17.02.2017

Tratwa

Aldona Kopkiewicz
fot. Aldona Kopkiewicz
Tratwa
fot. Aldona Kopkiewicz
Codziennie oglądam bezsensowne cierpienie. I życie wielu ludzi nazwałabym śmiercią. Lecz bliskość tamtej śmierci, jej bezpośrednie działanie na moje emocje, ciało, myśli, fantazje pchnęły mnie do tego, bym nauczyła się opowiedzieć o bezsensownym cierpieniu.

Zaczęłam pisać, gdy porzuciłam ojca na rzecz poezji.

I wolałabym, żeby ten pierwszy impuls był inny: nie chciałam pisać poezji żałobnej, nie chciałam brać czytelnika na litość, przemijanie nie jest dla mnie tragedią, mój ojciec nie zasługuje na pomnik, nie lubię popisywać się raną, doświadczenie nie jest jeszcze wartością, w faktach z życia nie ma jeszcze prawdy, w faktach artystycznych też zresztą nie.

Zresztą gdy wiersz jest pomnikiem, stawia czytelnika pod ścianą.

Impuls to energia zdarzenia: strzał z pistoletu. Ale jako poetka jestem w stanie zmieniać tory i cele jego lotu.

Przybiłam więc poemat do faktu, bo był to fakt, który zmusił mnie do pisania. Złamał, przeniósł i otworzył – pchnął mnie ku zmianie. Teraz mogłam odmieniać także sam fakt.

Fakt zadziałał zatem jak metafora.

Narcyzm i rewers narcyzmu, miłość do siebie i nienawiść do siebie, poczucie siły i poczucie winy tak samo sycą reżim spektaklu. Kapitalizm oddycha z ulgą, gdy przeglądacie się we własnych wnętrzach. Religia – gdy przegląda się w nich Bóg.

Literatura daje rzeczywistości szansę i robi miejsce dla utopii. W tym napięciu może pojawić się prawda. I właśnie w literaturze, w literackości: do napięć dochodzi na przecięciach środków poetyckich i płynących z życia energii. Z życia to nie to samo, co z wnętrza. Z życia to także nie – z samych faktów.

Pisałam trzy lata po śmierci ojca, po jego bezsensownym cierpieniu.

Istnieją martwe wnętrza, najczęściej to te odłączone od rzeczywistości: ludzie, którzy nie wchodzą z materią, przyrodą, ze sztuką ani z innymi ludźmi w zmysłowy kontakt. Nie dają się wciągnąć światu. Kiedy nawiązują relacje, kiedy oglądają, słuchają czy dotykają, spełniają swoje obowiązki. Nie angażują się, nie wydają przygodzie. Mało co ich bowiem porusza, niemal nic nie rozpala ani nie rzuca na dno, nie wspominając już o bardziej subtelnych stanach. No, chyba że własne „ja” – jednak takie napięcie powoduje zwarcie.

Napisałam, że zwarcie to śmierć, ale skreśliłam, bo to nieprawda – śmierć porusza. Potem chciałam napisać, że po zwarciu jest tylko ciemność, ale i to nie – tam jest tylko brak światła i czekanie na żarówkę.

Śmierć to bezsensowne cierpienie, nie zaś odejście pojedynczej osoby.

Codziennie oglądam bezsensowne cierpienie. I życie wielu ludzi nazwałabym śmiercią. Lecz bliskość tamtej śmierci, jej bezpośrednie działanie na moje emocje, ciało, myśli, fantazje pchnęły mnie do tego, bym nauczyła się opowiedzieć o bezsensownym cierpieniu.

Pchnęły, ale pracowałam na to. Nie nad techniką, lecz nad przejściem. Pisałam trzy lata po śmierci ojca, po jego bezsensownym cierpieniu. Pewnego dnia poczułam, że biorę oddech tak, jakby ktoś przez całe trzy lata trzymał mi głowę pod wodą, za kark. Odpuściła, bo nabrałam sił, by się bronić. Jeśli więc pisałam o przemijaniu, to o przemijaniu traumy i odzyskiwaniu siebie; „ja” pojawiło się jednak poprzez odzyskiwanie świata, choćby był to świat śmieci. Był to jednak także świat baśni – poezji. Właściwie nie świat, ułomki, ziarna; nie światy – ale rzeczywistości.

