16.02.2018

Korespondecja: Zuza Golińska/Mikołaj Sobczak. Fragmenty

Zuza Golińska, Mikołaj Sobczak
Zuza Golińska, Mikołaj Sobczak
Korespondecja: Zuza Golińska/Mikołaj Sobczak. Fragmenty
Zuza Golińska, Mikołaj Sobczak
Korespondencja pomiędzy Zuzą Golińską i Mikołajem Sobczakiem została przygotowana dla „Kwartalnika Rzeźby Orońsko – 8. Triennale Młodych”. Poniżej publikujemy jej fragmenty.

Zuza Golińska, 11.09.2017, 19:13

Hello!

Mikołaj Sobczak, 11.09.2017, 22:43

No, halo!

Zuza Golińska, 14.09.2017, 13:26

Halo Mikołaj.

Jestem na rezydencji w Luksemburgu. Musze w końcu zacząć ogarniać sytuację, bo po ostatnim intensywnym roku spałam non stop przez pierwszy tydzień. Czuję się tutaj dobrze, niczym nie muszę się martwić, mam pieniądze na życie i totalny spokój + pracownię. Pierwszy raz od roku nie mam poczucia, że musze cały czas pracować. Zaczynam się zastanawiać, czy Polska nie ma zbyt ciężkiego klimatu. Może to chodzi o Warszawę, mieszkam tam już siedem lat i mam ciarki na plecach jak myślę o nadchodzącym jesienno-zimowym vibe’ie ruskiego Gotham City. Ludzie cały czas ci sami i mały ruch energetyczny. Chociaż właściwie w tym roku poznałam kilka ciekawych osób, głównie zajmujących się choreografią lub teatrem, które mają inną „temperaturę“. Ciąży mi towarzyski kisiel i nie za bardzo chce mi się chodzić na otwarcia wystaw. Przychodzę sama później, bo nachodzi mnie strach, że jeszcze nie zobaczyłam a może warto. Wkurwiają mnie nudne obiekty, jeszcze jakiś czas temu (niedawno) potrafiłam podekscytować się zabawą materiałami i innymi takimi, teraz jak widzę ładne, małe, pastelowe i podręczne formalistyczne obiekciki prosto na sprzedaż to nudzi mi się bardzo. Chociaż rozumiem gdzieś tam cały system i to że artyści też muszą z czegoś żyć, a niektóre rzeczy jest sprzedać łatwiej niż inne. Nie wiem czy zagranicą jest dużo lepiej, ale jest jakiś luz, którego w Polsce (wiadomo) nie ma, a którego po paru latach mieszkania w Warszawie potrzebuje się bardzo. Ostatnio, jak relacja sztuka – choreografia, sztuka – teatr się trochę ruszyła, co mnie osobiście bardzo cieszy, to część jęczy, że ‚fitness w sztuce’ i co to ma być. Coś co można byłoby odebrać jako wartość dodaną (zresztą co to ma być za podział, że tu sztuka, a tam taniec, a w trzecim rogu teatr) jest też powodem do narzekań. Zresztą parę razy w roku pracuję w teatrze projektując scenografie i z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że młodzi twórcy teatralni totalnie czerpią ze sztuki. O.K., dobra, ide na spacer.

Sciskam,

Zuza

Mikołaj Sobczak, 14.09.2017, 17:37

Droga Zuzo,

raje na ziemi są tam, gdzie nie rozumiemy tubylczego języka. Tubylcy w swojej gościnności wyginają się przed nami ze swoim angielskim, my też odpowiadamy uśmiechając się. Najwięcej w swoim życiu uśmiechamy się do nieznajomych, chcąc zrobić dobre pierwsze wrażenie. To fakt.

Mijają trzy lata, odkąd mieszkam pół na pół w Niemczech i w Polsce. Początkowo, zdawało mi się, że za Odrą wszystko jest lepsze, a w Polsce mam przyjaciół. Dlatego, aby osiągnąć życiowy balans, zdecydowałem się zrobić sobie przyjaciół zagranicą. Do tego potrzeba mówić po niemiecku, ponieważ najswobodniejsi jesteśmy w ojczystym języku. To fakt.

