12.11.2014

Gdy artysta zostaje kuratorem. Rozmowa z Anią i Adamem Witkowskimi

Jakub Knera
Gdy artysta zostaje kuratorem. Rozmowa z Anią i Adamem Witkowskimi

Adam Witkowski, Ania Witkowska, fot. Michał Szlaga

Jakub Knera: Lubicie gdy w kontekście waszych projektów mówi się o was razem, nie rozdzielając waszej indywidualnej twórczości?

Ania: Wszystko zależy od okoliczności, ale nie mam z tym już problemu. Myślę, że bardziej może to przeszkadzać Adamowi. Mnie nikt nie łączy ze sferą audio. Chociaż ostatnio przeczytałam, że na festiwalu Alternativa w Gdańsku była prezentowana nasza wspólna praca (śmiech). Wystarcza mi świadomość, ile w danej realizacji jest mnie samej. Podpisywanie staje się drugorzędną sprawą.

Adam: Są to zwykłe dziennikarskie pomyłki. Nie wszyscy dokładnie wiedzą, co robimy. Oczywiście staramy się wszystkie rzeczy odpowiednio podpisywać i opisywać. Wiele zależy też od sposobu współpracy – często się spieramy i negocjujemy ostateczny kształt dzieła. Czasem w tych wspólnych pracach jest więcej Ani, kiedy indziej większy wpływ na rezultat mam ja. Nie mam jednak wątpliwości, że te wspólne realizacje różnią się od naszych indywidualnych prac.

Ania: Współpraca idzie nam jednak coraz sprawniej i często się zgadzamy. W przypadku festiwalu Narracje, którego kuratorami jesteśmy w tym roku, jest to trudniejsze – pojawiło się więcej aspektów pracy, a poza tym odpowiadamy za innych, nie tylko za samych siebie.

Adam: Do tego mamy kompletnie odmienne sposoby pracy – ja pracuję na ostatni moment, a Ania pracuje cały czas, systematycznie. Staram się robić tyle rzeczy poza działaniami z Anią, żebym mógł występować jako samodzielny artysta. Nasze wspólne prace podpisujemy więc „Ania Witkowska, Adam Witkowski”, a nie „Ania i Adam Witkowscy”.

Projekty to wypadkowa pomysłów was obojga? Sytuacja, zaproszenie bądź wystawa są przyczyną do współpracy?

Adam: Faktycznie, impuls do tworzenia wspólnych prac pochodzi raczej z zewnątrz. Nad indywidualnymi realizacjami pracujemy niezależnie od zaproszenia do wystawy. U nas jest to wszystko dodatkowo skomplikowane, bo jesteśmy w związku i do tego bardzo długim. To już chyba 22 lata (śmiech).

Ania: Ciekawą rzecz na nasz temat powiedział Jarek Czarnecki czyli Elvin Flamingo, dla którego zastanawiające było jak artyści mogą pracować w duecie. Kiedy słuchał, jak rozmawiamy wspólnie przez kilka godzin, na różne tematy, śmieszyło go, że jedno z nas zaczyna zdanie, a drugie je kończy. No i zrozumiał, dlaczego nasz duet funkcjonuje. Ale udało nam się już kilka razy pokłócić publicznie na temat artystycznych działań – na studiach byliśmy kuratorami projektu Znajomi znad morza i na antenie radia, na żywo tak wyszło. Było sporo śmiechu.

Czy fakt, że jesteście małżeństwem utrudnia czy ułatwia pracę?

Ania: Chodzi o higienę domu, której u nas nie ma (śmiech). Ja pracuję w domu i uwielbiam, kiedy mogę z niego wyjść, bo kojarzy mi się głównie z pracą. Natomiast Adam z Mają, naszą córką, cieszą się, kiedy mogą do niego wrócić. Nasze wspólne projekty nie powstają z aż tak wielką częstotliwością, aby to nam degradowało rodzinne relacje. Poza tym każdy z nas ma przestrzeń dla siebie, w której się spełnia i realizuje.

Adam: Ej, moim zdaniem częstotliwość naszych wspólnych działań jest duża!

W listopadzie w Gdańsku odbędzie się festiwal Narracje, którego jesteście kuratorami. Byliście już nimi wcześniej, ale z tak dużym wydarzeniem zmierzycie się po raz pierwszy.