Trauma zamyka, lęk paraliżuje wnętrze i zatrzymuje pamięć w jednym obrazie. Trauma to odcięcie zmysłów od świata. Nie czerń ani nie mróz. Nieobecność wewnątrz, nieobecność na zewnątrz. Mój ból, a raczej – drętwota; moja drętwota, lecz bez „ja”. Choć reakcje poprawne. Letniość, szarość, neutralność.

W tym sensie żyjemy w społeczeństwie straumatyzowanym. A skupienie na sobie ma głęboko polityczny wymiar. Liberum veto, kapryśne żądania – ja, ja, ja. Dyktatorzy prywatności głosują na dyktatora, który traktuje państwo jak dom, a społeczeństwo jak rodzinę. Jestem swoja i naród jest swój.

Nie da się pisać we własnym wnętrzu. Ale to w nim drzemie energia, która przekształci się w najbardziej poetyckie obrazy. I w rytm.

Kiedy piszę, nawet sobie wydaję się nieobecna. Zamykam się, w środku szemrze; wrze dopiero w odpowiedzi na słowa.

Wiersz nabiera kształtów pod ciężarem treści, to dla niej formuje się zdania, szuka szczerości. Tyle tylko, że zdania, które powstają w materii słów, bywają prawdziwsze od tych jedynie myślanych.

Ostatecznie jednak decydują myśli. Niektóre ładne, chwytliwe zdania trzeba wyrzucić, bo ściemniają. A mogłyby zrobić świetną karierę. Efektowna sztuka jest formą reklamy.

Nadmiaru informacji doświadczamy każdego dnia – płyną przez nas treści podane tak, jak miała to robić sztuka: zaskakujące, dziwne, skandalizujące. Zajmują wszystkie zmysły, podczas gdy światło ekranu zasysa jak objawienie. Większość z tych informacji jest bez znaczenia.

Albo nawet chcą się takie wydawać: łapią wtedy za kark tak, że chcesz pocałować tę rękę, bo dzięki niej nie spadłeś na dno ani nie tknęłaś wnętrza, a wtopione w ekran oczy pozostały spokojne, a raczej – nieruchome. Na ekranie wisisz jak na haczyku. Przekazy polityczne przybrały formę śmieci i zyskały niezwykłą siłę rażenia. Poetyka telewizji nauczyła nas ćpać intensywne bodźce. I wierzyć samej intensywności. Wielka intensywność prowadzi do przesilenia i odłączenia ciała – przypomina traumę. Nadmiar bodźców niszczy umiejętność czucia. Kochamy agresorów.

Dlatego sama intensywność nie jest jeszcze treścią, dlatego ani konfesja, ani siła wnętrza nie mają jeszcze wartości, dlatego wyznanie emancypacyjne, lament lub coming out mają mniejszą moc sprawczą niż teledysk diwy, nawet jeśli wyznanie jest rozdzierające, a teledysk służy podbijaniu kapitału i wszyscy o tym wiedzą.

W tym układzie poezja nie ma jednak żadnej mocy sprawczej. Ale ma poza nim. Działa naprzód, działa w głąb. Zmienia nawet przeszłość.

Jeśli śmieciowa przestrzeń jest płaska, w poezji wciąż da się rysować wierzchołki i doliny, groty i zapomniane jeziora, wulkany. Morze znów szumi, drzewo nabiera kształtów. Romantyczny krajobraz, chcę wydrzeć go z waszych landszaftów.

Sama mam landszafty, we wnętrzu największe. Rzeźbię to morze, gdy zaczynam pisać. Pobudzenie przemiany – opowieści o drogach, prowadzących do „ja” – to być może jedyna moc sprawcza poezji. Poetyckie drogi do „ja” wyprowadzają w las, lecz zostawiają samemu sobie dopiero, gdy w gąszczu błyśnie naturalne światło; jeśli chcesz zawrócić, porządna baśń i tak wywiedzie cię gdzie indziej.