Idąc śladem napływowych Arabów, zwykle zakwaterowanych w byłym biurowcu naprzeciwko takiego stawu w Dusseldorfie, poszedłem na kurs językowy. Ten teoretycznie bezpłatny, dla imigrantów. Oczywiście ja nie za bardzo im pasowałem do ekipy, bo mimo moich modowych starań (wytarte dżinsy i obcisły biały t-shirt; tzw. „Arab Stajl”), byłem zbyt europejski. W mowie, piśmie i kolorze. Nie miałem też tzw. „Pass’a”. Zaproponowali mi bulenie hajsu za kurs. W sumie pomyślałem, że może zapłacę za tydzień, a jak mi się spodoba to dłużej.

Taka zasuszona Niemra, która wypisywała mi rachunek w szkole językowej dla uchodźców powiedziała:

„Ale pan wie, że to są podstawy. Alfabet…”

„Wiem” – odpowiedziałem.

„To nie lepiej by panu było pójść do takie normalnej szkoły, dla normalnych ludzi? Po co ma pan płacić tutaj?”

„Chcę zobaczyć uchodźców.”

„Nie jest pan tu pierwszy taki. Mieliśmy już wielu wolontariuszy. To piękne, że młodzi ludzie chcą pomagać, ale… Potem widzą parę razy agresję podczas lekcji i uciekają od nas. Myśleli, że uchodźcy jedynie siedzą, płaczą i z drżącym głosem dziękują za pomoc. Nie mają świadomości, że przecież w tych warunkach, w jakich oni w tym biurowcu żyją, to im puszczają nerwy. Ścisk, kolejki do toalety, parę palników na 120 rodzin. Jedni już śpią, a inni zaczynają wtedy gotować obiady. Niestety, nikt wtedy nie jest dla siebie miły. A do tego też odnotowujemy wiele zachowań takich… Hmm… Agresywnych. Na tle kulturowym, rozumie pan? Jeden chłopak, niewierzący, czy ateista, nie wiem. On nie chciał mówić „Szalom Allejkum”, tylko zawsze „Hi”. Nie wiem, czy się tak zeuropeizował, czy o coś innego chodzi. I on się zgłosił, że mu ktoś zagroził złamaniem ręki, jak jeszcze raz powie „Hi” zamiast „Szalom Allejkum”. Także tacy ludzie są u nas na kursie. Nie to, że ja pana chcę nastraszyć, ale mówię jak jest. Żeby mnie pan później nie winił. Płaci pan za taki kurs. Z takimi ludźmi. Oni są oczywiście mili, ale… Czasami przychodzą na lekcje zdenerwowani.”

„Spróbuję. Chcę tylko na tydzień na razie.”

W drodze powrotnej do wynajętego mieszkania, myślę sobie, że nie ma już czegoś takiego jak sztuka. Przegapiliśmy moment, w którym zmieniła się ona w formę rozrywki bądź towaru. Na potwierdzenie powyższej tezy stawiam:

1)    Obdżekty – obiekty stworzone do czystych, nowoczesnych wnętrz współczesnej burżuazji oraz;

2)     bratanie się sztuki z innymi formami jak teatr, taniec itepe itede – show, rewia, spektakl, pokaz, klip.

Na Instagramie widziałem, że Sebastian Cichocki jest tego samego zdania, więc stawiam to jako trzeci argument na potwierdzenie powyższej tezy. To fakt.

Nie widzę w tym nic złego. Wręcz przeciwnie. Dostrzegam nadzwyczajny potencjał przewietrzenia tych wszystkich przestrzeni zaleganych przez zgarbionych ludzi. Zgarbionych od narastającej frustracji. Narastająca frustracja prowadzi do radykalizacji. Aczkolwiek zamiast obserwować ten rozkład starożytnego imperium, należy się zastanowić, co zrobić, aby widz na naszej „wystawie” zapomniał o własnej fizjologii. Nie że go boli tyłek, jak ogląda wideo, chce się siku, ziewa. Nie podejrzewam, że nagle przestaniemy malować, rzeźbić, robić filmy, czy performensy. Podejrzewam, że zaczniemy je robić, albo już robimy ze świadomością widza, któremu ma się spodobać.