Ania: Tak jak wspominałam, na studiach robiliśmy projekt Znajomi znad morza, w 2008 roku w Instytucie Sztuki Wyspa prezentowaliśmy wystawę New Age z okazji naszych trzydziestych urodzin, którą samodzielnie przygotowaliśmy. Tym razem jednak nie budujemy od zera. Wchodzimy w „zastaną historię”, wydarzenie organizowane przez zespół osób z Instytutu Kultury Miejskiej i Gdańskiej Galerii Miejskiej od 5 lat. To inna praca. Z jednej strony komfort, ale i dyskomfort, bo istnieją już pewne schematy myślenia o festiwalu i trudno nam je przełamać. Wydaje mi się, że lepiej być artystą. Więcej w tym niezależności. Jest się samym ze sobą. Dopiero później następuje konfrontacja ze światem zewnętrznym. Uczymy się jednak sporo i to bardzo cenne dla nas doświadczenie.

Co was zaskoczyło?

Ania: Ciekawe było spotkanie z przedstawicielami wspólnot mieszkaniowych w dzielnicy, konfrontacja wizji festiwalu z pytaniami od mieszkańców, ich oczekiwaniami. Spotkania z pracownikami Politechniki Gdańskiej to też spojrzenie z kompletnie innej perspektywy na działania artystyczne. Przyznam, że w tej ostatniej relacji było sporo nieufności i dość absurdalnych oczekiwań wobec artystów, np. atesty na obiekty sztuki. To akurat uświadamia nam, że wciąż trudno współpracować artystom z naukowcami.

Adam: W przypadku Narracji bycie kuratorem to zdecydowanie co innego, niż własna wystawa w galerii. To kompletnie inny rodzaj pracy. Kurator musi posiadać inny zestaw cech niż artysta i nie wydaje mi się, żebym ja je posiadał. Wiele rzeczy trzeba negocjować. Przede wszystkim znaczenie ma tu fakt, że Narracje odbywają się w przestrzeni publicznej. Jako artysta, raczej unikam tej konfrontacji. Dla mnie sztuka to jednak rzecz elitarna.

Czym się różni praca w tego typu przestrzeni?

Ania: Rodzi wiele różnych problemów, począwszy od znalezienia odpowiedniego miejsca na ekspozycję, konfrontację jej z artystą i jego oczekiwaniami, przez rozmowę z mieszkańcami, czasami odmowę i niezrozumienie, kończąc na wszelkich technicznych niedogodnościach. W przypadku Narracji jest jeszcze jedna trudność: aura – festiwal odbywa się w listopadzie. W Trójmieście dzieje się jednak dość sporo, więc kłopotliwe jest przesunięcie Narracji na inny termin.

Adam: Sztuka w przestrzeni publicznej to inne medium. Nie chodzi tylko o fakt, że prace są pokazywane poza galerią, ale też o proces ich przygotowania. Poza tym każda praca eksponowana na zewnątrz kosztuje trzy razy więcej, do tego dochodzą pozwolenia, ochrona i inne drobiazgi, o których w galerii w ogóle się nie myśli.

Przywołam wypowiedź Adama, która pojawiła się przed trzema laty na blogu ArtBazaar: „[W Gdańsku] od kilku lat odbywa się praca u podstaw, próba zmiany nastawienia społeczeństwa do kultury. Są takie festiwale jak Narracje albo Streetwaves, których głównym założeniem jest to aby «sztuka wyszła na ulicę». Dobrze, że coś się dzieje, ale to jeszcze lata świetlne od standardów, nawet tych warszawskich. Te festiwale wyglądają troszkę jak festyny, takie «mydło i powidło», w którym brakuje pogłębionej refleksji nad czymkolwiek.” Aniu, zgadzasz się z tym twierdzeniem? Jak więc doszło do tego, że przyjęliście zaproszenie do bycia kuratorem tego festiwalu?

Ania: Ja byłam nastawiona entuzjastycznie do zaproszenia.

Adam: Ja nie. Podejrzewałem, że będą same kłopoty. Ania musiała trochę popracować nad zmianą mojego nastawienia (śmiech). Ten tekst pochodzi sprzed trzech lat i w tym czasie wiele się zmieniło. Po pierwsze, oba te festiwale zaczęły przyciągać bardzo wiele osób – mamy wrażenie, jeżdżąc po Polsce, że jest to wręcz jakiś gdański fenomen. Kiedy z Piotrem Bazylko pisałem ten tekst, sprawy jeszcze tak nie wyglądały. Być może jest tak dla tego, że właśnie te festiwale starały się dotrzeć do szerokiej publiczności. Po prostu wychowały sobie odbiorców, a my w tym roku możemy skorzystać z tego potencjału i spróbować zrobić coś nieco bardziej wymagającego.

