07.07.2017

Artystka w lustrze. O malarstwie Karoliny Jabłońskiej

Karolina Plinta
Karolina Jabłońska, Bijące się dziewczyny, 130 x 150 cm, 2016
Artystka w lustrze. O malarstwie Karoliny Jabłońskiej
Karolina Jabłońska, Bijące się dziewczyny, 130 x 150 cm, 2016
Kim jest Karolina Jabłońska? Czy jest to afektowana młoda dziewczyna, malująca z upodobaniem kotki i pieski, żeński odpowiednik Nikifora? Jej ambicje zdają się sięgać dużo wyżej.

„Malarki to żony dla malarzy” – tak Anna Okrasko napisała w 2003 roku na ścianie korytarza Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP. Jej słynna akcja, w której posłużyła się hasłami wypowiadanymi czy to przez wykładowców, czy też przez same studentki akademii komentowała wszechobecny w tym środowisku seksizm. Od tego czasu minęło 14 lat, ale czasem, przypatrując się dyskusjom artystycznym w Polsce, mam wrażenie, że niewiele się zmieniło i rozmawiając o sztuce kobiet, często wpadamy w utarte interpretacyjne koleiny. Wskazuje na to przypadek Karoliny Jabłońskiej, młodej malarki z Krakowa i absolwentki tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. O jej twórczości nie napisano co prawda jeszcze zbyt wiele, ale zdaje się już ona osiadać w kilku wygodnych określeniach, powtarzanych zarówno przez krytyków, jak i jej promotorów.

Gdybym więc chciała kontynuować wyznaczoną przez nich interpretacyjną ścieżkę, zapewne napisałabym, że prace Jabłońskiej – obrazy, rysunki i instalacje – powstały w wyniku fascynacji nurtem art brut i estetyką horrorów klasy B. Na pewno zwróciłabym uwagę na uproszczone formy ludzkich ciał, ich charakterystyczną „klocowatość”, liczne przedstawienia zwierząt i dostrzegła stylistyczną oraz tematyczną zbieżność z malarstwem Henriego Rousseau zwanego Celnikiem. Wspomniałabym o erotyzmie przedstawień i zadumała się nad licznymi autoportretami artystki – prawdopodobnie świadectwami kobiecego lub po prostu już generacyjnego narcyzmu; w końcu żyjemy w epoce selfie. Na końcu, starając się udowodnić oryginalność tych prac, dodałabym obowiązkowo, że sztuka Jabłońskiej jest głęboko osobista. Osobista, czyli prywatna, „wsobna”, nakierowana na świat intymny jednej konkretnej dziewczyny i w tym sensie naiwna. A do tego spowszedniała, bo przecież ile już takich artystek było wcześniej…

Karolina Jabłońska, Oczy, 160 x 190 cm, 2017
Karolina Jabłońska, Ktoś siedzi jej na plecach, 70 x 95 cm, 2016
Karolina Jabłońska, Oko, 80 x 70 cm, 2016

Jednak odrywając wzrok znad tekstów tego typu i przenosząc go na obrazy Jabłońskiej, odnajdujemy się w rzeczywistości trochę innej niż być może uprzednio sądziliśmy. Jest ona zlokalizowana gdzieś pomiędzy rodzinną wsią artystki, Niedomicami, Tarnowem, Krakowem, Pragą i rozpinającą się na długie wieki historią sztuki, w przeważającej części europejskiej. Szukając tego miejsca, trafilibyśmy do pokoju artystki, która siedzi właśnie nad sztalugami z pędzlem w ręku i zastanawia się, co teraz namalować. Myśli jednak nie tylko o farbach i kompozycji, ale także nad swoją własną sytuacją – malarki. W końcu nanosząc kolor na płótno, staje się częścią określonej tradycji, która wykształciła w naszej kulturze zestaw przedstawień i wizualnych wzorców. Co ona może do tego dodać jako kobieta?

Konflikt na obrazach Jabłońskiej to jednak nie tylko erotyczne gry pomiędzy płciami, ale dość dosłowne walki na pięści. Dziewczyny biją tu chłopaków i same obrywają, do tego solidnie.

Niejednoznacznej odpowiedzi na to pytanie daje obraz Dziewczyna z XIX wieku namalowany przez Jabłońską w 2015 roku. Widzimy na nim kobietę ułożoną w wyzywającej pozie, tyłem do widza, ale z lekko odchyloną głową. Jej ciało jest nagie i różowe, a z ciemnego tła wyłaniają się liczne brązowe łapska i pożądliwie dotykają jej piersi, pośladków, rąk i kolan… Kobieta się nie wzbrania, choć sytuacja jest lekko opresyjna (bądź co bądź jest to siedem ciekawskich rąk). Jedna z łap wsadza jej nawet palec do ust, który ona zapewne zaraz zacznie ssać. Czerpie więc z tej dwuznacznej sytuacji wyraźną przyjemność. Obraz Jabłońskiej jest inspirowany rysunkiem Josefa Mánesa, czeskiego malarza działającego w czasach romantyzmu i pozytywizmu. Podobnie jak wielu innych twórców tego okresu przedstawiał on kobiety jako kusicielki, przebiegłe femmes fatales, uległe jednak męskiemu spojrzeniu. Na jego rysunku kobieta siedzi naga na łóżku, kusząco wygięta. Jej wzrok zaprasza, ciało czeka na męski dotyk. Na obrazie Jabłońskiej prośba zostaje już spełniona, a ogromne zainteresowanie anonimowej, męskiej publiczności być może zaskoczyło naszą bohaterkę.

