21.04.2017

Radziszewski goes global

Jakub Gawkowski
DIK Fagazine Nr 11, dizajn - Martin Falck
Radziszewski goes global
DIK Fagazine Nr 11, dizajn - Martin Falck
Obszar zainteresowań DIK Fagazine nie ogranicza się dziś do męskiego, homoerotycznego spojrzenia. Uwaga Radziszewskiego zatrzymuje się na wszystkim tym, co ciekawe, niepokojące i odbiegające od ustrukturyzowanego hetero świata.

Genealogii tożsamości LGBTQ+ zwykło się szukać w życiorysach postaci takich jak Oscar Wilde (skazany na więzienie za swoją orientację), czy miejscach takich jak nowojorski pub Stone Wall Inn, gdzie w latach sześćdziesiątych doszło do zamieszek będacych formacyjnym wydarzeniem dla ogólnoświatowego ruchu emancypacyjnego.

Przykłady te, chociaż głęboko osadzone w naszej zbiorowej świadomości i będące fundamentem tęczowej kultury, z perspektywy peryferyjnych krajów takich jak Polska, Rumunia czy Ukraina wydają się dość odległe, aby nie powiedzieć: nieadekwatne. Trudno ocenić, czy gejowskie kawiarnie w międzywojennym Berlinie, historia San Francisco i rysunki Tom of Finland to historia „nasza”, mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej i w jakim stopniu możemy na jej podstawie budować własną, bądź co bądź peryferyjną tożsamość. Inna sprawa, że te symbole, postacie i miejsca (jak będące mekką gejowskich pielgrzymek zgentryfikowane San Francisco) zdążyły już się opatrzyć, zużyć, wyczerpać. Historia, nieważne czy w wersji straight czy gay, potrzebuje ciągle nowych podniet, odkrywanych anegdot i bohaterów pobudzających zbiorową wyobraźnię.

Niezależnie od tego, na ile czujemy się częścią europejskiej czy światowej społeczności, musimy grzebać w lokalnej historii, szukać w niej tych, którzy wymykali się heteroseksualnej normatywności i budować alternatywne narracje i mapy historii LGBTQ+.

Schemat w przypadku każdego „zagranicznego” DIK-a jest podobny – magazyn na swój sposób staje się dziennikiem pobytu Karola Radziszewskiego w danym kraju i jego poszukiwań.

Szczególnie interesujący może być w tym kontekście okres komunizmu – wieloznaczny, nieodkryty, różnorodny. Wbrew tym, którzy ten okres w dziejach państw Europy Środkowo-Wschodniej chcieliby widzieć jako totalitarny monolit, jest on trudny to ujęcia w poznawcze ramy i opowiedzenia nieheteronormatywnej historii, zarówno bolesny i straszny, jak i kolorowy i zaskakujący, mieniący się często feerią barw, której nie udało się uchwycić na czarno-białych zdjęciach. W Polsce zajmował się tym okresem autor Gejerelu Krzysztof Tomasik, a społeczną historię wrocławskich pikiet opowiadał w Lubiewie Michał Witkowski. Jasnym jest, że każde takie działanie jest równie potrzebne i cegiełka po cegiełce buduje naszą wspólną historię, którą tak wielu chciałoby wymazać i przemilczeć.

Przy okazji odbywającej się w Paryżu międzynarodowej konferencji Communist Homosexuality (1945–1989), Karol Radziszewski został zaproszony do stworzenia kolejnego numeru DIK Fagazine, autorskiego magazynu obchodzącego w tym roku dwunaste urodziny. W ciągu tych lat na kartach DIK-a poznać można było homo-historie nie tylko z komunistycznej i post-komunistycznej Polski, ale również Czechosłowacji, Rumunii czy Ukrainy.

W zeszłym roku twórca magazynu został zaproszony do squeerowania kolekcji muzeum sztuki współczesnej w Zagrzebiu i w tym celu zamieszkał na miesiąc w galerii. Tak powstał DIK Fagazine #10 – Zagreb: Queering the Museum, traktujący o nieoczywistych i przemilczanych queerowych wątkach w historii instytucji. Podczas pracy z kolekcją często okazywało się, że to prace twórców uchodzących za całkowicie hetero-wzorowych stawały się najlepszym materiałem do dyskusji. W trakcie rozmów z pracownikami instytucji i wertowaniu archiwów, na główny plan wyszła również postać wielkiego nieobecnego: Davora (Dado) Maticevića, pełnego charyzmy dyrektora placówki zmarłego na AIDS. Schemat w przypadku każdego „zagranicznego” DIK-a jest podobny – magazyn na swój sposób staje się dziennikiem pobytu Karola Radziszewskiego w danym kraju i jego poszukiwań: spotyka się z artystami, aktywistami i personami queerowego światka, żywymi pomnikami gejowskiej historii miejsc, które zamieszkują.

DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic

Ostatni, jedenasty numer ma charakter retrospektywny, pod hasłem Communist Homosexuality zebrano przegląd najciekawszych tekstów, które przed lata znalazły się na kartach DIK-a, pokrywających się z tematem paryskiej konferencji. Znajdziemy więc tu materiały dotyczące Czechosłowacji, Jugosławii, Węgier, Polski, Bułgarii, Rumunii, Białorusi, Ukrainy i Estonii.

Tytuł DIK Fagazine #11 – Homosexualité communiste? kończy się znakiem zapytania. Sytuacja wcale nie jest bowiem taka prosta: „Communist homosexuality? Socialist homosexuality? Soviet homosexuality? Communist qeer? Communist LGBT? LGBTQIAXYZ? Socialist queer?” – pyta nas we wstępie twórca pisma, by po chwili zarzucić nas kolejnymi znakami zapytania: „Eastern Europe? Central-Eastern Europe? Central and Eastern Europe? East Central and South-East Europe? Eastern Europe, Northern and Central Asia? The Baltics? The Balkans? Europe?”. Nie ma tu prostych odpowiedzi, a możliwe, że nie ma ich wcale.

Jak na ironię, publikacja traktująca o wydarzeniach, których bohaterowie w razie potrzeby pewnie najłatwiej dogadaliby się po rosyjsku, wydana została w wersji angielsko-francuskiej. Ale co zrobić, skoro jak się okazuje, peryferyjną historię chcą opowiadać ci, którzy patrzą na nią z centrum.

Homosexualité communiste? nie tworzy spójnego obrazu życia homoseksualistów w komunistycznej Europie. Wydawnictwo jest zbiorem małych, prywatnych opowieści zapełniających nieśmiało białe karty historii.

Istotne wydaje się jednak to, że w międzyczasie doszło do pewnego przesunięcia: o ile z założenia DIK Fagazine (jak i cała twórczość Radziszewskiego) skupione były na szeroko pojętej męskości i męskim homoseksualizmie, to dziś, mimo że logo magazynu nadal tworzy obusieczny fallus, jego obszar zainteresowań nie ogranicza się jedynie do męskiego, homoerotycznego spojrzenia. Spojrzenie Radziszewskiego, który od wystawy Pedały w 2005 roku przeszedł długą drogę, nadal skierowane jest na rozbudzające wyobraźnię męskie ciało, ale to również spojrzenie, które zatrzymuje się na wszystkim tym, co ciekawe, niepokojące i odbiegające od ustrukturyzowanego hetero świata – spojrzenie wychwytujące wszystko to, co ma choćby najmniejszy queerowy potencjał. Lektura jedenastego numeru DIK-a w tramwaju może być nieco kłopotliwa, bo pośród materiału wizualnego zgromadzonego na stronach nadal królują męskie ciała i penisy, ale wiele jest tu także wątków, które dopiero po bliskim przyjrzeniu zdradzają swoją historię. Tak jest w przypadku materiału o życiu lesbijek w komunistycznych Węgrzech: damsko-męski, klasyczny na pierwszy rzut oka ślub, jaki moglibyśmy znaleźć w wielu rodzinnych albumach, okazuje się po chwili uwiecznieniem ceremonii-alibi, w której para lesbijek poślubiła parę zaprzyjaźnionych gejów.

Narracja snuta w numerze rozciąga się w czasie i przestrzeni, kolejne wywiady i fotografie uzupełniają białe plamy na mapie komunistycznej Europy. Dochodzi tu także do niespodziewanych spotkań, jak tym na bułgarskiej plaży nudystów, którą w latach osiemdziesiątych niezależnie odwiedzili i udokumentowali kolejno na czarno-białych i kolorowych fotografiach Lachezar Marinopolski i Ryszard Kisiel.