Adam, we wspomnianej rozmowie dla ArtBazaar powiedziałeś o kiepskiej kondycji rynku sztuki w Gdańsku. Jak oceniacie to miasto pod tym względem, ale także z perspektywy całej sceny artystycznej?

Adam: Niestety w przeciwieństwie do zmiany, która zaszła w uczestnictwie w wydarzeniach kulturalnych, rynek sztuki wygląda dokładnie tak samo jak kilka lat temu. Czyli nie wygląda w ogóle, bo go nie ma (śmiech). Nie jest jednak prawdą, że w Gdańsku nic się nie dzieje, albo że nie istnieje tu alternatywa wobec skostniałego środowiska akademickiego. Artyści wizualni, dźwiękowi, pisarze i fotografowie – wszyscy tu żyjemy w dość miłej symbiozie, często się spotykamy, dyskutujemy, niekoniecznie o sztuce. Dzieje się bardzo wiele, ale wciąż brakuje „tuby” przez którą można by to ogłosić światu. A może po prostu nie jest ona niezbędna do tego, aby tworzyć? Oczywiście, jeśli przyjąć „warszawski standard” jako jedyny słuszny, to Trójmiasto jest poza nim. Sam jednak wiesz, że prowadząc stronę noweidzieodmorza.com, nie masz problemu z ciekawymi tematami do opisania i nie musisz ich tropić z detektywistycznym zacięciem. Niestety, gdańscy mieszczanie preferują gdańskie meble i obrazy w złotych ramach.

Ania: Jest tu bardzo dużo zdolnych osób i powstaje sporo ciekawych projektów. Problemem jest ich prezentowanie, brak miejsc, mała różnorodność; jak już coś jest to szybko znika i pewnie brak krytyki. Bardzo mało się pisze o tym co jest w Trójmieście. Patrząc na Trójmiasto, mam wrażenie, że wszystko powstaje odgórnie. Gdybyśmy przyszli z ulicy i zaproponowali organizację festiwalu lub czegoś mniejszego, pewnie by się to nie udało. Realizacja oddolnych inicjatyw nie jest łatwa, a w zasadzie w takim nurcie powstają najcenniejsze projekty. Nie ma tu warunków preferencyjnych dla artystów, a skoro brakuje rynku sztuki to koło się zamyka, bo nie ma funduszy na ich działalność. Mamy coraz więcej dużych przestrzeni – otwarto właśnie Europejskie Centrum Solidarności, Teatr Szekspirowski, w Gdyni powstaje Muzeum Emigracji – a brakuje środków na drobne, oddolne działania. Władze skupiają się na dużych festiwalach i eventach, bo to im gwarantuje odzew, partycypację mieszkańców. Cieszy nas większość z tych wydarzeń, przeglądów, etc., ale kultura powinna się przejawiać nie tylko w dużej skali.

Organizatorzy, Instytut Kultury Miejskiej i Gdańska Galeria Miejska, po raz pierwszy zwrócili się z propozycją objęcia kurateli festiwalu do artystów. Jaki jest wasz pomysł na to wydarzenie?

Adam: Przede wszystkim chcieliśmy, aby nie był to festiwal wizualizacji. Słowo „narracje” w Trójmieście w umysłach wielu osób funkcjonuje jako synonim cyfrowego obrazu wyświetlanego na budynkach. Tworzymy program imprezy, w której skład wchodzi wiele mniejszych projektów. Chcemy je ułożyć w taką historię, która nas interesuje. Nie jest to egocentryzm, ale to czym artysta powinien się zajmować – przynajmniej ja tak robię – czyli zaspokajaniem swojej ciekawości.

Ania: Nie chcieliśmy, żeby to był festiwal światła, dźwięku i mappingu. Punktem wyjścia było dla nas postawienie pewnego problemu. Zależało nam na tym, by jak najwięcej prac zamówić, aby powstały specjalnie na tą okazję. Pierwotna definicja Narracji zdążyła się zdewaluować, więc świadomie chcemy uciec od efekciarstwa i estetyzowania. Próbujemy postawić jakąś tezę i sprawdzamy czy uda się nam ją potwierdzić.

Jak dobieraliście twórców do programu festiwalu?

