13.07.2018

Aktualność nostalgiczna. Norman Leto w Kaliszu

Stach Szabłowski
Norman Leto, „Klatka z telewizora hotelu we Francji”
Aktualność nostalgiczna. Norman Leto w Kaliszu
Norman Leto, „Klatka z telewizora hotelu we Francji”
Dla mnie, jako odbiorcy obserwującego poczynania Normana Leto od debiutu, jego wystawa w Kaliszu była czymś w rodzaju nostalgicznego powrotu do przeszłości; mogłaby by się nazywać „Norman Leto: początki”. Tymczasem nazywa się „Kintop. Od filmu”.

Rok 2017 należał do Normana Leto. Pięć lat siedzenia artysty przed monitorem nad pełnym metrażem, czyli filmem Photon, zostało nagrodzone – dosłownie. Leto zebrał entuzjastyczne recenzje oraz nagrody na festiwalach filmowych i to nie tylko na wspierających eksperyment Nowych Horyzontach, ale również w generalnie konserwatywnej i hardcorowo kinematograficznej Gdyni. Sezon uwieńczył Paszport Polityki. Artysta dostał go w kategorii „sztuki wizualne”, choć nigdy się w niej do końca nie mieścił, przynajmniej w sensie instytucjonalnym. Jeden obraz wart jest tysiąca słów – powiada popularne chińskie przysłowie. Leto mógłby dodać, że jeden nowatorski film wart jest wielu wystaw, a przecież nie przestaje ich robić. Kolejną otworzył niedawno w Kaliszu.

Swoim zwyczajem Norman malować nauczył się na własną rękę – i wyszedł na tej autoedukacji nie gorzej niż adepci ASP, wnosząc kolejny argument do dyskusji na temat pożytku płynącego z lat spędzanych w szkołach artystycznych.

Jako artysta – a także w każdej innej dziedzinie, którą się interesuje, od neurologii po CGI [computer-generated imagery] – Norman Leto jest samoukiem. Po zbojkotowaniu akademickiej ścieżki edukacji konsekwentnie unikał zostania klasycznym polskim zawodowym artystą, czyli takim, którego kariera jest ściśle związana z obecnością w instytucjach. Był i jest outsiderem; dziesięć lat temu z hakiem, jako bardzo młody człowiek, który przedstawiał się pseudonimem i wziął się nie wiadomo skąd, Norman zauważał, że w odróżnieniu od jazdy samochodem twórczość to jedna z niewielu dziedzin, w których nie obowiązuje fizyka, więc można pozwolić sobie na nie przejmowanie się i puszczenie kierownicy, za pomocą której artyści utrzymują pojazd swojej twórczości na wytyczonych drogach. „A jednak nie: – mówił artysta przed dekadą – widzę, naprawdę widzę, że się raczej przejmujemy albo przejmowaliśmy: modne-niemodne, sztuka, obraz-SM-obraz-gówno, JESTEM KONCEPTUALISTĄ, JESTEM MALARZEM, religia, queer, gender, pedał, lesbijka, George Bush, prowokacja, Duchamp, zaangażowanie, modne-niemodne, happening, to już było, nie, nie było, PATRZCIE, JAKI JESTEM NIE-UTALENTOWANY lub PATRZCIE, JAKI JESTEM UTALENTOWANY, społeczność, skandal nie-skandal, będę malarzem, będę konceptualistą, jestem muzykiem, ci grafomani i nie-grafomani, moc sprawcza sztuki, antyglobaliści, pedał, pop, pop, pedał, krzyż… Nie masz momentów, kiedy czujesz, że nie to, że to NIE TO, że to – przepraszam za słowo – że TO KURWA zupełnie NIE TO i nie tędy droga? Że sprawy mogą operować na KOMPLETNIE innych płaszczyznach?”.