A jednak piszę „ja” w poezji, i gdy nie piszę go w bajkach, czuję większą swobodę, choć i one mieszczą się w „ja”. Być może piszę „ja”, gdy wiem, skąd przychodzi pobudka, gdy mogę wskazać źródło energii. Ta energia wiąże się z melodią, a więc z techniką wiersza. Do prozy nie trzeba schodzić tak głęboko.

Samo pisanie zaczyna się jednak na tratwie – na powierzchni.

To na niej unoszą się myśli, obrazy, słowa i rytmy. Nie jestem pewna, czy podpływają bliżej niż inne przez przypadek, czy jednak wabi je mój wewnętrzny głos. Przyciąga je zdarzenie, które rzuciło mnie na to morze? Jest jakiś wir, wokół którego zaczynają kołować. Chwytam je i łączę tak, by nie kłamały (tylko czemu? zdarzeniu? przecież piszę już długo po fakcie).

Jeśli wnętrze to jeden własny głos, „ja” odnajdujemy w wielu głosach, na wielu płaszczyznach: w innych, w wyobraźni, w snach, w refleksji, a nawet w przyszłości.

Czas i przestrzeń poematu pozwalają stać się „ja” dzięki rozpoznaniu wielu przestrzeni i czasów istnienia pojedynczej osoby. Świetne dzieło sztuki zaciera różnicę między jednością i jednoczesnością, ma w sobie nieokreśloną integralność, lecz jest tylko sobą: konkretne, pojedyncze – nie łudzi, że przedstawia całość rzeczywistości.

Dom zmniejszył się czy też zwiększył do rozmiarów łóżka ojca. To była wielka kanapa w gościnnym pokoju. Zaczęłam sobie wyobrażać, że to tratwa. Pod nami powinno być więc morze.

Bałam się, że to zbyt wyświechtany obraz. Ale zwyciężyło poczucie, że jest prawdziwy.

Przepisuję te obrazy, które mogą poruszyć więcej osób, pobudzają emocje, wciągają, ale też: są mądre.

Siadywałam w ojca nogach, a przed oczami miałam Chrystusa Mantegni. Tu jednak nie byłam prawdy pewna. Nie zgadzam się na ten obraz, choć porusza mnie do żywego. Ale może tylko dlatego, że wbito go we mnie we wczesnym dzieciństwie. Chrystusa zgoda na śmierć jest odstręczająca, a jego cierpienie ma dawać wzór życia innym. Żeby jeszcze zmartwychwstanie – zmartwychwstanie oczywiście zostawiono Bogu, ludziom zostawiono figurę poddania, posłuszeństwa i męczeństwa. Nie chcę przekazywać takich mitów. Wolę myśleć o upadku, który szykujemy naszej planecie. Być może to religijny mit cierpienia sprawia, że wydaje się on stanem naturalnym.

Morze, plaża, słońce, ziemia. Róża, żegluga. Najprostsze obrazy. Można powiedzieć: tanie.

Można powiedzieć: dostępne. Albo: podstawowe. A poza tym – nie zależy mi na sztuce drogocennej. Nie wieszam obrazów, by zasłoniły sejf. Zresztą obrazów nie należy wieszać w domu. Należą do wszystkich. Rynek sztuki to czyste zło (serio mówię, lichwa).

Przepisuję te obrazy, które mogą poruszyć więcej osób, pobudzają emocje, wciągają, ale też: są mądre. Otwierają się na pracę, otwierają mnie na pracę, dają nadzieję na inny – pomyślny – obrót spraw. Archetypy nie każą nam patrzeć w przeszłość; niosą w sobie wiedzę –tę wiedzę należy sprowadzać na ziemię, przekształcać.

I wciągać w pracę przekształcania czytelnika. Ludzie nie zmieniają się pod wpływem argumentów. Dobierają argumenty do własnych struktur psychicznych – wiązek emocji i przeświadczeń. Tych pierwszych, danych. Zdawałoby się – spontanicznych.