Ania: Budujemy Narracje w oparciu o polskich artystów. Zagraniczni okazali się niedostępni, wielu z nich nawet nie odpowiedziało na nasze zaproszenia. Dotarło do nas, że praca kuratora, poza tworzeniem koncepcji wystawy i jej realizacją, to w dużej mierze wypracowanie sobie kontaktów w środowisku. My ich zwyczajnie nie mamy. Jednocześnie cieszy nas ta „polskość” i uważamy, że to atut tegorocznej edycji – jest bardziej spójnie. Ważne było dla nas zaproszenie artystów, którzy mieszkają w Trójmieście, którzy mogą się odnieść do Wrzeszcza Górnego, bo coś ich z nim łączy. To dzielnica, w której mieszka bardzo wielu z nich.

Tegoroczna edycja festiwalu odbywa się we Wrzeszczu, centralnie położonej dzielnicy, a nie tak jak wcześniej, w obszarach miasta znajdujących się na uboczu – na Osieku, Dolnym Mieście, Młodym Mieście czy Nowych Ogrodach.

Ania: Chcieliśmy skierować oczy na Wrzeszcz bo to duża dzielnica, poddana procesowi gentryfikacji – wciąż przeobrażająca się pod wpływem wielu inwestycji, ale jednocześnie marginalizująca kulturę. Jest Kolonia Artystów, Klub Żak, Biblioteka Tańca i Mediateka w Centrum Handlowym Manhattan, ale to za mało. Powinno być tu więcej miejsc, w których ludzie mogliby się spotykać – Wrzeszcz przed wojną był miejscem tętniącym kulturalnym życiem. Narracje to kamyczek do ogródka w tym temacie – może zainspiruje ludzi do myślenia o dzielnicy w nieco inny sposób.

Adam: Naszym celem nie jest odkrywanie najciemniejszych zaułków, urokliwych zakamarków, idziemy po ulicach powszechnie dostępnych.

Czy przygotowując program Narracji, braliście pod uwagę możliwe reakcje?

Ania: Odbiorcy nie należy homogenizować, a koncept festiwalu chyba nie musi być budowany na prostej zasadzie, że ma być lekko, łatwo i efektownie. Wydaje nam się, że skoro to szósta edycja, widz ma pewne przygotowanie. Być może będzie rozczarowany brakiem wizualnej spektakularności tej edycji, nie będzie tylu wielkoformatowych projektów, ale trasa jest dość nasycona i ciekawa. To nadal formuła spaceru od punktu do punktu z przewodnikiem lub bez, a jej zwieńczenie to koncerty w klubie festiwalowym na Wydziale Fizyki i Nanotechnologii Politechniki Gdańskiej. W sobotę zagra Wilhelm Bras, a na zamknięcie Meksykanin Murcof.

Adam: Wiadomo, że odbiorca jest ważny, ale nie można przewidzieć jego reakcji. Na rozważaniu w stylu „A gdyby tak pańska matka, staruszka… ?” można spędzić całe życie i nic nie robić. Później okazuje się, że nie tylko „matka siedzi z tyłu”, ale na dodatek bawi się najlepiej ze wszystkich. Trudno to po prostu przewidzieć. Trzeba mieć dobre intencje, a my je mamy (śmiech).

Ile z projektów powstanie specjalnie na festiwal? W jakim stopniu będą to prace site-specific?

Ania: Bardzo dużo prac zamówiliśmy specjalnie na festiwal. Wiele będzie ściśle związanych z miejscami, w których zostaną zaprezentowane. Tak będzie z projektem Agnieszki Baaske dedykowanemu Synagodze. Tam również pokazujemy wideo Huberta Czerepoka Lux Aeterna – pracę, która nie jest nowa, ale kontekst tego miejsca jest bardzo istotny. Poza tym trafiamy w czas wyborów samorządowych, więc praca Huberta zyskuje dodatkowy wymiar. Projekt Dominika Rudasza Avida Dollars nad kantorem obok CH Manhattan to wideo site-specific – komentarz do Wrzeszcza, Alei Grunwaldzkiej, na której znajdują się głównie banki, a brakuje miejsc, w których ludzie mogliby się spotykać.

Adam: Na całej trasie Narracji rozlokowanych jest około 25 prac. Większość z nich to nowe produkcje. Nasza rolą było przedstawienie historii artystom tak, aby poczuli się zainspirowani dzielnicą. Pozostałe prace to te, które wypożyczamy i umiejscawiamy w taki sposób, aby kontekst był istotny.

Nie planujecie ozdobników.