Karolina Jabłońska, Dziewczyna czy tygrys, widok wystawy
Karolina Jabłońska, Dziewczyna czy tygrys, widok wystawy
Karolina Jabłońska, Dziewczyna czy tygrys, widok wystawy

Nie jest to jedyny obraz, w którym Jabłońska podejmuje dialog z ikonografią kobiecości. W 2016 roku artystka maluje obraz Wampir (Munch), będący repliką na podobne dzieło norweskiego mistrza. Edward Munch przedstawił na nim kobietę jako diaboliczną kreaturę, która mężczyznę doprowadza do zguby. Karolina Jabłońska widzi tę scenę jednak trochę inaczej: kobieta nie tyle wysysa z mężczyzny krew, co czule go przytula. Ma półprzymknięte oczy, emanuje czułością, a mężczyzna ufnie się na niej opiera. Odwieczny konflikt płci zostaje tu w końcu zażegnany, ale na krótko – w żartobliwym Koszmarze sennym, w miejsce diabła Füssliego, Jabłońska na ciele kobiety stawia mężczyznę. W zasadzie widzimy tylko jego nogi i pośladki, ale i tak możemy się domyślić, że to on jest diabłem, przez którego ona się męczy; lub też może – który wymęczył ją w nocy.

Zastanawiając się nad kwestią patrzenia w obrazach Jabłońskiej, być może powinniśmy więc wziąć także pod uwagę perspektywę zabójcy, który na scenę zbrodni patrzy drugą parą oczu zawieszoną gdzieś pod sufitem.

Konflikt na obrazach Jabłońskiej to jednak nie tylko erotyczne gry pomiędzy płciami, ale dość dosłowne walki na pięści. Dziewczyny biją tu chłopaków i same obrywają, do tego solidnie. Akty wzajemnej agresji możemy podziwiać w zbliżeniu, a często wręcz patrzymy na nie oczami agresora – jak w Walce albo Biciu. Czasem z kolei możemy się tym bijatykom przyglądać z boku, wcielając się w rolę gapiów lub podglądaczy, dla których przemoc, na przykład domowa, pełni rolę rozrywki, przerywnika w monotonnym rozkładzie dnia. Gapimy się więc i wścibiamy nos w obrazy, by ku zdumieniu dostrzec, że one też gapią się na nas. Temat ten podejmuje artystka w pracy Podglądanie, gdzie sportretowała samą siebie z zasłoniętą twarzą i odsłoniętym jednym okiem, intensywnie wpatrzonym w to, co poza płótnem. Kto tu jest patrzącym, a kto oglądanym? Do kogo należy spojrzenie?

„Dla mnie malowanie jest jak zabijanie” – powiedziała mi kiedyś artystka, gdy odwiedziłam ją w pracowni na Zabłociu. Zastanawiając się nad kwestią patrzenia w jej obrazach, być może powinniśmy więc wziąć także pod uwagę perspektywę zabójcy, który na scenę zbrodni patrzy drugą parą oczu zawieszoną gdzieś pod sufitem. Tak jak bohater Innej duszy Łukasza Orbitowskiego, Jędrek, którego podwójna natura stała się inspiracją dla Uduszenia i kilku innych prac Jabłońskiej, na których widzimy ciała kobiet wrzucane do grobów, ich twarze przykryte ziemią, martwe korpusy zostawione same sobie lub na pożarcie kotom. W tym dziwnym świecie kawałkami ludzkich ciał żywią się nawet konie, ciało może stać się także potencjalnym nawozem dla drzew, pod którymi zostaje zakopane (Pod drzewem, 2016). Makabra i przemoc rozpełza się na świat natury, w którym miłe zwierzątka o miękkich futerkach toczą ze sobą zaciekłe walki na zęby, pazury, śmierć i życie. Po takich bitwach zostają tylko stosy martwych, zwierzęcych ciał, z komicznie wywalonymi ozorami i rozrzuconymi łapami (Martwe zwierzęta, 2015).