Transformacja polega na pracy w uczuciach i obrazach, rozwiązywaniu tych danych i zastałych i wiązaniu ich na nowo. To droga, by dotknąć kogoś do głębi i wyprowadzić na zewnątrz. Straszna odpowiedzialność. Ale równie dobrze możemy w ogóle przestać działać i rozmawiać, dalej toczyć codzienną pasywno-agresywną wojnę.

Odpowiedzialność to pozostawienie czytelnikowi wolności. Tę wolność daje czas poematu, czas pisania: przez różne stany, opisy, emocje; przez gesty, obrazy i rytmy; wyznania i ironie; sny i cytaty – być może trudno mnie przyłapać, lecz dzięki temu nie przyłapię też czytelnika. Bezpośrednio mówią dyktatorzy, coachowie, spece od NLP i PR. Celują słowem prosto w uczucie. Wygrywają wybory, biorą pieniądze. Takich poetów należy usunąć z państwa. Z tym że to oni nim rządzą.

Wpisanie prawdy w głos serca ma odwrócić nas od zewnętrznego świata.

Baśń daje wzorzec transformacji i dodaje otuchy, że wszystko dobrze się skończy. Dziecko potrzebuje nadziei, by znaleźć w sobie siłę do życia. Trudno zakończyć pracę poetyckich obrazów happy endem. Ale samo zaistnienie obrazu – samo poetyckie zdarzenie – powinno dodać otuchy, że można zaznać okrucieństw i wciąż pragnąć prawdy, umieć sięgnąć po piękno, mieć na uwadze dobro. Sam fakt, że człowiek mimo wszystko potrafi stworzyć coś, co ma jakości radykalnie odrębne od codziennych, i ma je tu i teraz, jednocześnie – daje nadzieję.

Nie twierdzę, że to potrafię; piszę o tym, jak rozpoznaję piękno. Rozdarć mamy dużo, integralność powstaje dzięki pracy.

Pisząc, chowam się do wnętrza, żeby nie zakłócać stanu szczególnego wyczulenia na to, które związki uczuć i obrazów są rzeczywiste. Jedne zaprowadzą mnie gdzie indziej, dalej, bardziej w głąb, mocniej do świata. Inne okażą się ślepą uliczką. Gdy uda mi się zaczepić je w materii słowa i zrealizować w zdaniu, staną się jeszcze czymś innym. I ja razem z nimi.

Pewnie dlatego nie umiem napisać pojedynczego wiersza.

Zaczynam od własnych przeżyć, gdy biją z nich nieokreślone energie. Obraz i zdanie pozwalają mi je zrozumieć. Droga, przez którą je prowadzę, morze, przez które one wiodą mnie, powinny nadawać się także dla innych, może nawet coś komuś dać.

Jednorazowy dryf to czysty przypadek. Poddanie się władzy przypadku, losu lub nieświadomości nie różni się od uznania Boga nad sobą.

Jeśli czyste wnętrze i czyste zewnętrze wchodzą w relację przemocy, pisanie pozwala zawiązać intymną relację.

Dzieje się tak, ponieważ wnętrze od początku zostało uwikłane w przemoc. Ma przed nią chronić, a staje się sekretnym miejscem jej najwyższej ingerencji.

Augustyn budzi serce, ożywia wnętrze, ale całe poddaje je Bogu. Gdy brak Boga – jako całości i jedności, czegoś, co właściwie pozbawi nas „ja”, dając poczucie pełni – pojawia się samotność. I ciągłe poczucie, że człowiekowi czegoś brak. Serce czeka tylko, by przeszyło je słowo Boga.

Wpisanie prawdy w głos serca ma odwrócić nas od zewnętrznego świata. Oglądamy się jedynie na Boga. Gdy Boga nie ma: na siebie, ideę, sztukę, kochanka. I nawet bliźniego trzeba od razu kochać. Tak pod pozorem najwyższego zaangażowania trwa sen w szklanych trumnach. Cała reszta rzeczywistości wydaje się wtedy groźna, inna lub obojętna.