Norman operował zatem na KOMPLETNIE innych płaszczyznach. Czasem wyrażał zdziwienie dlaczego sztuka, w której teoretycznie wszystko jest możliwie, w praktyce bywa tak ciasno sformatowana. Zachowywał dystans, utrzymując jednak przyjazne stosunki z art worldem. Był to w końcu pierwszy „world”, który zaakceptował jego wymykające się prostym kategoryzacjom praktyki oraz posiadał narzędzia i wystarczające zasoby intelektualnej elastyczności, by je dyskutować. Elementem tych praktyk zawsze było malarstwo. Swoim zwyczajem Norman malować nauczył się na własną rękę – i wyszedł na tej autoedukacji nie gorzej niż adepci ASP, wnosząc kolejny argument do dyskusji na temat pożytku płynącego z lat spędzanych w szkołach artystycznych. Pytanie czy obrazy zapewniłyby mu bilet do świata sztuki oraz – w dalszej perspektywie – Paszport Polityki za sztuki wizualne? Możliwe, że nie; malarzy i malarek mamy wszak ze 40 000 i jeszcze jeden mógłby okazać się niekonieczny – w odróżnieniu od artysty pracującego na styku rzeczywistości wirtualnej, kina, literatury, nauk ścisłych i filozofii; takich interdyscyplinarnych figur brakuje zawsze. I choć Norman Leto nigdy nie zarzucił praktyki malarskiej, jego obrazy rzadko stawały się autonomicznym przedmiotem namysłu krytyków; jeżeli cieszyły się zainteresowaniem, to było ono raczej odpryskiem generalnego zainteresowania postawą autora Photona jako twórcy totalnego.

Norman Leto, „Chłopiec z -Idź i patrz”
Norman Leto, „Illegal Imigrant”

Nie inaczej jest w Kaliszu, mimo iż tamtejsza wystawa Normana to przede wszystkim pokaz malarstwa, w gruncie rzeczy dość konwencjonalny (obrazy – z jednym wyjątkiem – wiszą grzecznie na ścianach, rozmieszczone równo dokoła sali ekspozycyjnej). Promocyjnym lewarem tej „analogowej” ekspozycji pozostają jednak przypominane w kuratorskim dyskursie cyfrowe zasługi artysty oraz, oczywiście, Photon; projekcja filmu i spotkanie z reżyserem ustawione zostały jako kulminacja całej operacji.

W ten sposób malarstwo Leto zostaje ukazane w dwuznacznym świetle, podobnym do tego, które opromienia malarską twórczość Jerzego Skolimowskiego, Jacka Nicholsona albo tego, co na froncie sztuk wizualnych robi David Lynch. Niejeden widz jest wszak ciekawy, cóż takiego sławni ludzie filmu (bez wątpienia medium silniejszego niż malarstwa) porabiają, kiedy nie robią filmów – podobnie jak wszyscy byliśmy ciekawi, co na planie filmowym zrobi Zbigniew Libera. Jednak ciekawość niekoniecznie pociąga za sobą wyśrubowane oczekiwania – ani poważne traktowanie.

W Kaliszu wśród jedenastu pokazanych prac są portrety, w których Leto daje popis klasycznego warsztatu, budując przedstawienie z niezliczonych subtelnych laserunków.

Czy malarstwo Normana Leto na takie traktowanie zasługuje? Dwa lata temu Arkadiusz Półtorak wykuratorował w PGS Sopot obszerną monografię malarską autora Photonu. Wystawa, podsumowująca ponad dziesięć lat praktyki malarskiej Normana, zatytułowana została przez artystę Ludzie, którzy ciągle czegoś ode mnie chcą. Można by do tego kąśliwego tytułu dodać, że jeżeli ludźmi tymi są kuratorzy i publiczność instytucji sztuki, to chcą przede wszystkim więcej VR, futurologii, neurologii, cybernetyki, wizualizacji i spojrzenia na człowieczeństwo z nieludzkiej perspektywy nauk przyrodniczych, z której nasze egzystencjalne konwulsje jawią się jako mało znaczące podrygi. Zamiast tego w Sopocie „ludzie” dostali mnóstwo obrazów i mogli się przekonać, że Norman Leto, to ciekawy – wszechstronny, różnorodny i nieprzewidywalny – malarz.