Pozdrawiam Cię słonecznie,

Mikołaj

(…)

Zuza Golińska, 30.09.2017, 17:46

Hej,

dobrze było Cię zobaczyć w Orońsku! W ogóle było tam super i żałowałam, że muszę wyjeżdżać, chociaż te rozmowy przez tydzień mogą też trochę wymęczyć (szczególnie, że jak już się zacznie dziać to trzeba iść na obiad). Dobrze mi zrobili inni ludzie, Ci których już dawno nie widziałam i Ci, których poznałam po raz pierwszy. Twój email mi się podobał, ale w pewnym momencie forma zaczęła mnie męczyć. Miałam wrażenie, że za bardzo piszesz o sobie dla siebie, a za mało do mnie. Więc przestałam go czytać. Zdecydowałam się na czytanie w kawałkach – zrobiłam sobie serial. Dawkuję odcinki i obecnie jestem w połowie.

Nie ma w Orońsku i tęsknię dlatego mój dzisiejszy list dotyczy waszej dyskusji na temat pokolenia 89+ prowadzonej przez Karolinę Plintę. Obejrzałam transmisję na żywo.

Nie jestem millennialsem chyba, ale to zależy od definicji (jeżeli chodzi o lata to jestem). Nie zaliczam się raczej do leniwych i rodzice nie finansują mi niczego od momentu kiedy skończyłam studia (ponad 2 lata temu). Utrzymuję się głównie ze sztuki i bycia asystentką na ASP, ale z akademii nie mogę nawet zapłacić za wynajem mieszkania. W trakcie całych studiów pracowałam dodatkowo, nie jestem z Warszawy, wiec od pierwszego roku studiów musiałam wynajmować pokój. Miałam jakieś tam stypendia, ale poza jednym nie było najmniejszych szans żeby się z nich utrzymać. Zajmuję się też scenografią, pracuję z reżyserką Magdą Szpecht. Czekaj, nie ma sensu, żebym to wszystko zamieniała na zdania. Poniżej wysyłam moje notatki. Trochę chaotycznie, ale już nie mam siły poprawiać.

Notatki:

Lokalność czy globalność? -> prace uniwersalne robi się trudniej, wiadomo (jak mówi Przemek). W Polsce jak taka pożywka dla sztuki ważnej w Polskim kontekście, że można sypać tym z rękawa. Wszystko tutaj jest problematyczne, polityczne itd. Queer, emigranci, geje, kobiety, historia, co druga rzecz. Tylko co dalej? Przyjadę do Ciebie – do Munster i nikt się tym nie przejmie raczej. No, jeszcze w Europie jest taka szansa, że ludzi to interesuje. Plus tak jak mówiłeś – to jest właściwie naturalne, że wszyscy się wymieniają, coraz więcej podróżują, mieszkają i działają w więcej niż jednym mieście / kraju. Myślimy też bardziej globalnie + internet.

„Masturbujemy się sobą.” – no proste, Polska Chrystusem i wszystkim innym narodów, tak jak uczyli w liceum.

Jana – „szerowanie” i media społecznościowe, nie wiem jak to skomentować. Czy dbanie = szerwonie? –> I don’t think soooo

Zawód. Bycie artystą to jest praca, po prostu. Tak uważam. Może bardziej, a może mniej wymagająca od innych  – wszystko jest relatywne. Trzeba pracować bardzo dużo żeby funkcjonować, dokładnie tak jak w każdej innej profesji, right? Najlepiej się utrzymywać z tego czym się zajmujesz – to chyba jasne. Wiadomo, że często się tak nie da, ale to chyba powinien być cel tzw. ‘młodego artysty’.

Ale fajnie macie w tej niemieckiej szkole! Super, bardzo bym chciała. Ja wszystkie swoje betony wylewam na trawie u wujka.

Hobbysta – to po co studiować 5 lat? Jak się do tego ma Akademia i edukacja artystyczna?

„Krytycy, którzy dojebują” – no tak i to jest O.K., tylko brakuje czegoś co jest rzetelne. „Dojebywanie“ jest w gruncie rzeczy dosyć łatwe, no ale może wzbudza jakieś tam emocje i ilość czytających IS GOING UP – czy nie po to się to robi? Bo wiadomo, że takie polaryzowanie typu „to jest dobre, a to słabe” się nijak ma do rzeczywistości.