Czekanie u bram tego prawa polega na przyjemności czerpanej z faktu, że nikt nie odpowiada. Nic tam nie ma. Tylko wina i pragnienie, puste Ja z jego pustym Bogiem.

A nicość to najsprytniejszy fantazmat, i niebezpieczny. Twierdzi, że dotarliśmy do celu. Droga skończona, poznaliśmy wszystko.

Mnie została tratwa. Potem przepadła. Ale od tego czasu cenię drewno.

Psyche była duszą niewinną, doskonałą jak bogini, piękną. Nieludzka, została odtrącona i skazana na śmierć. Uratował ją bóg. Ale uległa podszeptom zewnętrza, straciła dziecinną ufność; przyszedł niepokój i przejrzała ukochanego. Odsłoniła welon poznania. By go odzyskać, poddała się próbom, zeszła do podziemi, przeszła przez śmierć. Zwyciężyła złowrogą władzę bogini matki, Wenus. Gdyby nie przeszła przez te próby, pozostałaby nikim, a jej historia nie stałaby się naszą baśnią. Nie wiedzielibyśmy, że mamy duszę i że dusza ta rozwija się dopiero, gdy zejdzie na ziemię, a nawet pod ziemię. Psyche sądziłaby, że jest boginią i przeżyła całe życie w rozkoszy, ale i w zamknięciu. Jej ojciec pozwoliłby jej na to, czy w jaskini, czy w zamążpójściu – na tym polega patriarchat. Dopiero Wenus, która przynosi życie i śmierć, która pokazuje, że miłość to działanie, polegające na oddzielaniu złych i dobrych ziaren, na pracy z tym, co umiera i wzrasta, z ziemią; Wenus, która tym samym plecie węzły tak, że początek staje się nieodłączny od końca, zmusza Psyche do poznania, kim sama jest i czym jest życie, nie tylko jej własne.

Ta opowieść różni się od mitu wygnania z raju, bo pokazuje drogę, by pojednać się z sobą na wyższym poziomie świadomości – nie jest historią wyroku, przemoc nie staje się losem. Psyche nie została złożona w ofierze; Wenus dała jej szansę. W baśniach jest wielu bogów, żaden z nich ani całkiem dobry, ani zły – przebywając w baśni, micie czy opowieści, nie podlegamy iluzji absolutu.

Oddamy się wnętrzu, poddamy zewnętrzu – pozwalamy na przemoc.

Kobiety są zmuszane do milczenia.

Mężczyźni do mówienia.

Dzieci do słuchania.

Język sam w sobie nie jest więzieniem. To my go tak używamy.

Poetka nie traktuje języka jak wroga, władcy lub sługi.

Wnętrze budzi się do życia, gdy wchodzi w intymną relację. Ojciec wyprowadził córkę w las, matka chciała zabić, krasnoludki każą jej się zabrać do pracy, książę jest tym trzecim, choć tak, i mnie denerwuje, że ona tylko leży i czeka. Myślę, że tak naprawdę wydrapuje znaki na szkle, chrobot zwabia księcia, a obrazy, które namalowała, wydają mu się niesamowite.

Intymność pojawia się wtedy, kiedy odczuwamy swoje wnętrze w bliskości z innym. Bez zawłaszczania. W pisaniu można odnaleźć swoje „ja” na granicy własnego wnętrza i tego czegoś, kogoś.

W relacjach intymnych zawłaszczanie się zdarza, ale jest elementem walki, zmagań i napięć dwóch stron, które chcą być razem i zachować poczucie „ja”.

W pisaniu poezji sploty uczuć i myśli, doznań i obrazów, afektów i nazw rozwiązują się, by zrealizować w czasoprzestrzeni pojedynczego dzieła. Sama potrafię rozpoznać, co się w nim wydarzyło, dopiero po fakcie. Czy też akcie. Często bardzo długo po nim.

Głosy innych też się we mnie nieustannie zmieniają. To wielka przyjemność postrzegać i odczuwać je na nowo, bo oznacza, że sama się zmieniam. I im bardziej otwarta jestem, tym mocniejsze mam „ja”. Otwartość zaprzecza przepuszczalności. Przemiana to nie flux.