Karolina Jabłońska, Dziewczyna czy tygrys, widok wystawy
Karolina Jabłońska, Dziewczyna czy tygrys, widok wystawy
Karolina Jabłońska, Dziewczyna czy tygrys, widok wystawy

Natura to jednak nie tylko walka o byt, ale także pewien zestaw wyobrażeń i emocji, które stały się podstawą do uformowania określonych konwencji malarskich, w których Jabłońska porusza się swobodnie i z humorem. Typowym idyllicznym obrazkiem jest choćby praca Dziewczyny i lew z 2015 roku, na której niemalże pluszowe lwiątko leniuchuje na trawie z nagimi dziewczętami. Ta bukoliczna scena zostaje powtórzona jeszcze w Dziewczynach w trawie – kojącym obrazie raju kobiet pozostających poza dyscyplinującymi regułami kultury zachodniej i w tym sensie przypominających trochę bohaterki obrazów Henriego Matisse’a czy Paula Gauguina. Bezpośrednim nawiązaniem do twórczości tego pierwszego jest obraz Nimfa i satyr, który sygnalizuje także kolejny kierunek inspiracji Jabłońskiej, często odwołującej się do świata mitologii, historii biblijnych i antycznego imaginarium. Natura staje się więc u artystki poniekąd czystą konwencją, ale, co ciekawe, przefiltrowaną przez jej doświadczenie życia na polskiej wsi. Tropikalne plenery, na których psocą lwy i gepardziątka, stają się też miejscem wypoczynku zwykłych psów podwórkowych i zwierząt hodowlanych, które lewitują nad soczystym listowiem niczym kochankowie na obrazach Chagalla. Można się wobec tego zastanawiać, czy przypadkiem efekt końcowy nie jest komiczny, ale z drugiej strony – dlaczego nie, czyż nasz Reksio albo Bury nie zasłużył na swój własny raj? To, co wydaje się w tych zwierzęcych igraszkach istotne, to świadomość uczestniczenia w określonej tradycji artystycznej. Malowanie zwierząt nie jest w końcu zabawą infantylnej dziewczyny, ale nawiązaniem do animalistycznego malarstwa nowożytności: lwy Jabłońskiej wzięte są z obrazów Rubensa, psy i ptactwo mogą przypomnieć nam o dziełach Fransa Snydersa czy Jana Fyta, pojawiające się w rękach bohaterek cytryny przywołują obrazy Willema Claesza Hedy.

Zbierając wszystkie te wątki w całość, warto jeszcze raz zapytać – kim jest Karolina Jabłońska? Czy jest to afektowana młoda dziewczyna, malująca z upodobaniem kotki i pieski, żeński odpowiednik Nikifora? Jej ambicje zdają się sięgać dużo wyżej. Chociaż dopiero zaczyna karierę i wszystko dopiero przed nią, nie boi się stawać obok ikon sztuki europejskiej – zarówno dawnych, jak i nowoczesnych. Z zainteresowaniem przygląda się także obecnym tendencjom w malarstwie i przyznaje do fascynacji takimi gwiazdami, jak: Dana Schutz, Carroll Dunham, Nicole Eisenman czy Alex Katz, z którymi łączy ją konkretny sposób myślenia o kompozycji, upodobanie do silnej kolorystyki i zamierzona karykaturalność wywodząca się z niemieckiego ekspresjonizmu. Artystka pochodzi ze wsi, ale nie jest prowincjuszką – nowoczesność podarowała jej w końcu edukacyjne możliwości i intelektualną emancypację. Odbyła podróże, jest artystycznie samoświadoma, czerpie z tradycji i inspiruje się literaturą, sama zresztą pisze. Potrafi też eksperymentować z formą, wykonuje przypominające trochę dzieła naskalne rysunki sprejem, a ostatnio udało jej się wyjść poza jeden wymiar płótna i buduje malarskie instalacje. Gdy patrzy w lustro, widzi zapewne młodą dziewczynę, ale także pełną ambicji artystkę, erudytkę. Malując siebie, również przedstawia artystkę, przybraną nie w zgrzebny fartuch, ale w futro kota, jak przystało na współczesną spadkobierczynię Albrechta Dürera. Kot, co prawda, wydaje się jeszcze żywy i kto wie, może za chwile podrapie jej twarz. W sztuce Jabłońskiej przemoc jest jednak dozwolona, a nawet pożądana, łączy się także z humorem i dystansem do rzeczywistości, zakładam więc, że artystka tylko na to czeka i nie będzie się bała przedstawić siebie z pokiereszowaną twarzą. Autoportret bez zęba przecież już ma.

Tekst pochodzi z katalogu towarzyszącemu wystawie Karoliny Jabłońskiej Dziewczyna czy tygrys, wydanym przy współpracy BWA Gorzów Wielkopolski, galerii Raster w Warszawie oraz BWA Tarnów.

Stopka

ArtystaKarolina Jabłońska
WystawaDziewczyna czy tygrys
MiejsceGaleria BWA / Miejski Ośrodek Sztuki, Gorzów Wielkopolski
Czas trwania03.06 - 02.07.2017
KuratorGustaw Nawrocki
Strona internetowamosart.pl
Indeks

Zobacz też