penthause’ów mogą się w końcu rozebrać z politycznej poprawności i mówić co chcą. Tyle, że tu też – jakby na odwrót. Kto zna prace Łukasza Surowca (a warto), widzi, że nie straszne mu odmęty wszelakiego zła, może nawet i cynizmu, byle tylko wywołać właściwe wrażenie. Ale za to prywatnie z pełnym przekonaniem opowiada o równym społeczeństwie i wierze w człowieka. I ja też mu wierzę!

Choć zaraz znowu łamie to wszystko i mówi wprost, że interesuje go taka praca, „gdzie człowiek byłby zmuszony zadać komuś zło na wejściu, z automatu… Tak, to by było ciekawe” – skrzą mu się oczy i przegarnia grzywkę. Gdy jednak mowa o szerszej myśli jego prac, wskazówka kompasu od razu biegnie w drugą stronę.

Och, gdybym umiał odtwarzać z pamięci: „w latach dziewięćdziesiątych zaczęły się różnice wynikające tylko z zachowań performatywnych, jedni zaczęli nosić garnitury i za to dostawiali już pieniądze, a drudzy zostali tam gdzie są; i przestrzeń miasta jest skomercjalizowana i wszędzie są lombardy” – nie są to dosłowne cytaty, ale ich ton… jezuicka, choć lewicowa pobożność, ten sam. Trochę niewprawności, młodzieńcze ideały, no i spotykamy się w Święto Pracy, tuż po pochodzie z Ikonowiczem.

Gdybym miał dyktafon… „zmiana społeczna”, „konieczność zrównania społeczeństwa”, co tam może jeszcze być, „partycypacja”; wszystko, co warto i trzeba mówić w towarzystwie, aby być człowiekiem przyzwoitym i sympatycznym. Ale on to mówi na serio! Tylko, że przecież publicznie poza tym gadaniem, wykonuje jeszcze prace, sztukę, która jest po drugiej stronie wrażliwości.

Owszem, trochę nie umie tego uzasadnić, ale trochę mówi – jak przy jednej z ostatnich swoich prac, Skupie łez, gdzie można było sprzedać swoje łzy, że „ludzie SUV-ami przyjeżdżali, żeby coś przeżyć; a najwięcej można było zarobić nie jak się oszukiwało cebulą, ale naprawdę; jakaś dziewczyna płakała za matką i zarobiła dwieście złotych” – przecież to jest groteska. A projekt Jasio? To był dopiero projekt! Surowiec dowiedział się, że znaleziono w jakiejś wielkiej wodzie ciało dziecka, nie zidentyfikowano go i jego rodziców, bieda w Polsce, nikt nie ma pieniędzy na badania genetyczne. I wtedy wpadł na pomysł, żeby może wystawić Jasia w Europie i tak zebrać na badania. Prawda? Ile tu pomocy społecznej i wrażliwości, „żeby sztuka wyszła poza galerię”! Roland Topor uchyla kapelusza.

A teraz oddzielmy jedno od drugiego. To, co trzeba dać ludziom, żeby się zamknęli, i sobie żeby być sobą. Powiedzmy, że to, co mówi to choroba wieku dziecięcego – no młodzieńczego. Jak w tym cytacie ze Słownika Komunałów Flauberta, pewne rzeczy trzeba mówić i ogólnie bywać, żeby się kręciło. Lewica i zrównanie wypłat. Ale to, co robi jest dopiero ciekawe.

Tu widać geniusz, widać, że nawet Żmijewski nie odkrył tego, co Surowiec ma na pstryknięcie palcami. Projekt w poznańskiej galerii Arsenał? – Poziomica czyli zrównanie pensji. Czy to nie jest lewicowe? A zarazem, czy nie jest przeciwko istocie społeczeństwa i hierarchii, która przecież w kulturze najważniejsza – że jedni wiedzą więcej, drudzy mniej („może żołądki mamy te same, ale głowy już nie”). No ale, przecież Arsenał żył bez dyrektora parę miesięcy i wszystko się kręciło. A bez sprzątaczek? To zresztą one podobno najbardziej się cieszyły, średniacy zawsze zadowoleni, oni już zrównani, dopiero dyrektor był oburzony. I tak z absurdalnego projekciku o zrównywaniu pensji, narodziło się coś, co uderza w miałkość społecznego mułu. Trzeba się na nowo zastanowić, po co dyrektor.