Wcale mi przy tym na mocy nie zależy. Czuję się mocna, gdy nie muszę być silna. Płynę na tratwie od wyspy do wyspy, poznaję stwory, które mówią w obcych językach, wywołują nieznane uczucia, trzeba to przyjąć i pisać w miejscu spotkania. Nie że nie boli. To nie jest lekki dryf. To nie są egzotyczne wakacje. Tratwa pękła, płynę dalej. Nie wracam do domu.

Jak Odyseusz. Odyseusz zawsze mnie drażnił. Typowy lękowy podmiot, tyleż skryty, co przebiegły. Przechytrzy, oszuka, zabije, zagada, użyje i pójdzie. W każdym razie Odyseusz myśli tylko o domu, gdzie znów będzie królem. I gdzie czeka na niego Penelopa, czeka i czeka, zamknięta. Tak naprawdę oboje są tak samo zamknięci, dążą jedynie, by zrealizować rozkosz własnego panowania.

Nie że wierność do ukochanej to coś złego. I być może to nie wina Odyseusza, że wszystkie istoty, które napotyka, chcą go uśmiercić lub rozkochać – zabrać na zawsze. Takich należy unikać, przyznaję. Ale też tak lękowy podmiot postrzega innych. To zrozumiałe, że jego patronką jest Atena, płód czystego rozumu Zeusa, mądra, a raczej rozumna i przezorna, dzielna i dziewicza, nietknięta. Być może to Homer był lękowym podmiotem.

Nie mam statku, ale kawałek drewna wystarcza. Drewniane to sztywne, martwe. Język miał być giętki. Mnie została tratwa. Potem przepadła. Ale od tego czasu cenię drewno. Na wyspach, na których spotykam kreatury, zbieram je i rzeźbię figurki, z mojego wnętrza przychodzi do nich inne życie. Ich kształt może już jednak luźno nawiązywać do całej podróży.

Widzę w drewnie kawałek spoza czasu, bo nie mam pewności, czy tak do końca umarło – widzę, że kiedyś było związane siecią życia i śmierci, komunikacji i relacji z innymi i że trwało tak dłużej niż pojedynczy człowiek. Twarde, lecz bardziej przystępne niż kamień (kamień to tylko kula do projekcji, dokładnie to samo, co szklana kula – atrybut wróżek i melancholików, tych, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że obroty spraw – te przeszłe i te przyszłe – pozostają nieznane, a co ważniejsze, skoro materiał twardy – niezmienne). Drewno zaś zmusza mnie, bym nieustannie czuła opór – granicę relacji z innym, moment, gdy „ja” pojawia się wolne od własnej i cudzej władzy.

Urodziłam się w połowie sierpnia, ale uświadomiłam to sobie wiele miesięcy po tym, jak „sierpień” był gotowy.

 

Manifest poetycki Tratwa pochodzi z publikacji towarzyszącej wystawie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Intymność jako tekst w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Stopka

ArtystaZuzanna Bartoszek, Hannah Black, Julien Creuzet, Lilii Reynaud Dewar, Cécile B. Evans, Dorota Gawęda i Eglė Kulbokaitė, Jakub Głuszak i Joanna Jurczak, Konrad Góra, Caspar Heinemann, Barbara Klicka, Aldona Kopkiewicz, Chris Kraus, Xu Lizhi, Eileen Myles, Jaakko Pallasvuo, Agnieszka Polska, postNoviki, Fazal Rizvi, Bunny Rogers, Steve Roggenbuck, Megan Rooney, Andrzej Szpindler, Julia Szychowiak, Adela Truścińska, Amalia Ulman, Audrey Wollen, Dena Yago, Ewa Zarzycka
WystawaMinisterstwo Spraw Wewnętrznych. Intymność jako tekst
MiejsceMuzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
Czas trwania26.01 – 02.04.2017
KuratorNatalia Sielewicz
Strona internetowaartmuseum.pl
Indeks

Zobacz też