14.10.2016

Poznański standard. 5. Mediations Biennale „Fundamental”

Karolina Plinta
Bjørn Melhus, Freedom & Independence, 4K video, 15 min., 2014, Production Still, fot. Ben Brix
Poznański standard. 5. Mediations Biennale „Fundamental”
Bjørn Melhus, Freedom & Independence, 4K video, 15 min., 2014, Production Still, fot. Ben Brix
Biennale Mediations sili się na zaistnienie jako wydarzenie światowego formatu, ale w tym właśnie jest najbardziej prowincjonalne i, co tu dużo mówić, obciachowe.

Poznań ostatnio nie może pochwalić się bogatą ofertą wystawienniczą. Po zamknięciu Galerii Art Stations i wyprowadzce Grażyny Kulczyk przyjeżdżający do miasta goście mogą odnieść wrażenie, że w stolicy Wielkopolski pustki jak nigdy. Śmiałkowie może zajrzą do Arsenału, gdzie obecnie trwa wystawa białoruskiego nacjonalisty Alexandra Pushkina, by podziwiać tam portrety bohaterów białoruskiego nacjonalizmu malowane w stylu ikon (moją konsternację wywołaną ich widokiem dobrze oddaje tekst kuratorski, składający się, co ciekawe, z samych pytań), bardziej obeznani z lokalnym kontekstem być może trafią do kilku istniejących w mieście galerii, jak Piekary, EGO czy Rodríguez, a krewni i znajomi królika podążą na niszowe wystawy organizowane przez studentów w oficynach lub piwnicach. Jak na „miasto Know-How” to jednak niewiele. Potencjalnemu zarzutowi o prowincjonalizacji poznańskiego środowiska zdaje się jednak przeczyć Mediations Biennale, którego kolejna edycja rozpoczęła się 1 października. Zdaje, bo przy dokładniejszym oglądzie wychodzi na to, że ten zarzut całkowicie potwierdza, a można nawet powiedzieć, że jest tą kroplą, która przelewa kielich goryczy.

Jak bardzo fundamentalne kwestie porusza poznańskie biennale, znakomicie opisuje już pierwsze zdanie kuratorskiego statementu: „Ponad 2400 lat temu Demokryt stwierdził: Naprawdę istnieją tylko atomy i próżnia”.

Pierwsza edycja biennale odbyła się w 2008 roku i już od początku głównym celem imprezy było „mediowanie” pomiędzy sztuką Europy i Azji. Tak jest również w tym roku, co na gali otwarcia zaakcentował główny kurator Biennale Tomasz Wendland, uroczyście oznajmiając, że „Poznań jest pomiędzy Europą i Azją” i jako miasto na granicy dwóch światów znakomicie nadaje się do roli mediatora. Można by się co prawda zastanawiać, czy skala Europa-Poznań-Azja nie jest zbyt wygórowana i abstrakcyjna, ale potraktujmy to jako deklarację kuratorskich ambicji. Kolejną zdaje się być hasło przewodnie tegorocznej edycji biennale, czyli „Fundamental”. Jak bardzo fundamentalne kwestie porusza poznańskie biennale, znakomicie opisuje już pierwsze zdanie kuratorskiego statementu: „Ponad 2400 lat temu Demokryt stwierdził: Naprawdę istnieją tylko atomy i próżnia”. Po tak szerokim zakreśleniu tematu niejeden miałby ochotę po prostu skoczyć w przepaść, ale nie Tomasz Wendland, który z pomocą kilku zagranicznych kuratorów przystąpił do realizacji wiekopomnego kuratorskiego dzieła.