W Kaliszu wśród jedenastu pokazanych prac są portrety, w których Leto daje popis klasycznego warsztatu, budując przedstawienie z niezliczonych subtelnych laserunków. Są ekspresyjne plakatowe kadry z filmów, ale również wędrujące w kierunku konceptualnej abstrakcji obrazy-wykresy i obrazy-diagramy – swego rodzaju olejne echa wizualizacji fenomenów z dziedziny fizyki cząstek elementarnych, którą artysta tak chętnie zajmuje się w filmach. Nad jednymi obrazami potrafi pracować tygodniami, a inne zdarza mu się namalować bezpośrednio na wystawie, godzinę przed wernisażem, o czym miałem okazję przekonać się, kuratorując kiedyś galeryjne prezentacje artysty.

W towarzyszącym wystawie dyskursie wiele jest mowy o Photonie i o tym, co artysta robił niejako na zapleczu tego monumentalnego projektu. Tymczasem prace, które oglądamy, pochodzą niemal bez wyjątku z epoki nie tylko „przed-Photonowej”, ale i z czasów poprzedzających pierwszy pełnometrażowy projekt filmowy Leto, czyli Sailor z 2010 roku.

Skromny – ilościowo – zbiór obrazów Leto skrótowo mapuje różne pola jego zainteresowań od kina i nauki po wątki autobiograficzne. Ta mapa będzie czytelna wprawdzie przede wszystkim dla tych, którzy są solidnie zorientowani w twórczości Leto i śledzą ją od lat, ale broni się także na czysto malarskim poziomie. W odróżnieniu jednak od Półtoraka, który w Sopocie naprawdę chciał skupić uwagę widzówna tym, co Leto robi na płótnie, kurator kaliskiej wystawy, Michał Lasota, zdaje się nie do końca wierzyć w zdolność prac malarskich do samoobrony. Wprowadzający w wystawę tekst zaczyna zatem od opowieści o Photonie oraz długich pięciu latach, które Norman Leto spędził przed wielkim monitorem robiąc swój obsypany nagrodami film. Dodatkowo przed wejściem do sali z obrazami mijamy przedsionek, w którym wyświetlane jest wideo Buttes Monteaux III z 2009 roku. Gdyby ktoś miał wątpliwości, projekcja utwierdza w przekonaniu, że autor nie jest zwykłym malarzem, który potrafi tylko malować obrazy; naprawdę mamy do czynienia z TYM Normanem Leto. Co do obrazów zaś, to Lasota zwraca uwagę na ich ontologiczne i artystyczne pokrewieństwa z cyfrowym światem artysty, lecz jednocześnie przedstawia je jako owoce odpoczynku artysty, który w ciągu ostatnich pięciu lat musiał od czasu do czasu wstać od komputera, żeby nie stracić zupełnie kontaktu z rzeczywistością.

Z konceptem uprawniania malarstwa jako odpoczynku od „właściwej” pracy to oczywiście nie jest do końca nieprawda. Inna – choć już nie podkreślana w dyskursie wystawy – część prawdy o tym malarstwie jest też taka, że stanowi ono medium stosunkowo prostego przełożenia symbolicznego kapitału artysty na kapitały realne; co ma swoje znaczeniew wypadku twórcy, który nad jednym projektem potrafi pracować pięć lat. Michał Lasota, który w Kaliszu kuratoruje wystawę Leto, a Warszawie reprezentuje go w galerii Stereo, ten aspekt malarskiego frontu działań cyfrowego artysty na pewno zna, że tak powiem, jak własną kieszeń.