DIK Fagazine Nr 11, dizajn - Martin Falck
Ryszard Kisiel, lata 80., DIK Fagazine Nr 11
DIK Fagazine Nr 11, dizajn - Martin Falck

Homosexualité communiste? nie tworzy spójnego obrazu życia homoseksualistów w komunistycznej Europie. Z pewnością nie ma nawet takich ambicji. Wydawnictwo, spajające klamrą podróże i archiwistyczne działania Radziszewskiego z ostatnich lat, jest zbiorem małych, prywatnych opowieści zapełniających nieśmiało białe karty historii. W otwierającym numer materiale fotografka Mira Vales opowiada o queerowym życiu nocnym Pragi lat osiemdziesiątych, które przez kilka lat uwieczniała na zdjęciach – chociaż w całym magazynie kobiet nie ma zbyt wiele, to rozmowa daje jasny sygnał, że historia opisywana w DIK-u nie jest zbudowana wyłącznie z mężczyzn. Ryszard Kisiel mówi o pierwszych numerach „Filo”, a Paul Duca o niezobowiązujących spotkaniach, przygodnym gejowskim seksie w rumuńskim Brasovie, strachu, wstydzie i prowadzeniu podwójnego życia przed ’89. Homosexualité communiste? wskazuje też na różne etapy, na jakich w poszczególnych krajach znajduje się budowa gejowskiej prehistorii. Materiał poświęcony Czechosłowacji cofa się aż do lat trzydziestych, w Polsce mamy Kisiela, nestora opowiadającego o akcji „Hiacynt”, w Rumunii o okresie komunizmu opowiada trzydziestoośmiolatek, a na Białorusi dolną granicę queerowej historii wyznacza dopiero początek lat dziewięćdziesiątych i dekryminalizacja homoseksualizmu w 1994 – o wcześniejszych czasach nikt zdaje się nie pamiętać.

DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Martin Falck
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Martin Falck
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Martin Falck

***

W 2005 roku, o ile nawet jasnym stawało się dla mnie, że wbrew obowiązującym standardom dziewczęta w przyszłości będą dla mnie raczej przyjaciółkami i powierniczkami niż obiektem westchnień i pożądania, to będąc w piątej klasie szkoły podstawowej nie miałem za bardzo jak trafić na pierwszy numer DIK-a. W międzyczasie zdążyłem zostać przewodniczącym klasy, fanem Seksu w Wielkim Mieście, pogodzić się ze swoją piękną odmiennością, usłyszeć kilka razy na ulicy słowo „pedał”, wyoutować się, zdać maturę, aż w końcu poznać chłopaka i nauczyć się funkcjonować szczęśliwie ignorując konsekwentnie całe homofobiczne bagno, które otacza nas na co dzień.

No i co? No właśnie, zarówno Karol z całą swoją sztuką, jak i DIK zawsze były w polu mojego widzenia, interesowało mnie to nawet-nawet, ale nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Przyjmowałem po prostu, że ktoś taki jest: artysta-pedał, który robi zdjęcia kolesiom, wydaje pismo, kręci filmy i maluje orgiastyczne murale, które mijałem to w klubie, to w galerii sztuki.

Lata działalności Radziszewskiego powodowały, że ja i wielu mi podobnych myślało, że żyjemy w europejskim, nowoczesnym kraju, gdzie sztukę gejowską wystawia się w galeriach i nie ma czym się martwić.

Przez cały czas, od kiedy stałem się świadomym konsumentem sztuki współczesnej, Karol Radziszewski funkcjonował w polskiej rzeczywistości artystycznej. Ba, dostał nawet Paszport Polityki, na co przecież trzeba sobie zasłużyć. Podobało mi się to wszystko i szybko przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Prace Karola i kolejne DIK-i, których w końcu stałem się odbiorcą, przelatywały przez lata przez moje pole widzenia. Chłonąłem je i jakkolwiek tandetnie by to nie zabrzmiało, to myślę, że oprócz chwil estetycznej i intelektualnej przyjemności czy momentu podniety, wszystko to budowało wokół mnie jakieś niesprecyzowane poczucie bezpieczeństwa. Jasne, nadal nie chodzę z chłopakiem za rękę i pewnie minie jeszcze sporo czasu, zanim się na to odważę. Jednak nawet jeśli jako społeczeństwo ciągle stoimy w miejscu, to lata działalności Radziszewskiego oraz to, że była to działalność na tyle dobra, że brały ją pod swoje skrzydła najlepsze państwowe instytucje, powodowały, że ja i wielu mi podobnych myślało sobie chociaż przez chwilę, że jest ok, że żyjemy w europejskim, nowoczesnym kraju, gdzie sztukę gejowską wystawia się w galeriach i nie ma czym się martwić, bo wszystko idzie w jak najlepszym kierunku i najdalej za pięć sekund Warszawa stanie się drugim Berlinem, Tel Avivem i Pittsburghiem z serialu Queer as folk w jednym.