Giovanni Fontana
Giovanni Fontana

Powróćmy jednak jeszcze na moment do gali otwarcia. Fundamentalnemu otwarciu musiał towarzyszyć fundamentalny artysta, którym okazał się Giovanni Fontana, poeta epigenetyczny. Nazwisko to jest być może bardziej znane maniakom poezji intermedialnej – dziedziny chlubiącej się wspaniałą tradycją, ale dzisiaj pozostającej raczej z boku głównego nurtu artystycznego. Eksperymentujący z dźwiękiem i słowem Fontana dał podczas otwarcia przeraźliwie długi popis, starając się własne szepty, mlaskania i pobekiwania przekształcić w podniosłą symfonię. Temu performansowi towarzyszyła projekcja twarzy artysty, dzięki czemu egocentryczny wydźwięk całego spektaklu był trudny do przeoczenia. Co ciekawe, Fontana od razu po zejściu ze sceny został na nią wywołany z powrotem, jako zdobywca nagrody za całokształt twórczości. Nagroda druga – dla artysty polskiego – została przyznana Piotrowi Bosackiemu, który jednak na gali się nie pojawił. Może i dobrze, bo w zasadzie zepchnięcie polskich artystów do osobnej kategorii brzmi odrobinę dziwnie. To jednak drobiazg w porównaniu do nagrody dla wolontariuszek, które za swój wysiłek otrzymały bransoletki. Warto nadmienić, że uroczy upominek powędrował także do wolontariuszy. Pozostaje mieć nadzieję, że lubią oni nosić tego typu błyskotki.

Gary De Smet, Biennale Mediations, fot. Karolina Plinta
Romina de Novellis, performans, otwarcie Biennale Mediations, fot. Karolina Plinta

Wystawy otwarto dopiero następnego dnia. Choć to stwierdzenie chyba warto doprecyzować, bo „wystawy otwarto” brzmi jednak zbyt optymistyczne jak na Biennale Mediations. Niektóre z wystaw były zamknięte, jak w Muzeum Archidiecezjalnym, ponieważ placówka ta jest zwyczajowo w niedzielę zamknięta i nie raczyła się otworzyć nawet na czas otwarcia. Inne wystawy były z kolei otwarte prawie – niektóre prace były gotowe, inne nie, czasami pod nimi widniały podpisy, a czasem nie, różnego rodzaju były to też podpisy (na piance, na kartce, raz wydrukowane, raz nabazgrane flamastrem, czasem z tytułem, a czasem tylko z nazwiskiem artysty).

Podejście kuratorów biennale do polityczności najlepiej oddaje instalacja Iconoclasm Petera Puype. Bazująca na prostej logice „daj się skusić i rozbij Maryjkę” religijna strzelnica operowała wymownym, ale łopatologicznym przekazem.

Powszechne zwiedzanie zaczęło się jednak od wystawy w Muzeum Narodowym, zasadniczo już zrobionej. Generalny wydźwięk wystawy – mającej za zadanie poruszać kluczowe kwestie związane z takimi wartościami jak wolność, wiara, życie rodzinne i społeczne, a także piękno – jest klarowny, choć też tak szeroki, że można w zasadzie zastanawiać się, czy należy w tym wypadku mówić o konkretnej kuratorskiej narracji, czy po prostu o przypadkowej zbieraninie prac. Sami kuratorzy na pewno nie dali zbyt wielu wskazówek – jeśli przypomnieć, że problem był już z samymi tytułami, to co dopiero mówić o opisach prac lub komentarzach odnoszących się do poszczególnych części wystaw. Dosyć osobliwym wprowadzeniem na wystawy były za to filmy Shahara Marcusa. Dwa z nich, umieszczone przy wejściu, w ironiczny sposób komentowały role artysty i kuratora. Ten pierwszy udawał gwiazdę, która triumfalnie powraca do rodzinnego miasta i objeżdża je cadillakiem (nikt z przechodniów go jednak nie kojarzy), drugi to z kolei Adonis, który po wielu wahaniach postanawia pokazać swoje popiersie w galerii. Trudno powiedzieć, jak te filmy odnosiły się do kwestii „wartości fundamentalnych” dla człowieka i świata, ale dość dobrze puentowały charakter Biennale Mediations. Pytanie tylko, czy to właśnie chcieli powiedzieć organizatorzy o sobie i zaproszonych artystach?