Norman Leto, „Kinotop. Od filmu”, widok wystawy
Norman Leto, „Kinotop. Od filmu”, widok wystawy
Norman Leto, „Kinotop. Od filmu”, widok wystawy
Norman Leto, „Kinotop. Od filmu”, widok wystawy
Norman Leto, „Kinotop. Od filmu”, widok wystawy
Norman Leto, „Kinotop. Od filmu”, widok wystawy

Obraz Normana, jako artysty, który maluje „po godzinach”, dla przyjemności, a poniekąd i dla pieniędzy, nie jest zatem do końca fałszywy, ale i nie zwiera całej prawdy. Poza tym operowanie nim niesie ze sobą ryzyko odbierania wagi właściwym obrazom, czyli tym na płótnie. W przypadku wystawy w Kaliszu dyskusyjny charakter całego przedsięwzięcia pogłębia nieoczywisty wybór prac. W towarzyszącym wystawie dyskursie wiele jest mowy o Photonie i o tym, co artysta robił niejako na zapleczu tego monumentalnego projektu. Tymczasem prace, które oglądamy, pochodzą niemal bez wyjątku z epoki nie tylko „przed-Photonowej”, ale i z czasów poprzedzających pierwszy pełnometrażowy projekt filmowy Leto, czyli Sailor z 2010 roku. Film Buttes Monteaux III– psychodeliczna podróż przez cyfrowy model kafkowskiego gmachu, będącego skrzyżowaniem hali zdjęciowej, instytucji wystawienniczej i opuszczonego hotelu lub biurowca – zawiera w sobie szkice pomysłów i motywy, które w pełni zostały rozwinięte właśnie w Sailorze, nawiasem mówiąc zupełnie na tej wystawie przemilczanym. Najstarsza praca malarska (Obraz niszczony patrzeniem) pochodzi zaś z 2006 roku, czyli momentu artystycznego coming outu Normana Leto.

Dla mnie, jako odbiorcy obserwującego poczynania Normana Leto od debiutu, ta wystawa była czymś w rodzaju nostalgicznego powrotu do przeszłości; mogłaby by się nazywać Norman Leto: początki. Tymczasem nazywa się Kintop. Od filmu; przy czym pierwsze słowo tytułu oznacza podobno w wielkopolskiej gwarze dobrą zabawę. Zastanawiałem się, czy kaliska publiczność rzeczywiście dobrze bawi się na tej wystawie. Kalisz uchodzi za najstarsze miasto w Polsce. Zdaje się, że w świetle współczesnych ustaleń naukowych sprawa z tą antycznością jest trochę dyskusyjna. Nie ulega za to wątpliwości, że Kalisz to, z całym szacunkiem, miasto prowincjonalne. Tutejsza miejska galeria czyni w ostatnich sezonach wysiłki, aby mimo prowincjonalnego położenia uczestniczyć w aktualnym obiegu głównego nurtu instytucjonalnego – na przykład pokazywać świeżo upieczonego laureata Paszportu Polityki Normana Leto. To jest słuszna misja, bo nie ma żadnego powodu, aby kaliska publiczność była skazana wyłącznie na artystów z lokalnego oddziału związku plastyków. Co do gwiazd art worldu, to rzadko mogą myśleć o pokazywaniu wystaw w mniejszych ośrodkach w kategoriach wstępowania na kolejny szczebel kariery – to są przedsięwzięcia, które realizuje się naprawdę, a nie tylko retorycznie, dla publiczności i to raczej dla tej spoza branży, która do Kalisza najprawdopodobniej nie dotrze. W wypadku Kintopu (niezamierzona) ironia sytuacji polega na tym, że lokalna publiczność rzeczywiście otrzymuje dostęp do aktualnie dyskutowanego artysty, ale reprezentowanego przez jego dokonania sprzed dziesięciu lat. W przestrzeni geograficznej Kalisz jest istotnie trochę na uboczu głównych szlaków artystycznych, ale nie sądziłem, że postrzegany jest również jako tak odległy od nich w czasie.

NEWSLETTER

Co piątek w Twojej skrzynce!


Stopka

ArtystaNorman Leto
WystawaKinotop. Od filmu
MiejsceGaleria Sztuki im. Jana Tarasina w Kaliszu
Czas trwania15.06–31.08.2018
KuratorMichał Lasota
Strona internetowatarasin.pl
Indeks

Zobacz też