Ania: Raczej nie. Może prace Aleksandy Waliszewskiej przypominają freski, ale nie nazwałabym ich ozdobnikami. Trójka artystów chciała pracować w przestrzeni należącej aktualnie do Telewizji Gdańsk przy ulicy Sobótki. Stoi tam Willa Zinglera, słynna restauracja, przed wojną również siedziba loży masońskiej. Teraz budynek podupada. Praca RGB / Ghost Bardo Natalii Osuch i Dominika Rudasza odnosi się do rejestracji duchów w szumie telewizyjnym. Wykorzystuje archiwalne materiały telewizyjne. Telewizja odmówiła nam jednak projekcji na fasadzie ich siedziby. Inną pracę w tej lokalizacji przygotowuję Julita Wójcik – zaangażowana społecznie artystka próbuje przywrócić mieszkańcom łatwy dostęp do pobliskiego lasu. Okazało się, że telewizja zajmuje część publicznego terenu, działkę, która była kiedyś drogą, a teraz została zagrodzona płotem. Żeby tam dojść, trzeba iść na około. Pozostały tylko przedwojenne schody, do których nie ma dojścia. Julita mieszka przy ulicy Sobótki, nie więcej niż sto metrów dalej i wie, jak uciążliwy jest brak tej ścieżki.

Adam: Droga widnieje na mapach miejskich i jest zagrodzona, a telewizja uzurpuje sobie prawo do decydowania czy można tam wejść czy nie. Trochę nas zbywają i odsyłają pisma odmowne bez uzasadnienia. Julita chce po prostu oświetlić trajektorię tej drogi, zrobić coś dalekiego od wielkich i ruchomych obrazów na ścianach. W ten sposób przedefinowujemy ten festiwal – prezentujemy prace, które mają społeczny sens.

Na ulicy Wassowskiego Stowarzyszenie Inicjatywa Miasto stworzy kawiarnię.

Ania: Powstanie na kanwie historii Wrzeszcza, w którym było sporo dobrych restauracji i lokali. Inicjatywa Miasto buduje tymczasową kawiarnię, którą mają współtworzyć okoliczni mieszkańcy. Autorzy projektu próbują przywołać „ducha miejsca”. Z kolei na ulicy Do Studzienki 8 jeden z projektów znajdzie się w budynku, który wkrótce ma być wyburzony z racji budowy Nowej Politechnicznej. Dorota Walentynowicz i Gerard Lebik będą robili performance oraz instalację w zamkniętym warzywniaku.

Działania zaczniecie w Nowej Synagodze, a skończycie w budynku Politechniki Gdańskiej. Do tego odnosi się także tegoroczne hasło festiwalu „mędrzec i duch”.

Ania: Ważna jest dla nas Politechnika, w której uczy się mnóstwo młodych ludzi, którzy naszym zdaniem powinni być wrażliwi na twórcze działania i inicjatywy. Wkraczamy tam świadomie nie tylko z powodu przepięknej przestrzeni i interesującej historii, ale także dlatego, że spotykamy się tam z umysłami ścisłymi. Ciekawi nas reakcja. Zestawiamy dwie postawy, dwa nurty: oświeceniowość z romantyzmem.

Adam: Udało nam się dotrzeć do ducha Politechniki, ponieważ do jednego z projektów zaangażowaliśmy Chór Kamerlany 441Hz, który wykona kompozycję Tomasza Gwincińskiego. Podczas tegorocznych Narracji powstanie wiele projektów, zogniskowanych wokół dźwięku.

Chcecie poprzez Narracje komentować to, co dzieje się w mieście?

Adam: Ponieważ sami w swojej praktyce artystycznej nie eksplorujemy raczej tematów społecznych, nie będą one również dominować w programie tegorocznego festiwalu. Są jednak obecne i bardzo się z tego cieszymy.

Ania: To ważny element. Naczelną ideą festiwalu Narracje jest wyprowadzenie sztuki z galerii na ulicę i zachęcenie ludzi do partycypacji. Tego typu działań we Wrzeszczu nie ma za wiele, a to duża dzielnica. Ale staramy się, aby było też mniej doraźne, a bardziej uniwersalne przesłanie – stąd tytułowy mędrzec i duch.

 

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

WystawaNarracje 6. Mędrzec i duch
MiejsceWrzeszcz Górny, Gdańsk
Czas trwania15-16.11.2014
KuratorAnna Witkowska i Adam Witkowski
Strona internetowanarracje.eu
Indeks

Zobacz też