W środku dało się już wyraźnie odczuć nakierowanie na tematy związane z postkolonializmem i orientalnymi kulturami, podejmowane przez artystów w mniej lub bardziej intrygujący sposób. Silnym orientalizmem zawiało od zaplanowanych na początek performansów: Andita Purnama, ucharakteryzowana na indyjską boginkę zaprezentowała subtelny taniec w kokonie z taśm magnetofonowych, co można rozumieć jako przewrotny komentarz na temat fatalnego stanu środowiska w Indiach (Purnama zwykła budować swoje stroje ze śmieci). Jej performans być może nie był porywający, ale warto docenić recyklingową strategię artystki. Występująca po niej koleżanka po fachu, Anisa Ashkar, już takich zapędów nie miała, a do swojego działania wykorzystała kilkadziesiąt kartonów mleka, które beztrosko rozlewała wokoło lub polewała nim uczestniczącego w performansie i w pewnym momencie już mocno zziębniętego wolontariusza. Była to typowa akcjonistyczna perfo-popelina, na dodatek zakładająca bezmyślne marnotrawstwo skądinąd pożywnego produktu. Komu zaś było za mało efektów rodem z lat 70., mógł kontemplować wystąpienie Rominy de Novellis, która przybrana w białe szaty siedziała majestatycznie nad balią z wodą i od czasu do czasu przemywała sobie stopy. Aż chciałoby się zapytać, czy była to mokra wersja The Artist is Present.

Andita Purnama
Anisa Ashkar
Anisa Ashkar

Paradoksalnie jednak, dociskające ustawicznie temat zbliżenia Azji i Europy, Biennale Mediations trafiło na dobry moment. Sporo się w końcu mówi ostatnio o wojnach kulturowych, uchodźcach przemierzających Europę czy narastającą ksenofobii Europejczyków, szczególnie tych z Środkowo-Wschodniej części naszego kontynentu. Kuratorzy starali się nawet podchwycić ten temat, prezentując takie prace jak instalacja The Edge Ramony Seyfarth przedstawiająca kontynenty Ziemi stworzone z małych, papierowych łódeczek, czy War Craft  Nevet Yitzhak, będącą symulacją wojen dywanowych (praca ta swoją drogą bardzo przypominała znany Carpet Invader Janka Simona). Jednak na dłuższą metę temat aktualnych konfliktów ideologicznych został przez kuratorów podany naskórkowo i rozpłynął się w biennalowym miszmaszu, w którym znalazło się miejsce i dla godła Polski z konfetti (Gary De Smet), i dla Chamber Music Piotra Bosackiego, i dla przedziwnych, dość odpychających prac Kateriny Belkiny, prezentujących jej „czyste wcielenia” – wygenerowane komputerowo idealne przedstawienia artystki, siedzącej za kierownicą porsche lub wyginającej się w srebrzystym kostiumie na basenie. Dzieła w sam raz do gabinetu jakiegoś szowinistycznego, wschodniego satrapy.

Katerina Belkina, Red Moscow

Katerina Belkina, Red Moscow

Być może sposób podejścia kuratorów biennale do polityczności najlepiej oddaje instalacja Iconoclasm Petera Puype, umieszczona w Galerii u Jezuitów. Bazująca na prostej logice „daj się skusić i rozbij Maryjkę” religijna strzelnica operowała wymownym, ale łopatologicznym przekazem. Ma też biennale szczególne upodobanie do groteski i przerysowania, o czym świadczy zarówno nadreprezentacja wspomnianego Shahara Marcusa (oprócz dwóch opisywanych przeze mnie prac na biennale można było także zobaczyć jego film King of Falafel traktujący o przygotowywaniu falafela na Księżycu) czy obecność Bjørna Melhusa, którego psychodeliczny film Freedom & Independence można było obejrzeć w CK Zamek (to znaczy prawie można było, ja obejrzałam film dzięki uprzejmości technicznych, którzy akurat męczyli się z jego instalacją). Melhus wciela się w nim w różne role, ale największe wrażenie robi jako tajemniczy demagog, Hitler-tranwestyta aka żeńska wersja Lauri Ylönena, wokalisty niegdyś popularnego zespołu The Rasmus. Warto nadmienić, że wielki baner z twarzą Melhusa jako reklamą Biennale Mediations zawisł na budynku Nowej Synagogi w Poznaniu, co na dobrą sprawę jest pomysłem potwornym.