A las smoleński przeflancowany na brzozy z Birkenau? „Chciałem, żeby Warszawiacy, którzy normalnie nie mogą pojechać do Smoleńska, mogli mieć taki las u siebie, chciałem wykupić dwa hektary ziemi pod Warszawą i tam zasadzić drzewa spod Smoleńska. Nie udało się, więc  ideę przeniosłem do Berlina, tylko trzeba było posadzić sadzonki z Birkenau. Berlińczycy, Warszawiacy, to ci sami ludzie.” Ja bym dodał: nędzni, gnuśni, warci jedynie drażnienia.

Surowiec w słowach to lajkonik, ale w czynach to najczystszej wody grabarz. I to jest w nim najpiękniejsze.
– Chcę, żeby na świecie było mniej okrucieństwa.
– To czemu się nim posługujesz?
– Bo wszyscy tak robią.

Chodzi pod oknami ludzi i szuka słabych miejsc – jak w projekcie Nawet o tym nie myśl – kiedy ni stąd ni zowąd podgląda przez okna, filmuje życie w zwyczajnych domach i tylko zabrania sobie bardziej radykalnych rozwiązań. Prawdziwa zawodowa pasja. Czy dręczył koty w dzieciństwie? Zapomniałem zadać mu tego pytania. Ustawiłoby tekst, ja mógłbym powoływać się na Smierdiakowa. Ale w końcu, czy to potrzebne, każdy z tych projektów – nawet ten najbardziej „szlachetny” – Poczekalnia w Bunkrze Sztuki, kiedy na czas wystawy udostępnił galerię bezdomnym, mówi o tym samym, okrucieństwie autora. „W Krakowie człowiek dziękował mi na konferencji, że ten projekt uratował mu życie” – a ja myślę o tym dziękującym, spazmatycznym głosie, pewnie alkoholowej histerii, która tylko przez taki ton może dowieść wagi swojego istnienia. No i uratował go projekt czy nie? Do końca wystawy czy dłużej?

I znów zaczyna się rozmowa. Może to ja jestem okrutny odmawiając sobie takiego widoku kultury: „śmierdziało, że nie dało się wejść, w ogóle mało było tekstów obiektywnych o tej pracy, bo ludzie nie wchodzili do środka”, czy też on nieco wyczyścił pewną ideę – he he – „whitebox’u”. Abu Gharib dla przyzwoitego mieszczucha!

A przecież nie on jeden taki. Żmijewski, o którego pracy (ponownym tatuowaniu numeru obozowego na ramieniu więźnia), mówi z satysfakcją per „dziaranie”, wcześniej jeszcze Sierra z zamykaniem kobiet w klatkach z jedną domniemaną dziurą na penisa, które przez biedę i prostytucję się na to zgodziły, oraz cała masa ich reklamowych popłuczyn, którzy ten sam schemat pracy przeciwko społeczeństwu, wykorzystują byle tylko coś ogłosić, bo przecież nie sprzedać. Całkiem niedawno – to jak praca Surowca – ot tak, wręczono w kinach cukierka, krówkę, a gdy gasło światło na ekranie pojawiał się film z pedofilem, który wręcza dziecku tą samą krówkę i napisem: „masz, bądź cicho”. Strach siedzieć w ciemności. Albo inny projekt reklamowy, jak oni mogli o tym mówić w agencji… „wrzucajmy ludziom te piszczące sygnalizatory kradzieży przed bramkami w sklepach z hasłem – to ostatni sygnał, żeby zabezpieczyć się przed rakiem”. Wielu wolałoby raka niż taki atak, niewielu uzna to za przydatne, ale wszyscy nawet z tyłu głowy zastanowią się nad tym, dlaczego jeszcze – mimo takich grabarzy, Smierdiakowów – żyjemy razem.

I dlatego podziwiam go z niezdrową fascynacją (kto by nie chciał być grabarzem!) siedzącego przede mną tuż po pochodzie pierwszomajowym z lekko szalonym, jak mi się wydaje dla tej legendy, błyskiem w oku. Dlatego może fascynować zło, bo po drugiej stronie jest coś, dzięki czemu to wszystko trzyma się razem. Niech czyszczą! Lisy!

Stopka

ArtystaŁukasz Surowiec
Indeks

Zobacz też