„Eastern Europe is the new Berlin” – słyszę to już od dobrych paru lat i tylko się uśmiecham pod nosem. Polska zawsze jest „the new someting else” a koniec końców Polska to Polska. Nic więcej, nic mniej. Biorąc pod uwagę nasz klimat polityczny to do Berlina nam daleko. Poza tym mentalnie Polacy są dosyć zawistni, sami nie zjedzą i drugiemu nie dadzą, nie mają podstawowych umiejętności pracy w grupie i za mało się doceniają nawzajem. Każdy jest trochę lone ranger’em – ja za tym nie przepadam. Główny plus mieszkania w Polsce jest taki, że jest tanio. Można żyć za bardzo mało kasy i to ułatwia całą sytuację, w której raz zarabiasz w porządku a raz nic. To jest całkiem stresujące, ale można się przyzwyczaić.

Justyna Łoś – ja też lubię to, że ludzie na zachodzie są mili. Nie przeszkadza mi, że jest to powierzchowne (przy założeniu, że jest). Dobrze się uśmiechać.

Hipster – nie używajmy już tego słowa. Mamy 2017 rok i nie cofajmy się do mid2000s. Proponuję kategorię ‘człowiek’. To byłoby najbardziej trafione.

sukces itd. – hmmmm, zaskakujące, że taka duża część tej rozmowy jest o sukcesie. Nikt nie mówi o metodzie pracy, o myśleniu. Trochę to dziwne muszę przyznać, słucham tej transmisji i zaczynam się irytować.

To, że „ma się coś w dupie“ to jest strategia jak każda inna.

„Bardzo krótkie sukcesy.“ – true. Za chwilę możesz się wszystkim znudzić i tyle.

Cała rozmowa jest o ekonomii i sukcesie. Bez sensu. Nikt tutaj nie dotyka tematów typu: jak pracujesz? po co to robisz? co chcesz powiedzieć? – czy to nikogo nie interesuje? Dobra, mam dosyć, wyłączam kompa, ale chyba zaraz się tak czy inaczej będzie kończyć. Ufff. Kiss <3

ps. jeżeli chodzi o bycie „millennialsem” – to oczywiście zależy od definicji, której chyba jednak nikt z panelistów do końca nie zna. To zresztą powinno być wyjaśnione na początku. Poza oczywistą klasyfikacją – lata, w których się urodziłeś, dochodzą jeszcze charakterystyczne cechy osobowości, z wiodącą skłonnością do narcyzmu. Tak to tutaj zostawię.

A, fajne kubki z ceramiki! Kocham ceramikę i też muszę sobie coś w końcu polepić. Bardzo relaksujące.

Całuję,
Zuza

Mikołaj Sobczak, 13.10.2017, 15:52

Cześć Zuza,

dzięki za komplement dotyczące ceramiki. To był mój debiut.

Słowo „millennials” rozumiem jako osobę, której dojrzewanie przypadło po roku 2000, a zwłaszcza dorosłość. Dlatego nazwałbym nas millennialsami.

Podstawowym problemem, jak obserwuję w Polsce od lat jest brak kasy, a może przede wszystkim brak chęci na zagraniczne podróże, podczas których instytucje starają się nawiązać trwałe współprace z instytucjami zagranicznymi. Nie mówię o pierwszej lidze, bo do niej wiadomo, najtrudniej się dostać. Mówię o drugiej lidze, do jakiej zdecydowanie łatwiej się przebić oraz utrzymywać dobre relacje. Stworzenie takiej sieci pozwoliłoby polskim artystom wystawianie zagranicą, a tym samym budowanie tam kapitału symbolicznego, co doprowadziło w końcu do pojawienia się ich w tych legendarnych galeriach, muzeach. Może taki proces zachodzi już za kulisami, może tym wszystkim dyrektorkom instytucji już się chce, mają fundusze. Może wkrótce zobaczymy efekty? Jeśli nie, to takich sympozjów będzie można zorganizować jeszcze kilka, a zostanie, tak jak było. Będziemy próbować wyjść z ruchomych piasków, a wijąc się możemy tylko być bardziej wciągnięci. Potrzeba grubego kija podanego z zewnątrz.

(…)

Pozdrawiam Cię serdecznie,
Mikołaj

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

Zobacz też