Peter Puype, Iconoclasm, Biennale Medations, fot. Karolina Plinta
Podpis pod jedną z instalacji na Biennale Mediations, fot. Karolina Plinta

Biorąc pod uwagę stopień niedopracowania biennale, jak również jego nieszczególnie wysoki poziom, właściwie nie dziwi mnie to, że środowisko poznańskie od dawna unika tej imprezy jak ognia. Biennale Mediations siłuje się na zaistnienie jako wydarzenie światowego formatu – impreza międzynarodowa, mocująca się z najistotniejszymi problemami współczesności, o których dyskutują zapraszani znawcy i „celebryci” na fundamentalnych debatach – ale w tym właśnie jest najbardziej prowincjonalne i, co tu dużo mówić, obciachowe. Co gorsza, ogólny chaos organizacyjny panujący na biennale wydaje się być tutaj obowiązującą normą, co jak na imprezę z konkretnym budżetem (700 tysięcy PLN) jest faktem zdumiewającym. Jeśli moje słowa wydają się przesadzone, dodam, że po raz pierwszy byłam na wystawach, na których niegotowe instalacje wypełniały śmieci, a zabiegane pracowniczki prosiły zwiedzających o radę, gdzie mają przykleić tabliczki z podpisami. No ale może to właśnie poznański standard?

 

Informacja od redakcji: w pierwotnej tekstu podana była informacja, że budżet biennale wynosił 3 miliony złotych. W rzeczywistości zamykał się on w sumie 700 tysięcy złotych. Za błąd przepraszamy.

Stopka

ArtystaStephanie Abben, Akhobadze Mariam, Jude Anogwih, Anisa Ashkar, Mykhaylo Barabash, Katerina Belkina, Laure Boulay, Marcin Berdyszak, Piotr Bosacki, Carla Chan, Yosef Joseph Dadoune, Romina De Novellis, Gery de Smet, Grzegorz Drozd, Monika Drożyńska, Victor Ehikhamenor, Guy Goldstein, Liu Guangyun, Olga Guse, Andreas Guskos, Sebastian Hertrich, Jacek Jagielski, Ada Karczmarczyk, Wambui Kamiru, Daniel Kiczales, Artur Kłosiński, Katalin Kortmann Jaray, Piotr C. Kowalski, Julia Kurek, Ireneusz Kuriata, Matus Lanyi, Kasper Lecnim, Steve Lewis, Shahar Marcus, Onyis Martin, Stano Masar, Erica Masuya, Bjørn Melhus, Luo Mingyun, Fatmi Mounir, Małgorzata Myślińska, Mihail Novakov, Longinos Onyango Nagila, Nira Pereg, Pravdoliub Ivanov, Andita Purnama, Verena Rempel, Peter Puype, Maciej Rudzin, Detlef Schweiger, Asal Selda, Ramona Seyfarth, Piotr Skiba, Ivana Spinelli, Remigiusz Suda, Mark Swysen, Melati Suryodarmo, Ameka Udemba, Andrzej Wasilewski, Shunsuke Watanabe, Ho Wei-Ming, Aviya Wyse, Tetsuhuro Uozumi, Kiyomi Uozumi, Li Xiaofei, Nevet Yitzhak, Risa Yoshida, Tamura Yoshiyasu, Cyryl Zakrzewski
Wystawa5. Mediations Biennale „Fundamental”
MiejscePoznań
Czas trwania01-30.10.2016
KuratorDrorit Gur Arie, Andrea Hilger, Harro Schmidt, Tomasz Wendland, Syowia Kyambi, Valentina Gioia Levy, Risa Takita, Juraj Čarný
Strona internetowawww.mediations.pl
Indeks

Zobacz też