Moment entuzjazmu minął bezpowrotnie, a rozbudzone nadzieje nie zostały nigdy spełnione. Jedno natomiast udało się na pewno: mamy własną historię i obok takich postaci jak Jerzy Nasierowski, Bartosz Żurawiecki czy Michał Witkowski, duża w tym zasługa właśnie Karola Radziszewskiego.

Mamy własną historię nie tylko jako polscy homoseksualiści (mamy Kisiela, Filo, akcję „Hiacynt” i Rysię), ale i środkowoeuropejscy, cokolwiek to dziś znaczy. Okazuje się, że nie jest ona wcale gorsza od tej mainstreamowej, brytyjskiej czy niemieckiej. Kto by przecież pomyślał, że pierwszy czeski magazyn poświęcony homoseksualizmowi ukazał się w 1931 roku? Ja na pewno nie.

Libuse Jarcoviakova, Club 22, lata 80., DIK Fagazine Nr 11
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Martin Falck
DIK Fagazine Nr 10, dizajn - Rafaela Drazic

Kolejny numer DIK Fagazine jest też okazją do refleksji, w jakim miejscu znajduje się dziś jego autor. Od pierwszych numerów, w których wraz z Radziszewskim na szerokie wody wypływali między innymi Michał Witkowski, Arobal czy Michał Zygmunt, minęło dwanaście lat. Gdy w marcu 2005 roku ukazywał się pierwszy numer DIK-a, był on młodym krnąbrnym artystą malującym fallusy i dokonującym artystycznego coming-outu. Dziś, bardziej niż z erotyką i dyskusją o seksualności kojarzy się z przepisywaniem historii, pracy z archiwami i życiorysami innych: zajmował się już nie tylko własną orientacją, ale i podróżą Natalii LL do Stanów, Ryszardem Cieślakiem, a ostatnio nawet postacią czarnoskórego uczestnika Powstania Warszawskiego, Augusta Agbola O’Brow. W myśl zasady „zacznij od siebie”, po tym jak w swojej sztuce opowiedział wystarczająco dużo o sobie, zaczął skupiać się na innych. Oczywiście, jego postać nadal jest niezwykle widoczna we wszystkim tym, co robi: zarówno w zamieszczonym w jedenastym numerze DIK-a edytorialu, jak i autorskich wywiadach nie próbuje stać się anonimowy. Każdy numer to opowieść o kolejnym etapie jego poszukiwań i pracy artystycznej.

Po tym, jak udało mu się nakreślić polską homo-historię, rozpoczął ekspansję na Europę, a później – cały świat: niedawno jego jednoosobowy Queer Archives Institute miał swoją premierę w São Paulo. Instytut jest też oficjalnym wydawcą dwóch ostatnich numerów DIK-a, a jego działalność to ciekawa sprawa z co najmniej kilku powodów. Założenie, póki co nieformalnego i jednoosobowego, instytutu dowodzi zasadniczej zmiany w działaniu jego założyciela. Rozszerzając swoje działania daleko poza obszar galerii, przechodzi do pozycji ojca-fundatora, tworzącego platformę, która w przyszłości tworzona miałaby być przez wiele innych osób. To także moment, kiedy żadne ograniczenia zamykające inicjatywę w kategoriach instytutu polskiego czy środkowoeuropejskiego nie są już potrzebne. Po prostu: Radziszewski goes global.

Oczywiście wiadomo, że dobrocią trzeba się dzielić, więc ekspansja zarówno DIK-a, jak i Queer Archives Institute niezmiernie cieszy. Jest we mnie jednak nieśmiałe, nieco chytre życzenie, żeby jeszcze tu z nami zostały, nie stawały się do końca globalne. Dziś pewnie byłoby to bardzo trudne do zrealizowania, ale marzy mi się, żeby – oprócz skali globalnej – inicjatywy te rozwinęły się także lokalnie; aby obok DIK-a ukraińskiego czy chorwackiego powstały kiedyś numery poświęcone gejowskim historiom Podlasia, Warmii czy Śląska.

Stopka

TytułDIK Fagazine #10 - Zagreb: Queering the Museum; DIK Fagazine #11 - Homosexualité communiste?
Fotografiedzięki uprzejmości Queer Archives Institute
Strona internetowadikfagazine.com
Indeks

Zobacz też